Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 35 min czytania

Żyli długo i szczęśliwie

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rozdział 1 „Kocham Życie” Byłam długo wyczekiwanym i rozpieszczanym przez rodzinę dzieckiem. Mimo, że nie miałam dużej rodziny ciągle dostawałam rozmaite prezenty. W Rzeszowie mieszkałam od zawsze. Od najmłodszych lat miałam tu wielu przyjaciół i byłam bardzo szczęśliwa. Moi rodzice już nigdy nie postarali się o rodzeństwo, dlatego mieszkaliśmy w piątkę: ja, mama, tata i dziadkowie. Mijały lata. Nigdy nie miałam większych trosk czy zmartwień. Byłam bardzo zapatrzona w siebie i myślałam tylko o błahostkach. Nigdy nie zastanawiałam się nad przyszłością. Liczyło się tylko dzisiaj- tu i teraz. Może dlatego, gdy zostałam sama było mi szczególnie trudno.. Nie znałam życia! Nigdy nie lubiłam się uczyć ale zawsze miałam duże ambicje. Był listopad i wkrótce zbliżał się test szóstoklasisty. Bardzo mi na nim zależało, gdyż chciałam się dostać do dobrego gimnazjum. Musiałam zdobyć dużo punktów z testu, dlatego zabrałam się za naukę. Tej mglistej, chłodnej i deszczowej niedzieli, rodzice i babcia wybrali się do cioci która wróciła z Londynu. Matylda była młodszą i jedyną siostrą mamy. Nie miała męża ani dzieci. Miała jednak wielką szansę dostać stypendium i wyjechać z powrotem do Anglii. Mogła dużo osiągnąć i stać się kimś. Tego dnia dziadek źle się czuł i nie pojechał z nimi, a ja musiałam się uczyć. Ucałowałam na pożegnanie rodziców i babcię, po czym poszłam do swojego pokoju. Nigdy nie przyszło by mi do głowy, że wiedzę ich po raz ostatni….. Rozdział 2 „Wypadek” Kiedy wieczorem zasypiałam już nad książkami obudził mnie nagle dzwonek do drzwi. Powlokłam się otworzyć. Szybko oprzytomniałam gdy ujrzałam w drzwiach funkcjonariusza policji. Miał poważną minę. Spytał czy ktoś jest jeszcze w domu. Odpowiedziałam, że jest jeszcze dziadek. Poszliśmy do jego pokoju i usiedliśmy przy stole. Byłam bardzo skołowana i miałam mętlik w głowie. Policjant zaczął mówić: -Stało się coś bardzo przykrego. Państwa rodzina miała wpadek. Na drodze było bardzo ślisko iii…… -zaczął się jąkać. Usłyszałam szybsze bicie serca dziadka. –Auto znad przeciwka straciło panowanie nad kierownicą i trafiło w państwa pojazd. Teraz i ja, traciłam panowanie. Tamtym prawie nic się nie stało ale…. Wasza rodzina nie żyje- dokończył jednym tchem. Spoglądałam tępo to na policjanta to na dziadka. Nic do mnie nie docierało! Dopiero gdy uzmysłowiłam sobie co się stało zaczęłam cicho płakać. Eugeniusz- mój dziadek był jeszcze bardziej zrozpaczony. Później dowiedzieliśmy się szczegółów tego wypadku. Wszyscy troje zginęli na miejscu. Człowiek nie zdaje sobie sprawy jak życie jest kruche, delikatne, że nie trwa wiecznie. Ludzie zachowują się tak jakby byli nieśmiertelni. Zapominamy, że nic nie jest na zawsze… Nie mogłam pogodzić się z tym, że straciłam to, co najbardziej kochałam. Uroczystości pogrzebowe były dla mnie snem. Dziadek wszystko zorganizował. Ja od tego czasu bardzo zamknęłam się w sobie. Minęło kilka miesięcy, a żyć trzeba było dalej…. Rozdział 3 „Wielkie zmiany” Moje życie uległo całkowitej zmianie. Prawie w ogóle nie spotykałam się ze znajomymi i nie żyłam życiem towarzyskim. Musiałam przejąć obowiązki domowe, a pozostawała jeszcze nauka. Postanowiłam, że się nie poddam i będę dzielna! Musiałam szybko wydorośleć. Nauczyłam się gotować i robiłam to codziennie wieczorem, aby obiad był gotowy na następny dzień. Minął już rok od tego strasznego wydarzenia, a ja pokochiwałam życie na nowo. Wieczorami gdy nie miałam nauki graliśmy z Eugeniuszem w karty lub oglądaliśmy telewizję. Robiłam nam wtedy gorącą herbatę lub kawę oraz szykowałam kolację. Czasami wyręczał mnie dziadek. Moja mentalność i sposób postrzegania świata uległy całkowitej zmianie. Starałam się patrzyć na świat, jakbym oglądała go po raz pierwszy. Zaczęłam cieszyć się najmniejszymi drobnostkami. Śpiewem ptaków, kwiatami na łące, tęczą nad lasem, dobrym stopniem w szkole, a nawet uśmiechem przypadkowej osoby. Udało mi się osiągnąć coś jeszcze- pogodzić się ze swoim losem. Mijały dni …

Rozdział 4 „Przeklęte lato”

Był upalny, czerwcowy dzień. Koniec roku szkolnego. Dziś odbywało się rozdanie świadectw. Został mi już tylko jeden rok gimnazjum. Również dziś kończyłam piętnaście lat. Z tej okazji Paweł zaprosił mnie i dziewczyny na pizzę. Po południu wracaliśmy na boso do domów, niosąc buty w rękach. Ludzie patrzyli na nas jak na świrów ale to była nasza tradycja. Byłam bardzo szczęśliwa. Zadzwoniłam do domu i przystawiłam nos do szyby. Czekałam, aż usłyszę dziadzia kroki, który podejdzie i puknie w szybę, a ja udam, że się przestraszyłam. To był nasz wieloletni zwyczaj. Bez niego Eugeniusz nie otwierał mi drzwi. Tym razem jednak nie było pukania. O dziwo drzwi otworzyła mi nasza sąsiadka. Smutnym głosem stwierdziła, że kiedy wyszła na podwórko zauważyła Eugeniusza leżącego pod drzwiami naszego domu. Szybko zadzwoniła po karetkę, która zawiozła go do szpitala. Miał zawał! Nie miałam czasu na myślenie, rzuciłam pod nogi świadectwo i pobiegłam wprost do szpitala. Zdyszana wpadłam i dowiedziałam się na recepcji, gdzie leży dziadek. Pobiegłam na intensywną terapię i szukałam gorączkowo sali 30B. Gdy do niej weszłam zauważyłam dwa łóżka. Na jednym leżała jakaś starsza kobieta a drugie było puste i zaścielone. Zamarłam. Zapytałam ową kobietę o Eugeniusza, a ona najspokojniej w świecie, słabym głosem odpowiedziała, że odszedł ku wieczności! Moja reakcja była zupełnie inna, niż ta sprzed dwóch lat. Nie płakałam, ani nie rozpaczałam. Narastała we mnie wściekłość i bezradność. Usiadłam na krześle ale za chwilę wstałam i zaczęłam z całych sił kopać nogą w ścianę. Po pewnym czasie wybiegłam potrącając pielęgniarkę, która trzymała tackę z lekarstwami. Krzyczała coś za mną ale ja nie zwracałam na to uwagi. Wracając do domu zrozumiałam, że zostałam sama na tym świecie. Moją jedyną rodziną była Matylda, która przebywała w Londynie. Nie chciałam jej zniszczyć kariery. Nie wybaczyła bym sobie tego. A więc odeślą mnie do domu dziecka. Nie! Nie! Nie! Na to nie mogłam pozwolić. Czułam, że im więcej przykrości mnie spotyka, tym więcej mogę znieść. Dlatego było tylko jedno wyjście…. Rozdział 5 „Ucieczka” Weszłam na palcach do domu. W kuchni siedziała nasza sąsiadka Hanna, która zapewne na mnie czekała. Ja jednak przemknęłam niepostrzeżenie do swojego pokoju. Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy do plecaka i zdjęcie całej naszej piątki. Później skradłam się do pokoju dziadka. Po raz ostatni dotknęłam jego rzeczy i ramek ze zdjęciami. Był na nich razem z babcią i były też zdjęcia z wojska. Przesunęłam palcami po jego poduszce, a na koniec otworzyłam szafę i wyciągnęłam z niej starą szkatułkę. Dziadek wkładał do niej oszczędności, które miał przeznaczyć na moje studia. Zawsze powtarzał, że nie ufa bankom. Włożyłam ich trochę do koperty wraz z listem do Hanny. Poprosiłam ją, aby wyprawiła pogrzeb. Resztę schowałam do kieszeni. Dziadka pokój bez niego wyglądał opustoszało i przygnębiająco. Był martwy… Wychodząc zostawiłam kopertę w korytarzu na stoliku. Nie oglądałam się za siebie!! Rozdział 6 „Wielka niewiadoma” Pobiegłam na stację. Było już późne popołudnie. Słońce chyliło się ku zachodowi. Nie miałam pojęcia gdzie jechać. Jedynym autobusem który za chwilę odjeżdżał był autobus do Zakopanego. Jechał on okrężną drogą więc stwierdziłam , że jak będę gotowa to wysiądę na którymś przystanku. Podreptałam za jakąś kobietą. Kierowca myślał, że to moja matka więc nie było problemu. Podczas jazdy miałam wiele czasu na rozmyślanie. Za szybami zaczęły migotać gwiazdy, a teren stawał się coraz bardziej górzysty. Ucichły rozmowy. Pozostali pasażerowie wyciszyli się i wpadli w stan błogości. Ja jednak nie mogłam uspokoić swojego ciała. Cała drżałam a oddech miałam przyspieszony. Wiedziałam, że dziadziu kiedyś umrze ale nie spodziewałam się, że zdarzy się to tak szybko. Nie mogłam tego zrozumieć. Czułam się wypalona i pusta. Przestałam wierzyć w Boga… Rozdział 7 „Początki początków” Autobus jechał prawie całą noc i zatrzymywał się kilkakrotnie na różnych stacjach. Na żadnej z nich nie czułam się gotowa wysiąść. Dojechałam do samego Zakopanego. Zaczęło się przejaśniać. Gdy wysiadałam z autobusu poczułam wielką niewiadomą. Przy ulicach kotłowało się wielu ludzi z tabliczkami. Było na nich napisane: Pokoje do wynajęcia. Stwierdziłam, że jak na razie wynajęcie pokoju to dobre rozwiązanie. Przechadzałam się chodnikiem obserwując tych ludzi. Jedni byli młodzi, drudzy starzy, grubi i chudzi, brzydcy i ładni. Kiedy zaczęły boleć mnie już nogi, podeszłam do kobiety w średnim wieku. Wyglądała na mało podejrzliwą. Miała mętne oczy i tępy wyraz twarzy. Zupełnie jakby żyła daleko od realnego świata. Zaczęłam wciskać jej bajeczkę, że rodzice zatrzymali się kilka domów dalej, ale dla mnie brakło miejsca. Bla, bla, bla… Byłam pewna, że mi nie uwierzyła, ale zapewne potrzebowała kasy. Bez zdawkowych pytań ruszyłyśmy w stronę jej domu. Było on typowo góralski, nieco obskurny. Owa kobieta mieszkała w nim jedynie z mężem. Nie mieli dzieci. Wskazała mi mój pokój i zaproponowała śniadanie. Byłam jej bardzo wdzięczna. Cały dzień przesiedziałam cicho w pokoju. Wiele myślałam i doszłam do wniosku, że właśnie nadeszła chwila kiedy straciłam całkowicie panowanie nad swoim życiem. Zaczęło nim rządzić przeznaczenie. Na dodatek bardzo bałam się konsekwencji swej ucieczki. To wszystko mnie przerastało. Wieczorem wzięłam prysznic i wskoczyłam do łóżka. W tym momencie byłam pewna tylko jednego- muszę bardzo oszczędzać pieniądze. Dużo rozmyślałam o wszystkim, oprócz swojej przyszłości. O niej nawet bałam się pomyśleć. Czas zawsze leci tak samo. Dawniej często mi go brakowało, teraz niemiłosiernie mi się dłużył. A wszystko zależy od stanu ducha… mój był bardzo niespokojny. Przewróciłam się na drugi bok i w tym samym momencie usłyszałam pukanie do drzwi. Nadszedł już ranek! Słońce za oknem mocno świeciło, a niebo było błękitne. Zapytałam kto tam i usłyszałam odpowiedź: -To ja Mariola. Stwierdziłam, że tak na pewno ma na imię ta kobieta. Zaprosiła mnie na śniadanie. Jej mąż wyszedł już do pracy. Zaserwowała mi gorące mleko którego nie cierpiałam i ciepłe bułeczki. Na dokładkę dostałam kawałek oscypka. Pierwszy raz jadłam coś takiego ale bardzo mi posmakowało. Pół godziny później żegnałam się już z Mariolą, zarzekając się, że może tu jeszcze wrócę. Cena za nocleg w jej domu nie była wygórowana, a kobieta mało dociekliwa. To mi wystarczało. Dzień drugi minął na „obczajaniu” terenu. Wieczorem wróciłam w to samo miejsce. Dziękowałam losowi, że spotkałam Mariolę!

Rozdział 8 „ Każda noc była inna” Tej nocy nie mogłam zapanować nad emocjami. Z poszarpanej torby wyciągnęłam zdjęcie naszej rodziny i zaczęłam gorzko płakać. Przypomniały mi się dziecięce lata i to, jak bardzo rodzice o mnie dbali. Tymi strasznymi nocami, kiedy dręczyły mnie koszmary lub byłam chora, mama czuwała nade mną. Głaskała po głowie, uspokajała. Teraz nie miał kto się o mnie zatroszczyć! Kiedy zasnęłam dręczyły mnie koszmary, uległam kaprysom wyobraźni. Następnego ranka byłam wyczerpana. Mariola widząc mój stan pozwoliła mi przeleżeć cały dzień pod jej dachem. Musiałam odpocząć. Kolejnej nocy snułam wielkie plany. Stwierdziłam, że zabawię tu jeszcze kilka dni a później wyjadę nad morze lub gdziekolwiek. Nie mogłam nadużywać gościnności Marioli. Była ona bardzo tajemnicza ale zrobiła się drażliwa i niespokojna. Po kilku dniach wyrównałam rachunki i definitywnie się pożegnałam. Rozdział 9 „Przygoda na Krupówkach” Miałam wsiąść w autobus i pojechać znowu przed siebie. Jednak coś mnie zatrzymywało… Tego dnia poszłam na Krupówki. Siedziałam w barze i jadłam najtańsze danie jakie tu serwowano- placki ziemniaczane. Od razu stwierdziłam, że Krupówki to magiczne miejsce. Znajdowało się tu wielu turystów i multum niesamowitych atrakcji. Pomyślałam, że byłam już w wielu miejscach jednak nadal nie wiem dokąd zmierzam! Nagle zauważyłam niewiele od siebie starszą dziewczynę. Była typową Polką, a jednak przebrana była za cygankę. Podchodziła do turystów i pytała czy może im powróżyć za niewielką opłatą. Roiło się tu od wielu naciągaczy ale ona wyglądała naprawdę idiotycznie. Dlatego właśnie postanowiłam do niej podejść… Zbliżyłam się, a ona spytała czy mi powróżyć. Nie miałam wyboru. –Będziesz miała trójkę dzieci, a wkrótce poznasz pewnego mężczyznę. To będzie wielka miłość- mówiła mając przymrużone oczy. Chciało mi się śmiać ale ona nagle powiedziała: - Dwadzieścia złotych. Wtedy nie było mi już do śmiechu. Zdenerwowałam się i zaczęłam wrzeszczeć: -Co ty sobie myślisz, tyle to ja za nocleg płaciłam, jedzenia sobie odmawiałam a ty chcesz za nic wyciągnąć ode mnie kasę?! –Jesteś tu sama??- zapytała zupełnie zapominając o pieniądzach. Głęboko westchnęłam i pomyślałam, że jestem skończoną kretynką. No cóż nie miałam wyboru. Usiadłyśmy obok fontanny, a ja opowiedziałam jej swoją historią. Wtedy stało się coś niezwykłego. Ona również się otworzyła i opowiedziała o sobie. Okazało się, że ma na imię Jagoda i ma siedemnaście lat. Jej ojciec zmarł, a jedną rodziną jest jej mama. I to właśnie dla niej się tak poświęcała. Jej mama jest bardzo chora. Jagoda musi zarabiać na leczenie i na życie gdyż renta matki jest zbyt mała. Byłam wzruszona jej wyznaniem. Smutno pomyślałam, że nasze życie jest bardzo odległe od normalnego. Nagle Jagoda powiedziała coś bardzo dziwnego: -Zaszalejmy! Zatkało mnie, od wielu lat nie zrobiłam niczego zabawnego. Zgodziłam się uradowana. Postanowiłyśmy iść do ekskluzywnego sklepu i poudawać rozpieszczone panienki. Ruszyłyśmy w stronę najlepszego sklepu na Krupówkach. Na samy wejściu powiedziałam bardzo głośno (tak aby sprzedawczyni usłyszała) do Jagody, że musimy kupić coś szałowego żeby mama była z nas dumna. I żeby te kilkaset złotych nie poszło na marne. Oczywiście udałam, że nie zwróciłam nawet uwagi na sklepową. A potem zaczęłyśmy… szaleć! Przebierałyśmy w ciuchach i dodatkach tak długo aż sprzedawczyni zaczęła się denerwować. Ja w kwiecistej i przewiewnej sukience, koronkowych rajstopach i czarnych szpilkach w których jeszcze dobrze nie potrafiłam chodzić. Jagoda w obcisłej czarnej tunice i butach na koturnie. Prezentowałyśmy się fantastycznie. Kiedy już miałam odegrać rolę zawiedzionej damulki i powiedzieć, że w tym sklepie nie ma nic i że jestem zła…. Do sklepu wpadli złodzieje! W biały dzień! Było ich dwóch i tylko ja, moja kompanka i ta wredna sklepowa. Odgrażając się i wywijając nożem, kazali mi i Jagodzie położyć się na podłodze, a owej kobiecie odtworzyć kasę. Było w niej jednak zaledwie sto złotych. Kobieta powiedziała, że reszta jest na zapleczu, bo szef kazał odłożyć na wypłaty. Zaczęła płakać więc ją popchnęli w tamtą stronę i poszli za nią. Stwierdziłam, że to nasza okazja. Na trzy wybiegłyśmy ze sklepu. Uciekałyśmy z całych sił, a po drodze zawiadomiłyśmy przypadkowego policjanta. Biegłyśmy jeszcze bardzo długo aż w końcu zabrakło nam tchu. Kiedy już uspokoiłyśmy skołatane nerwy zauważyłyśmy że… mamy na sobie te wystrzałowe ciuchy. Nie mogłam uwierzyć w nasze szczęście! Po chwili Jagoda stwierdziła, że przeszłam misję. Nie wiedziałam o co jej chodzi ale ona powiedziała, że teraz muszę kogoś poznać. Szłyśmy daleko, pod górkę, gliniastą ścieżką. Później weszłyśmy do lasku. Wreszcie byłyśmy na miejscu. Przed nami stała stara, drewniana i ogromna rudera. Rozdział 10 „Nowa” Jagoda zapukała w drzwi. Był to chyba jakiś szyfr. Nagle drzwi się otworzyły i naszym oczom ukazał się pewien chłopak. Był to wysoki blondyn, patrzący na mnie niechętnie. Już na samym wstępie skrzywił się, a jego twarz nabrała barwy zimnego nieba tuż przed deszczem. Spytał mojej towarzyszki kim jestem. Odpowiedziała mu, że za chwilę się dowie. W środku znajdowały się trzy stare kanapy, pożółkły fotel, licha lampka i prowizoryczny stół. Wszystko to stało na dziurawej, drewnianej podłodze –To nowa-powiedziała Jagoda. Było tam dwóch chłopaków, łącznie z tym blondynem i jedna dziewczyna. Wszyscy wpatrywali się we mnie. Ten arogancki blondyn miał na imię Oskar a dziewczyna Zuza. W kącie siedział chłopak o imieniu Michał i tylko on nie patrzył na mnie wrogo, a nawet się uśmiechnął. – Mówiliśmy ci Jagoda, nie sprowadzaj to nikogo- ciągnęła Zuzanna. –Dajcie jej spokój- bronił mnie Michał. –Posłuchajcie jej historii! -w przypływie nerwów wykrzyknęła Jagoda. –Jestem Elka…. -po chwili znali całe moje życie. Nie miałam ochoty zwierzać się ale musiałam chcąc przetrwać. –No dobrze, możesz do nas dołączyć ale musisz przejść misję-zarządził Oskar. –Wcale nie musi, już ją przeszła- powiedziała Jagoda wskazując na ubrania. –Ukradła je. Miałam ochotę zaprotestować, brzydziłam się oszustwem, kłamstwem i kradzieżami! Wolałam się jednak nie wyłamywać. – Muszę przyznać, że wyglądają na bardzo drogie- złamała się Zuza. –Ale nie czuj się od razu taka pewna- szybko dodała. –Dosyć tych pogaduszek, Zuza dzisiaj nasza kolej ukraść coś na kolację- powiedział Oskar, a w jego oczach przemknął błysk zniecierpliwienia. W tym samym czasie Jagoda przypomniała sobie, że zostawiła strój cyganki w sklepie! Kazała zostać mi z Michałem, a…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Żyli długo i szczęśliwie — czytnik · opowiadania