Akwarium
w poszukiwaniu inspiracji
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Otorbiłeś się jak wrzód na dwunastnicy. Zresztą sam oceń. Spójrz na siebie. Nie, nie w lustro! Na siebie. Na swoje życie. Na dotychczasowe, dość wątpliwe zresztą dokonania i nielicznych przyjaciół. Na pozyskanych dotąd wrogów, z których średnio zdolny chorąży z łatwością uformowałby całą dywizję piechoty. Na to, co do tej pory zgromadziłeś w pocie czoła, co tak na dobrą sprawę zaś ma jedynie wartość hałdy śmieci. Zobacz jak skurczył się dla odmiany katalog tych przykazań, których jeszcze niekiedy przestrzegasz. Wystarczy tobie palców jednej dłoni, by je zliczyć. I nie chodzi mi o to, że nie pościsz w piątki. Od kolejnej cielęcej, pożartej w piątek giczy, świat nie ucierpi. Od tego że bzyknąłeś żonę swojego wydawcy - też nie. To ostatnie, paradoksalnie, może ci nawet pomóc. Zauważyłeś pewnie że nie ma ostatnio opóźnień w płaceniu tobie kolejnych zaliczek? Może to owoc podszeptów jego, jakże ciepło o tobie myślącej, małżonki? Wszystko to jednak nic nie znaczy. Ot, takie sobie drobne przewinienia którymi ubarwiasz swoje dni powszednie. Jak każdy bez wyjątku prawie. Nic to. Problem pojawia się z chwilą w której siadasz nad kolejną czystą kartką i próbujesz coś z siebie samego zaczerpnąć. Jesteś taki bezradny… Wódka już nie pomaga. Co najwyżej umiesz po niej zaadresować swoje obrzydzenie. Do siebie samego.
Przerwał. Przeczytał uważnie, po czym zaznaczył cały tekst i kliknął „usuń”. Nalał sobie aż po brzegi szklanki i wychylił ją jednym haustem. Otarł usta grzbietem dłoni. Wyłączył komputer i wychodząc zamknął za sobą drzwi.
Dzień dobiegał kresu. Nie umiał sobie znaleźć zajęcia innego, niż pisanie, to ostatnie z kolei nie udawało mu się od tygodnia. Narastała w nim z trudem tłumiona frustracja, powodowana bezczynnością. Artykuł przesłany rano pocztą elektroniczną do redakcji miejscowego tygodnika, przyjęty został, jak zwykle zresztą, ciepło, a saldo jego konta powiększyło się o umówioną kwotę; czuł jednak że nie znajduje w tym najmniejszej nawet satysfakcji. Był znany i uznany, nie potrafił jednak zadowolić się płodzeniem kolejnych odcinków taniego romansu dla lokalnych gospodyń domowych, ani też publikacją porad dla wędkarzy. Przepisy dla amatorów barbeque, które przyniosły mu niemałą sławę, pomagały mu utrzymać dom po ojcu, nie przynosiły jednak ukojenia. Dojrzał do wieku, w którym twórca powinien zabłysnąć pełnią blasku, albo się wycofać. To pierwsze wymagało od niego zbyt wiele poświęcenia, to drugie nie wchodziło w grę zupełnie. Powieść, za której napisanie wziął już chyba połowę umówionego honorarium, znajdowała się w początkowej fazie kreślenia postaci bohaterów, jemu zaś ledwie starczało cierpliwości na dwie, może trzy strony dziennie. Co druga z nich zresztą natychmiast lądowała w koszu. Zajrzał do lodówki. Drzwi zaprotestowały głośnym jękiem, gdy je uchylał. Na górnej półce znalazł puszkę piwa Miller, w szufladzie na warzywa dwie butelki Finlandii (w tym jedną porzeczkową, której nie znosił). Jedynym towarzyszem spirytualiów było pęto suchej kiełbasy, tak twardej już, że z trudem odłamał kawałek. Po chwili namysłu postanowił zjeść coś w miasteczku. W kieszeni kurtki zabrzęczały kluczyki od Jeepa, w drugiej znalazł wymiętą pięćdziesięciodolarówkę. Zatrzasnął drzwi i ruszył w stronę tonącego już w mroku podjazdu.
*****
-T-bone medium. Do tego szpinak z czosnkiem i frytki. Betty czekała cierpliwie, aż drukarka wypluje bon do kuchni. -Mam nadzieję że ten będzie ostatni. Nie czuję nóg. Dość ciekawy typ zresztą. Na stoliku położył kluczyki od Wranglera, a wódę czuć od niego z pięciu metrów.
-Medium? – Bob pytał po to chyba tylko, by zatrzymać ją w kuchni jeszcze przez chwilę. Słyszał przecież, że medium. Od dawna wstrzymywał oddech na jej widok, nie dawała mu jednak nadziei. Palił papierosy bez filtra i nie odmawiał sobie piwa. Skutkiem tego ostatniego nosił przed sobą ogromny brzuch, bez którego byłby nawet niczego sobie.
-Medium- wydusiła z siebie raz jeszcze, by wrócić na salę i podać ostatniemu dziś gościowi zamówioną przez niego osiemnastoletnią szkocką. Intuicja podpowiadała jej, że do tak szlachetnej whisky nie należy podawać dania z czosnkiem. Ale to nie jej sprawa przecież. Swoją drogą – był naprawdę oryginalny. Nie, nie Bob. Ten od Jeepa. Spojrzała na niego ukradkiem, polerując grubościenną szklankę. Napotkała jego spojrzenie i poczuła jak na jej policzkach rozkwita rumieniec wstydu. Zła na siebie opuściła wzrok. Zachowała się jak gimnazjalistka. Niech to wszyscy diabli! Przyłapał ją na tym spojrzeniu i pewnie już nie da jej spokoju. Najlepiej zrobi podając mu tę wołowinę i znikając na zapleczu. Kostki lodu wypełniły szkło. Złocisty płyn zmienił ich wygląd jak rozszczepiający wiązkę światła pryzmat. Szklanka na tacy, gdy ją niosła lekko kołysząc biodrami, zdawała się unosić nad wypolerowaną powierzchnią teakowego drewna.
-Proszę. Stek będzie już za chwilę. Gdy stawiała drinka na stole przed nim, uchylił się delikatnie w lewą stronę. Poczuła zapach dobrej wody toaletowej, nie mogła jednak odgadnąć jej nazwy. Musiał użyć jej rano, gdyż nuta zapachu była już tylko nieśmiałym wspomnieniem jej woni, subtelnym i rozmytym, choć nadal znakomicie komponującym się z zapachem jego skóry.
-Dziękuję. Właśnie tego potrzebowałem najbardziej. Na jego ustach błąkał się cień uśmiechu. Właśnie – cień, nie sam uśmiech. Był w tym samym stopniu wyblakły, co zapach porannej toalety. Był raczej widmową postacią tego, co miał sobą przedstawiać. Napotkała jego spojrzenie i ze zdziwieniem uzmysłowiła sobie, że tego chce. Że pragnie patrzeć mu w oczy. Miała gęsią skórkę i migotanie zastawek. A przecież nie szukała okazji. Wręcz przeciwnie – wszelkie knajpiane zaczepki doprowadzały ją do złości. Nie zaczepiał jej, to fakt. Jego spojrzenie jednak miało w sobie to coś, co nie pozwala cofnąć wzroku. Rodzaj energetycznego strumienia. Gdyby na stoliku leżał licznik Geigera-Millera, zapiszczałby z pewnością głośno. Z ulgą stwierdziła że nie jest pijany. Nie był nawet podchmielony. I nie podrywał jej. Po prostu patrzył jej w oczy.
W porę dotarło do niej że trwa to nazbyt długo. Bob, gdyby wychylił się z kuchni, z pewnością podzieliłby ten pogląd.
-Jestem tu po raz pierwszy. Miłe wnętrze. I ta muzyka w tle… Z głośników dobiegało koncertowe nagranie Stan Getz…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil somebody_like_you
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…