rodzina · 8 min czytania
Żywoty równoległe
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Słońce dawno zgasło, a ja nie śpię. Leżąc na świeżym prześcieradle, myślę o tym, co jest między nami i ogarnia mnie strach. Trudno uwierzyć: "to samo łóżko, ta sama pościel, a każde z nas po swojej stronie nocy. Bliżej do drzwi i okien niż do siebie. Równolegli w samotności i ciszy".** Minął rok, a we mnie tylko smutek i ciemność. Niepokorna, nie umiem dalej trwać w mdłej akceptacji wszystkiego, co nas otacza, męczy, uwiera. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dzielimy się tym, co wspólne, ale nie chcemy stać się jednością. Czuję namacalność jałowego, codziennego zła, takiego, do którego się przyzwyczaiłam, niewyczuwalnego.
— Andrzeju, czy zauważyłeś, że drobiazgi urastają do ważnej części naszego trwania. Złość za zbitą szklankę. Furia przy przestawianiu kubków na ich właściwe miejsce. Kłótnie o kolejność czegokolwiek. Troska, że spodnie się przetarły... Nić za nicią niepowstrzymanie pęka, prując się zaciekle.** Nic nas nie zadowala, nie cieszy. Nawet zasłaniając lustro, widzę brzydką Annę — chudą i podstarzałą, niezbyt dobrą poetkę, mieszkającą ze stygnącym mężczyzną. Nic z tego, co było, nie da się ocalić.** Muszę zniknąć, i to jak najprędzej. Wybieram drogę ku nieznanemu. Uwierz, to szczery wysiłek.
— Wydaje się to głupie i niedojrzałe jak na kobietę po czterdziestce.
— Tak jest, odkąd miłość milczy. Wyjeżdżam, by zapomnieć o tym, czego mi tak brak…
Oj, westchnąłeś, kiedy skończyłam i znowu zapadło milczenie. Żaden pozytywny przymiotnik nie przeszedł przez twoje usta. Jesteś nieufny, zamknięty. Masz lepszy pomysł, a może moja nieskrywana ekscytacja wywołała w tobie zażenowanie? Chcę zapłakać, ale nie potrafię. Pęknięty dzwon w piersi milczy.
Część 22 / 2
****
Wczoraj minęły dwa miesiące od naszego rozstania. Wiodę życie podwójne. Na nowe nakładają się stare klisze. Zeszłej nocy śniłam, że stoję na skraju starej fotografii. Za plecami miałam mury i bastiony Gdańska, w oddali szumiało morze. Szczegóły ukazywały się ze zwodniczą dokładnością, jak obrazy z potłuczonego szkła. Miałam cię, Andrzeju, pośród innych plam sepii na papierze, ale morza — nie miałam, ani tego, co szumi za plecami kliszy ani tego, co w tobie. Wciąż nic nie wiem. Nic się nie wyjaśnia, oprócz, że jesteś daleki, daleki.
Miasto, w którym mieszkam, jest ładne, ale nie jest piękne. Zatem nie masz o co być zazdrosny. Cóż znaczy tu moja obecność? Wszyscyśmy tu obcy, choć początkowo tego nie zauważałam. Po całym dniu błądzenia po rojnych ulicach, kościołach i placach Florencji, znalazłam tę ławkę, z widokiem na ciche i jasne wody rzeki Arno. Jest późne popołudnie, niedługo zapalą latarnie. W oddali majaczy kontur mostu Ponte Vecchio. Od ziemi bije miłe ciepło, cienie kładą się na strzaskanych płytach chodnika. Wyciągnęłam ołówek i łapiąc bryzę w płuca, piszę. Wiatr przynosi słowa i myśli. Żadnych sentymentalnych bzdur. Może tylko to jedno. Ostatniego wieczoru porą, gdy siedzieliśmy tak blisko, otoczeni małą pełną salą kinową, nagle zapragnęłam, by coś się wydarzyło… Potem na krótko był inny wymiar: dobór słów, ruchy ramion, głaskanie. Mój Boże, to mogło się nie zmieniać…
Nie wiem, ile tutaj zostanę, nie sposób przewidzieć. Jeszcze nie widać, co się we mnie zagoiło, zarosło bez śladu, a co zostanie wspomnieniem. Pozostała nadzieja, że rany się zabliźnią. Czasem trafia się zapach milszy niż inne i dobre słowo. Byle go nie zgubić — o to proszę Pana.
"Wszystko, absolutnie wszystko na świecie ma sens i każda rzecz nawet najdrobniejsza, jest warta uwagi".*) Gdy wczoraj przeczytałam to zdanie ogarnęło mnie zwątpienie, poczułam, że ciągle tkwię między światami, między czasami, na rozstaju dróg. Miałam ochotę powiedzieć: Przepraszam córeczko, że nie znalazłam właściwej drogi do ciebie, brakowało mi odwagi i siły. Patrzyłam jak zasypiasz, płacząc bezgłośnie. Już wtedy w twojej głowie puchł różowy nowotwór. A ja,…