Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 24 min czytania

Żywioł, stary samochód i woźnica

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Zbliżało się. Czuć było drżenie przestrzeni. Nie tylko fizycznie. Wyczuwał, że za chwilę coś się stanie. Bał się. Jednocześnie coś w nim na to czekało. Był pobudzony i gotowy stanąć naprzeciw i nie cofnąć się. Był gotów spojrzeć mu w oczy i przełamać się, uwolnić za wszelką cenę. Ciało i umysł spięło się do granic wytrzymałości. Drżenie się wzmagało. Był gotowy.

Obudził się spocony jak zwykle w duszną i gorącą noc. Przewrócił się na plecy i otworzył oczy. Piekły go. Czuł, że jeśli je zamknie, obraz snu wróci do niego. Pościel nieprzyjemnie przylepiała się do ciała. Odchylił kołdrę i przez chwilę delektował się chłodnym powietrzem. Spojrzał na okno. Firanka podnosiła się i opadała, spinacze cicho przesuwały się po karniszu . Latarnia stojąca przed domem świeciła w oczy, widział tylko, że niebo jest jeszcze czarne i do wschodu Słońca pozostawało kilka godzin. Wstał z łóżka czując ciśnienie w pęcherzu. Spojrzał na łóżko i zdziwił się nie widząc w nim żony. „Gdzie podziała się stara?” – pomyślał.

Deski trzeszczały pod ciężarem jego ciała. Brud przyczepiał się do bosych stóp. Wszedł do toalety, podniósł deskę, opuścił spodnie piżamy i patrzył na swoje żółte szczyny delektując się przyjemnością sikania. Spod rozpiętej piżamy wyglądał owłosiony duży brzuch. Strząsnął resztkę moczu i położył dłonie na brzuchu ważąc go przez chwilę.

Podniósł wzrok i spojrzał w lustro. Zobaczył parę bladoniebieskich zmęczonych oczu i nieogolona twarz. Zbliżył się do lustra, wyszczerzył zęby i przyglądał im się przez chwilę z zainteresowaniem. Potarł je palcem wskazującym, pogładził sterczące, pożółkłe od papierosów wąsy i wyszedł z łazienki. Ziewał przeciągle nie zakrywając ust, gdy usłyszał szczekanie psów. Swojego psa już nie miał. Nie miał go kto karmić. Nasłuchiwał chwilę, ale nie zauważając, poza szczekaniem, niczego niepokojącego, poszedł się do kuchni. Z paczki leżącej na kredensie wyjął papierosa i włożył go do ust. Podszedł do kuchenki, podpalił gaz, nachylił się i zapalił papierosa na jednej trzeciej jego długości. Zaciągał się właśnie, gdy usłyszał jadący samochód. Psy zaczęły szczekać jeszcze głośniej, natarczywiej. Podszedł do okna i odsunął firankę strząsając nią przy okazji popiół z papierosa. Wóz zatrzymał się przed jego domem i mignął światłami.

- Co jest? Wóz ponownie zamigał światłami. - Pewnie jakiś dupek pomylił mieszkania. Usłyszał dźwięk klaksonu. - Skurwysyn nie ma co robić po nocach! Ludzi budzi. Kierowca skryty w cieniu ponownie nacisnął klakson i trzymał go przez kilka sekund. - Kurwa! Zaraz wsadzę mu ten klakson w dupę!

Odwrócił się od okna i szybkim krokiem przeszedł przez kuchnię. Otworzył szafkę i wyjął z niej wałek. Tymczasem kierowca trąbił raz za razem jakby chciał zagłuszyć ujadające psy. Mężczyzna włożył kapcie, otworzył drzwi i motywował się klnąc ciężko pod nosem. Trąbiącym samochodem okazała się bladoniebieski samochód marki Warszawa. Mężczyzna podszedł do furtki i krzyknął: - Panie, kurwa, przestań pan trąbić, bo panu zaraz rozpierdolę tego grata! Latarnia, pod którą stał samochód, zgasła, a klakson, jakby na rozkaz, przestał hałasować. Kierowca Warszawy otworzył okno, które trzeszczało przy tym mocno, i powiedział krótko grubym głosem:

- Wsiadaj! - Co? - Wsiadaj mówię. Głuchy jesteś grubasie? „Grubas” zauważył, że psy nagle przestały szczekać. Wahał się. Kierowca znów się odezwał: - Jeśli zaraz nie wsiądziesz, to będę musiał wysiąść, a wierz mi, że później obaj moglibyśmy tego żałować – i zamknął okno. Dostał gęsiej skórki. Jego gniew gdzieś zniknął zostawiając miejsce dla strachu i ciekawości. Otworzył furtkę i podszedł do samochodu. Nie widział kierowcy. - Wsiadaj – doszedł go stłumiony dźwięk. Wsiadł.

Kiedy usiadł z tyłu i zamknął drzwi, uderzyła go cisza panująca w samochodzie. Nie słyszał żadnych dźwięków z zewnątrz. Było ciemno, tak ciemno, że ledwie widział kontury kierowcy i te wydały mu się dziwne. Wyglądało to tak jakby nosił na głowie jakiś niezwykły kapelusz. Poza tym w środku było chłodno. Wyczuwał zapach smażonych ryb, tytoniu i mokrej sierści. Kierowca tymczasem sięgnął do schowka. Szukał w niej czegoś przez chwilę. Zaszeleścił papier i folia. A potem, potem „grubas” ze zdziwieniem stwierdził, że kierowca coś lizał. Wytężał wzrok jak tylko mógł, by zorientować się co też robi, ale mimo usilnych prób ułożenia, ze słabo oświetlonych kawałków, czegoś sensownego, nic takiego nie przychodziło mu do głowy. Płomień zasłonięty zręcznie przez kierowcę rozwiał domysły „grubasa”. „Zapalił papierosa” - pomyślał. Delikatna poświata oświetlająca kierowcę wzbudziła falę niepokoju w pasażerze. Poczuł jak, mimo chłodu, zaczyna się pocić. Rozżarzona końcówka papierosa zatańczyła mu przed oczami. Spojrzał w lusterko szukając w nim twarzy kierowcy i napotkał pilnie wpatrujące się w niego błyszczące skośne oczy. Otworzył usta ze zdziwienia.

- Wybacz mój brak wychowania. Nie przywykłem do hmmmmm…nieważne. Zapalisz? Chciał odpowiedzieć, ale nie mógł wydobyć z siebie głosu. Odchrząknął i spróbował raz jeszcze: - Nie…tak. - Hmmmmmmm. Rozumiem.

Kierowca podał pasażerowi paczkę. „Grubas” z niepokojem przyjrzał się jego wyjątkowo włochatej dłoni i palcom, które jakoś nie specjalnie palce przypominały. Włożył papierosa do ust i czekał wpatrując się szeroko otwartymi oczami w dziwnego szofera. Ten sięgnął po zapalniczkę, zapalił gaz i zbliżył płomień do papierosa „grubasa”. Światło padło na łapę kierowcy. Pasażer poczuł jak włosy stają mu dęba na głowie. Papieros przykleił się do jego dolnej wargi i jakby wbrew sile grawitacji, nie chciał się od niej oderwać. - No tak. Znów to samo – rzekł kierowca chowając zapalniczkę. Sięgnął po włącznik światła na suficie i wcisnął go.

Przez chwilę „grubas” nic nie widział oślepiony blaskiem. Otworzył oczy i przyzwyczajał wzrok do światła. Spojrzał przed siebie i zobaczył rudopomarańczowego, tłustego kota o skośnych oczach z pionowymi zielonymi źrenicami. - Eureka! – powiedział kot wyszczerzając ostre zęby w quaziuśmiechu i zaśmiał się donośnie aż zatrząsł się samochód od ruchu masywnego kociego cielska. - Tegoś się pewnie nie spodziewał. Hę? No pewnie. Nic to. Pierwsze lody mamy przełamane. Teraz, jako że spędzimy ze sobą trochę czasu, trzeba by się przedstawić. Jestem Melkuseroesteroelemenoremen. Do usług omni necessitate. - Ma…hmmmhmmmhmmmmm…Marian jestem. - Marianie, prawdziwie miło mi cię poznać. Tak. To będzie wspaniała noc. Czuję to w powietrzu. Gotów na przejażdżkę?

Marian miał pustkę w głowie. Pewnie dlatego, jak sobie później tłumaczył, potrafił wypowiedzieć tylko jedno słowo, które ledwie wydostało się z jego gardła, uruchomiło silnik i spowodowało wbicie się jego pleców w skórzaną tapicerkę siedzenia, a brzmiało ono: - Tak.

Nim Marian ochłonął, auto mknęło już po mieście. Światła latarń odbijały się od lśniącej nowością karoserii. Kot kierowca miał ciężką łapę. Zakręty brał z piskiem opon, na prostej zaś mknął ile tylko mógł. Marian próbował znaleźć pas, ale bezskutecznie. Kot zauważył to i uśmiechnął się.

- Bądź pan spokojny, panie Marianie. Jeszcze nigdy nie miałem wypadku samochodoweeeeee – przeciągnął i gwałtownie skręcił kierownicę tak że autem mocno zarzuciło. Marian zauważył tylko długie oślepiające światła i dźwięk klaksonu. Kot błyskawicznie odbił kierownicą i wrócił na właściwy pas – go. To nic. – powiedział i zaciągnął się papierosem. Nie przejechali dwóch kilometrów, kiedy usłyszeli dźwięk syreny policyjnej i zobaczyli niebieskiego „koguta”. Kot spokojnie spojrzał we wsteczne lusterko. Zacisnął łapy na kierownicy pokazując na chwilę pazury i powiedział spokojnie: - Trzymaj się Marian. Będzie zabawa.

Otworzył okno, wystawił z niej łapę i machnął nią kilka razy jakby dawał znać, by samochód za nim mógł go wyprzedzać. Policyjny wóz szybko się zbliżył, bowiem kot zwolnił. Kiedy ten był tuż za nim, zajechał mu drogę i zaśmiał się donośnie. - Gdzie skurczybyku jedziesz? Do tyłu!!! Apage!!!

Przyspieszał, zwalniał, zajeżdżał policji drogę i śmiał się w głos. Wiatr targał jego rudopomarańczowym futrem. Kiedy do pościgu dołączyły dwa kolejne radiowozy, kot zwolnił i pozwolił zrównać się jednemu z Warszawą. Policjant z wściekłością spojrzał na kierowcę Warszawy. Zobaczywszy uśmiechającego się do niego kota, zbladł i dotknął kierującego kolegi. Ten również spojrzał na kota. Całe zdarzenie obserwował z tylnego siedzenia Marian i miał dziwną satysfakcję widząc zachowanie policjantów. Ci zwolnili, zatrzymali się i w milczeniu patrzyli sobie w oczy.

Chwilę później zauważył dwa wozy policyjne stojące przy wjeździe na most. Pośrodku rozłożona była kolczatka. Kot wyłączył światła, chwycił pewniej kierownicę - wcześniej trzymał ją z nonszalancją zawodowca bawiącego się z dziećmi - i skręcił tuż przed mostem wjeżdżając w gęste zarośla.

Warszawa podskoczyła na wyboju. Gałęzie uderzyły o szyby i karoserię. Marian zamknął oczy i poczuł, że samochód stracił grunt pod kołami. Chwila ta ciągnęła się dziwnie długo. Nagle poczuł mocny wstrząs. Usłyszał plusk wody. Chwila ciszy, uderzenie i znów plusk. Wyjrzał przez okno i ze zdumieniem stwierdził, że znajdują się na środku rzeki. Woda uderzyła w szybę, wpadła przez okno do środka i ochlapała kota. Ten wzdrygnął się, zjeżył sierść i strząsnął wodę z siebie ochlapując przy tym Mariana, pochylił się do przodu i pilnie obserwował „drogę”. Poszybowali w górę, brzeg był coraz bliżej.

Marian jeszcze raz wyjrzał przez okno. Patrzył to na światło księżyca i latarń odbijające się od wody, to na przęsła mostu szybko przebiegające mu przed oczami. Realność doznań nie pozwalała mu wierzyć, że śni. Samochodem znów wstrząsnęło. Marian poczuł jak unosi się w górę i uderza głową w sufit. Udało mu się spojrzeć na to co dzieje się przed samochodem. Byli już w powietrzu. Brzeg zbliżał się niebezpiecznie szybko. Dalej były zarośla i ciemność. Chwycił się mocno kanapy, przywarł do niej i zamknął oczy. Usłyszał trzask łamanych gałęzi, zagłuszony głos kota wymawiający jakąś łacińską sentencje i przyjemny dźwięk opon szorujących po asfaltowej drodze. Podniósł się, wyjrzał za okno i stwierdził, że są już bezpieczni. Odetchnął z ulgą. Za nimi zdezorientowani policjanci wpatrywali się w wodne odmęty.

Marian patrzył na boczną szybę. Widział w niej odbijające się kocie futro i swoją twarz. Obraz za oknem przestał go interesować. Nie wiedział kiedy przestał zwracać uwagi na szczegóły. Niedawne przeżycia i niedospana noc dały o sobie znać…

Wiatr targał koronami drzew. Wyginał je, przyciskał niewidzialną siłą. Kłęby ciemnych ciężkich chmur przewalały się szybko po niebie. Szum stawał się głośniejszy. Drzewa jęczały atakowane kolejnymi zrywami wiatru. Kolejna fala podniosła z ziemi mniejsze rzeczy i odrywała słabsze gałęzie drzew. Szum przemienił się w ryk. Pierwsze drzewa zaczęły pękać. Bezlitosny wiatr dusił wszystko co napotykał na swojej drodze. Kolejne jego podmuchy wyrywały drzewa, zabijały, niszczyły. Ryk wzmógł się jeszcze. Wiatr zmieszany z deszczem, porozrywanymi fragmentami drzew, kamieni i ziemi przecinał przestrzeń. Był bezlitosny, mocarny, ponad sprawiedliwością. Zmęczona ziemia jęczała pod jego jarzmem.

Coś uderzyło go w twarz. Błysnęło oślepiając go. Przestraszył się, wzdrygnął i ocknął. Było mu zimno. Dostał gęsiej skórki. Oczy o pionowych źrenicach wpatrywały się w niego. - Widać nie wyspałeś się. Wybacz, że wyrwałem cię z domu tak wcześnie. Ale cóż, vis maior, trzeba było.

Wjechali w gęsto zabudowany obszar. Wąskie drogi brukowane kamieniem, stare kamienice. Nie rozpoznawał ich, choć uważał, że dobrze zna stare miasto. Starał się kojarzyć, przypominać widziane miejsca, ale nic to nie dawało. Jakby był w innym mieście. Odrzucał jednak tą myśl jako absurdalną, bo był pewien, że nie odjechali tak daleko. Zdezorientowanie tłumaczył sobie godziną, niewyspaniem i swoją długą tu nieobecnością. Zatrzymali się przed starą kamienicą z podniszczoną szarą fasadą, która za lat swojej świetności miała zapewne czerwony kolor. Kot wyszedł

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%