Alek, Kala i Wzrostoludki
Pełny tytuł: "Alek, Kala i Wzrostoludki, czyli baśń o niskorosłych rycerzach". Czym jest prawdziwa odwaga? Czy zawsze i wszędzie trzeba być dzielnym? Baśń nie tylko dla dzieci.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Dawno, dawno temu w odległej galaktyce, a może w innej czasoprzestrzeni, nie tak znów oddalonej od naszej; za siedmioma górami i siedmioma lasami, a może całkiem niedaleko od miejsca, w którym jesteśmy… Był sobie chłopiec, Alek, uczeń Rycerskiej Akademii imienia Króla Artura. Szkoła ta kształciła rycerzy i rycerki, chlubę całej krainy. Absolwenci Rycerskiej Akademii nie tylko doskonale władali różnego rodzaju bronią, odznaczali się także odwagą, bystrością umysłu i szlachetnością serca. Wszystkie te przymioty pozwalały im doskonale bronić granic królestwa przed najeźdźcami, skutecznie zwalczać ziejące ogniem smoki i bezbłędnie rozróżniać prawdę od fałszu. Niełatwo było dostać się do tej szkoły. Większość chętnych odchodziła z niczym i musiała zadowolić się nauką w zwyczajnych placówkach. Ci jednak, co mieli szczęście do niej należeć, mogli spać spokojnie, gdyż jeszcze nie słyszano, by raz przyjęte do Akademii dziecko odesłano z jakiegokolwiek powodu przed zakończeniem edukacji. Raz w roku, gdy z drzew zaczynały opadać pierwsze liście, olbrzymia brama uczelni otwierała się na oścież. Wówczas przez trzy kolejne dni od świtu do zmierzchu prowadzone były rozmowy z zainteresowanymi dziećmi. Kilkuletnie maluchy pragnące zostać rycerkami i rycerzami pokonywały nieraz bardzo daleką drogę, by stanąć przed radą pedagogiczną przyjmującą lub odrzucającą przybywających chętnych. Decyzję tę poprzedzała długa rozmowa odbywająca się wyłącznie między paniami i panami z komisji (najstarszymi absolwentami Akademii) a kandydatem lub kandydatką. Rodzice i krewni dzieci musieli czekać przed drzwiami. Może właśnie z tego powodu tak dobrze zapadał w pamięć ten dzień. Alek również doskonale go zapamiętał. Szedł przejęty między mamą i tatą, trzymając ich za ręce. Słońce świeciło na bezchmurnym niebie, po którym leniwie szybowały duże piękne ptaki. Rodzice wyjaśnili mu, że to sokoły należące do Rycerskiej Akademii, którą niedługo ujrzą. I rzeczywiście, wkrótce później oczom zdumionego chłopca ukazała się – jak mu się wydawało – olbrzymia góra, na szczycie której wznosił się foremny błękitny zamek. Na basztach delikatnie powiewały flagi szkoły – biały miecz na niebieskim tle. - I ja tu się będę uczył? – zapytał z podziwem Alek. - Tak, jeśli zostaniesz przyjęty – odparł tata. - I mieszkał? – dopytywał się chłopiec. Mama potwierdziła jakoś cicho, więc przystanął i spojrzał na nią uważnie. - Rozmawialiśmy już o tym – odezwał się łagodnie tata, zwracając się bardziej do żony, niż do syna, po czym kucnął i zapewnił chłopca – będziemy cię często odwiedzać, a ty będziesz mógł przyjeżdżać do domu kilka razy w roku. Pamiętaj też, że jak ci będzie źle, możesz zrezygnować. „Nie zrezygnuję nigdy” – pomyślał Alek, który od zawsze marzył, żeby zostać rycerzem. Nie powiedział tego głośno, uznał bowiem, że nie powinien tego robić. Zamiast tego zapytał: - Po rozmowie z komisją dostanę złote rajskie jabłuszko i niebieską kulkę? - Nie, synku – odparł tata. – Jedno albo drugie. Błękitna kula oznacza przyjęcie do Rycerskiej Akademii. Jabłuszko natomiast, że… - Wrócisz z nami do domu – dokończyła mama pospiesznie. Po chwili wznowili wędrówkę w kierunku błękitnego zamku. Nie trwało długo, zanim znaleźli się u podnóża góry, skąd wznosił się szeroki ciąg kamiennych schodków prowadzących aż do wejścia do szkoły. Ten etap wędrówki zdawał się nie mieć końca. Kolejne stopnie pod ich nogami niczym nie różniły się od poprzednich, zupełnie jakby stali w miejscu. A jednak wciąż się poruszali. Szli teraz w dość dużym tłumie innych rodzin. Mimo sporej liczby ludzi panowała niemal zupełna cisza. Wszyscy byli świadomi powagi celu tej mozolnej wspinaczki, nawet najmłodsze dzieci. Podobnie było wewnątrz Akademii. Kandydaci i ich najbliżsi grzecznie czekali na swoją kolej, zachowując stosowne milczenie. Jedynie po wyjściu jakiegoś dziecka z pokoju rekrutacyjnego ciszę mąciły rozmowy lub niegłośne okrzyki, jęki lub tłumiony szloch – w zależności od werdyktu rady. Alek stał między rodzicami poważny i skupiony. Wodził wzrokiem po zdobionych ścianach korytarza, raz po raz rzucając spojrzenia na drzwi, za którymi toczyły się kolejne rozmowy. Zastanawiał się, co czeka go po drugiej stronie. Był ciekawy, jacy są ci bardzo sędziwi ludzie mający go egzaminować – życzliwi i uśmiechnięci czy może surowi i wymagający, zadający same trudne pytania. To wszystko stanowiło zagadkę, onieśmielało. Postanowił nie okazywać strachu, zachować się dzielnie jak na rycerza przystało, cokolwiek się stanie. Gdy nadeszła jego kolej, pewnym krokiem zbliżył się do pokoju, gdzie obradowała komisja. I równie pewnie stamtąd wyszedł pół godziny później, ściskając w dłoni błękitną kulę.
Bardzo szybko zorientował się, że jest najniższy w całej szkole. Nawet wśród chłopców i dziewczynek przyjętych wraz z nim nie znalazł się nikt podobnego wzrostu. Było to nieprzyjemne, tym bardziej, że do tej pory zawsze uważał się za chłopaka w sam raz. Tam skąd pochodził był jedynym dzieckiem, nie licząc nastolatków i niemowląt. Teraz dotkliwie odczuwał swoją inność. Od początku stał się obiektem ciekawskich lub współczujących spojrzeń. Dwoje pierwszoroczniaków na tym nie poprzestało. „Coś ty taki mały?” – zapytała pewna dziewczynka w okularach, sama niewysoka, a przecież wyższa od Alka o dobre pół głowy. Wzruszył ramionami, ale nic nie odpowiedział, przykro dotknięty. Kilka dni później zdarzył się jeszcze gorszy incydent. Jeden z chłopców zaczął szydzić, że nie wiedział, że do rycerskiej szkoły przyjmują też bobasy. Na szczęście zanim Alek zdążył zareagować, do akcji wkroczył nauczyciel, szybko doprowadzając żartownisia do porządku. Więcej takie sytuacje się nie zdarzyły. W Rycerskiej Akademii dbano o dobre maniery, od początku uczono tolerancji i poszanowania dla innych. Nikt już Alka nie wyśmiewał, wszyscy traktowali go z sympatią, jak równego sobie. Lecz te ukradkowe spojrzenia rzucane na niego raz po raz! Niski wzrost, przykry sam w sobie, szczególnie kłopotliwy okazywał się podczas niektórych zajęć praktycznych. Rzut włócznią do celu, torowanie sobie drogi mieczem przez rozległe chaszcze i inne tego rodzaju konkurencje stanowiły dla Alka większe wyzwanie niż dla reszty klasy. Chłopiec był jednak wytrwały i nie ustawał w wysiłkach, aby każde zadanie wykonać, choć czasem dopiero za dziesiątym podejściem. Z wiedzą teoretyczną nie miał problemów, uczył się dobrze i bez trudu – zarówno przedmiotów ogólnych, jak i rycerskich. Pewnego popołudnia, gdy minęły dwa lata od rozpoczęcia nauki, Alek siedział w szkolnym ogrodzie mocno przygnębiony. Tego dnia jego klasa po raz pierwszy mierzyła zbroje i okazało się, że dla niego zbroi nie ma, bo Akademia nie dysponuje tak małym rozmiarem. Koledzy i koleżanki radośnie przymierzali poszczególne elementy rycerskiego stroju, a on stał pośrodku zbrojowni, starając się nadrabiać miną. Czuł się głupio i bezradnie, właściwie to chciało mu się płakać, ale przecież nie mógł tego zrobić. Rycerze nigdy nie płakali, a on uważał się za prawie rycerza. Pod pierwszym lepszym pretekstem opuścił pomieszczenie i uciekł do ogrodu. Na jego krańcu stała zaniedbana altana różana, najpewniej zapomniana przez wszystkich. Znajdowała się tam drewniana podniszczona ławka, na której lubił siadywać, gdy ogarniało go przygnębienie. To było jego miejsce, schronienie, w którym nie musiał być dzielny. Usiadł teraz ciężko, zgarbiony, opierając brodę na rękach, a łokcie na nogach. Przymknął oczy, walcząc z mało rycerskimi łzami, które nieubłaganie zbierały mu się pod powiekami. „Nie będę płakał! Nie będę płakał!” – powtarzał sobie w myślach, lecz nie mógł opanować gwałtownego smutku, który zdawał się go dławić. Wtem usłyszał czyjeś zbliżające się kroki. Szybko przetarł oczy przedramieniem i śmiało spojrzał w stronę, skąd nadchodził intruz. Wszedł do altany i Alek z ulgą rozpoznał swego przyjaciela. - A więc tu jesteś, gdy cię nie ma! – zawołał wesoło Bazyli, siadając obok. Widok nóg przyjaciela pewnie opartych o ziemię, podczas gdy jego własne stopy dyndały w powietrzu był dla Alka nie do zniesienia. W nagłym przypływie złości, wbrew dobrym obyczajom błyskawicznie wciągnął nogi na siedzenie ławki i usiadł po turecku. Bazyli zerknął na niego spod oka i postąpił w ten sam sposób. Alek spojrzał na niego z wdzięcznością, choć nie był pewien, czy to nie przypadek. - Wiesz co, Bazyli, ja chyba zrezygnuję – rzekł zdławionym głosem. - Ze zbroi? Nie przejmuj się. Sir Edwin obiecał, że zamówi dla ciebie wszystko u najlepszego płatnerza w mieście. Będziesz miał nowiutki rycerski przyodziewek, podczas gdy wszyscy inni umęczą się w starym żelastwie – zaśmiał się. - Nie chodzi o zbroję – odparł lekko zniecierpliwiony Alek. – Odejdę z Akademii. Wrócę do domu i pójdę do zwykłej szkoły. - Nie mówisz tego poważnie! – zawołał Bazyli. - Pewnie, że poważnie. Co będzie ze mnie za rycerz!? Taki mały! – wyrzucił z siebie z pogardą, a zarazem z rozpaczą. Bazyli spojrzał na niego ze współczuciem i przez chwilę nic nie mówił. - Nie rezygnuj – poprosił. – Pamiętasz, czego się uczyliśmy? Nie wszyscy rycerze byli wysocy. Opowiadano nam przecież o Zdzisławie Szlachetnym. Mówiono, że nie był większy od miotły, a zgładził trzynastogłową bestię. A sir Frumencjusz z Pucharów… - Tak, ale oni odznaczali się wyjątkową odwagą i dzielnością – przerwał Alek. - A ty nie? – zaśmiał się Bazyli. – A kto zgłosił się na ochotnika wczoraj, by walczyć z mechanicznym smokiem, co ział ogniem wyglądającym jak prawdziwy? Poza tym zastanów się, co ja tu będę robić bez ciebie? Jesteś moim najlepszym przyjacielem. No, i nikt inny przed snem nie opowiada fantastyczniejszych historii. - Dzięki – uśmiechnął się Alek, lecz zaraz na powrót spoważniał. – Wiem, że mnie lubisz, ja ciebie też. Możliwe, że naprawdę jest we mnie materiał na dobrego rycerza, ale... to takie smutne… być małym, najmniejszym… niższym nawet niż część pierwszaków – powiedział prawie szeptem, spuszczając głowę. - Może jeszcze urośniesz – pocieszył go Bazyli bez przekonania. - Tak sobie myślałem przez te dwa lata, ale niewiele się zmienia – westchnął Alek. - A gdybyś tak poszedł do komisji? - Po co? Nie zajmują się takimi sprawami. Zresztą są zajęci, od rana do wieczora rozmawiają z dzieciakami pragnącymi dostać się do naszej szkoły. - Spróbuj więc o zmierzchu. Wejdź zaraz po wyjściu ostatniego z kandydatów i zapytaj najstarszych absolwentów Akademii, co powinieneś zrobić. Jeżeli ktoś może ci pomóc, to tylko oni. Alek podziękował przyjacielowi za radę, choć nie był do niej całkiem przekonany. Nie miał jednak nic do stracenia i jeszcze przed zapadnięciem zmroku stanął przed drzwiami, gdzie prowadzone były rozmowy rekrutacyjne. Czekanie wymagało od niego nie tylko cierpliwości, ale i dużo samozaparcia, gdyż rodzice niemal wszystkich kandydatów podejrzewali, że czeka w tym samym celu, co ich dzieci. „Ty też na rozmowę, chłopczyku? Tak sam przyszedłeś, nie masz nikogo bliskiego?” Początkowo wyjaśniał, że już jest uczniem Rycerskiej Akademii, i to od dwóch lat, lecz widząc, że nikt mu nie wierzy, w końcu przestał się tłumaczyć. Odpowiadał tylko wymijająco, że chce pójść jako ostatni. Wreszcie kolejka chętnych przerzedziła się znacznie, a później skończyła. Wówczas głęboko odetchnął i odważnie zastukał do drzwi. Nie było odpowiedzi, więc po prostu wszedł do środka. Znalazł się, zupełnie jak dwa lata wcześniej, w obszernej sali, naprzeciwko długiego wąskiego stołu, przy którym siedziało dwudziestu kilku bardzo sędziwych państwa. Pośrodku urzędowała kobieta z zielonej sukni. Przed nią stały dwie ogromne misy, jedna wypełniona błękitnymi kulami, druga złotymi rajskimi jabłuszkami. To musiała być przewodnicząca. Gdy wszedł, wszyscy obecni natychmiast zwrócili na niego spojrzenia. - Dobry wieczór, szanowna komisjo – przemówił spokojnie, chociaż bardzo się denerwował. - Dobry wieczór, Alku – odezwała się przewodnicząca. Chłopca zamurowało. W najśmielszych przypuszczeniach nie przyszło mu do głowy, że ktokolwiek z komisji może go pamiętać. - To państwo wiedzą? – wyjąkał. Nikt mu nie odpowiedział, najwyraźniej sądzono, że nie ma sensu potwierdzać tak oczywistej kwestii. Dwadzieścia kilkoro par oczu patrzyło na niego wyczekująco. Alek powiódł wzrokiem po sędziwych twarzach przypominających kamienne maski, szukając wśród nich choć jednej życzliwej, do której będzie mógł się zwracać. Widać regulamin zakazywał uśmiechania się, bo na wszystkich obliczach widniała zimna powaga. Wreszcie wydało mu się, że długowłosy mężczyzna z fioletową muszką na szyi, siedzący po prawej stronie przewodniczącej, mrugnął do niego nieznacznie. To dodało Alkowi odwagi. - Przychodzę – zaczął zdecydowanie, kierując swe słowa ku jegomościowi od mrugnięcia – zapytać, czy istnieje jakiś sposób, żebym mógł być wzrostu moich przyjaciół z klasy. Przewodnicząca wolno pokręciła głową i serce Alka zamarło na jedną bolesną chwilę. Rozczarowanie było tak wielkie, że byłby się załamał, gdyby nie dziwny błysk w oczach długowłosego. - Jest sposób, musi być – powiedział chłopiec z niezachwianą pewnością, której nie czuł. Po prostu miał nadzieję, gorącą nadzieję graniczącą z przeczuciem. Przewodnicząca uśmiechnęła się! Delikatny uśmieszek zaigrał przez dwie sekundy na jej wąskich wargach, po czym znikł. Wówczas odezwała się powoli, jakby z namysłem: - Owszem, istnieje, jest to jednak sposób zarezerwowany dla tych, którzy naprawdę pragną urosnąć. Alek chciał zawołać, że niczego na świecie bardziej nie pragnie, zorientował się jednak, że kobieta nie skończyła. - Metoda, o której mówię, wiąże się z wyrzeczeniami, jest zarezerwowana tylko dla najodważniejszych dzieci. Czy ty jesteś odważny? - Tak – odparł bez tchu. – Proszę mi powiedzieć, co mam zrobić. Jestem gotowy na najtrudniejsze próby. - Wydajesz się dzielnym młodzieńcem – potwierdziła przewodnicząca łaskawie. – Możesz odejść. - Ale… – wyjąkał chłopiec zmieszany. Ta rozmowa nie mogła się tak skończyć! Nie otrzymał przecież jeszcze żadnych wskazówek. - Gabinet osobliwości. O północy – rzucił jakby od niechcenia pan w fioletowej muszce, nie patrząc na chłopca, tylko gdzieś w bok. Zrozumiawszy, że to koniec konsultacji, Alek skłonił się grzecznie, podziękował i wyszedł. Cicho zamknął za sobą drzwi i oparł się plecami o chłodny mur korytarza. Czuł, jak mocno bije mu serce. Ośmielił się zapytać i otrzymał odpowiedź – jest sposób na bycie większym. Tajemniczy sposób dla najodważniejszych z odważnych. Ciekawe, co będzie musiał zrobić. Może wypić jakąś obrzydliwą miksturę lub stawić czoła straszliwemu potworowi… Dowie się tego wkrótce w gabinecie osobliwości. Jego rozmyślania przerwało bicie uczelnianego dzwonu. Alek ruszył w stronę swojej komnaty, licząc kolejne uderzenia. Siedem. Do północy pozostało aż pięć godzin. Co przez ten czas robić? Spać? Wykluczone, czuł, że nie mógłby zasnąć przed uzyskaniem tak ważnych dla siebie informacji. Pouczy się lub poczyta „Żywoty rycerskie”. Komnata była pusta. Koledzy pewnie jedli kolację w kantynie. Całkiem o niej zapomniał, lecz nie martwił się z tego powodu. Gdyby nawet pamiętał, nie odważyłby się przyjść tam spóźniony. Uczono ich bezwzględnej punktualności, przychodzenie po czasie było niegrzeczne. Lepiej było się w ogóle nie stawić, niż przerwać spożywanie posiłku innym. Była to jedna z wielu reguł, które wpajano dzieciom w Rycerskiej Akademii im. Króla Artura. Już w pierwszych tygodniach i miesiącach nauki uczniowie mieli je wszystkie opanowane i swoim zachowaniem zadziwiali bliskich podczas wizyt w domach rodzinnych. Prawość, odwaga, szlachetność i uprzejmość kształtowane były w przyszłych rycerzach i rycerkach od początku ich pobytu w błękitnym zamku. Pierwszy z kolacji wrócił Bazyli. - Trzymaj! – rzucił Alkowi na kolana duże jabłko. – Wziąłem dla Ciebie z kantyny. Co powiedziała komisja? Mów szybko, póki jesteśmy sami. - Jest sposób, żebym urósł, ale jeszcze nie wiem, jaki – odparł Alek prędko, bo już otwierały się drzwi komnaty. Pozostali współlokatorzy weszli do środka, głośno komentując kolację. Wkrótce potem wszyscy z wyjątkiem Alka zaczęli przygotowywać się do snu. Chłopiec przyglądał się temu, roztargniony, gryząc jabłko. Jego myśli nieustannie biegły do gabinetu osobliwości i sekretnego sposobu na bycie wyższym, który niebawem miał poznać. „Cokolwiek to będzie, stawię temu czoła” – postanowił. Gotowi do spania koledzy zaczęli rzucać sobie wzajemnie porozumiewawcze spojrzenia. Alek domyślał się, że zaraz zostanie poproszony o historię na dobranoc. Wprawdzie nie czuł się w nastroju do snucia jakichkolwiek opowieści, pomyślał jednak, że szybciej zleci mu w ten sposób niemiłosiernie dłużący się czas. - Chcecie usłyszeć jakąś bajkę na dobranoc, co? – uśmiechnął się, wrzucając ogryzek jabłka do kosza. - Jasne, że tak! – potwierdził Bazyli z zapałem. - Przykryjcie się więc kołdrami i zamknijcie oczy – polecił Alek. Odsunął od siebie myśli o czekającym go nocnym spotkaniu, zagłębiając się w świat własnej wyobraźni, wydobywając stamtąd dla swoich towarzyszy najfantastyczniejsze cuda. Opowieść o szlachetnym rycerzu płynęła z jego ust wartkim strumieniem, porywając nie tylko słuchaczy, ale i samego opowiadającego. - Przebił pierś straszliwego smoka swoim mieczem, zanurzając go aż po rękojeść w cielsku poczwary. Wówczas stała się rzecz niezwykła. Smok zniknął, a na jego miejscu pojawiła się prześliczna królewna, która… Alek przerwał opowieść i powiódł wzrokiem po przyjaciołach. Wszyscy błogo spali. Uśmiechnął i się i dokończył szeptem: - …która zarzuciła ręce na szyję dzielnego rycerza. Chłopiec położył się wygodnie na wznak i podłożył sobie pod głowę splecione dłonie. Oddał się marzeniom… Jeszcze kilka lat i on też będzie przeżywał przygody. Zabije smoka, uratuje królewnę, dokona też innych wspaniałych czynów. Będą mówić o nim z podziwem i nikt nie ośmieli się drwić z jego niskiego wzrostu! Zresztą urośnie, i to już niedługo. Trzeba tylko poznać sposób i wprowadzić go w życie. Kto wie, może już jutro będzie tak duży jak Bazyli. Na tę myśl przeszył go radosny dreszcz. Ale się wszyscy będą dziwić, wypytywać, co się stało! On jednak nic nie powie, ponieważ magiczny sposób na rośnięcie musi być, był tego pewien, utrzymany w sekrecie. Uśmiechnie się tylko tajemniczo i minie grupkę kolegów, którzy będą go odprowadzać zdumionym wzrokiem. Żadne chaszcze nie będą już mu sprawiać problemu, z rzutem włócznią poradzi sobie śpiewająco, z innymi zadaniami również. Nie będzie trzeba zamawiać u płatnerza specjalnej zbroi, bo doskonale dopasuje sobie jedną z tych w zbrojowni. A jak będą zaskoczeni rodzice! Wtedy im powie wreszcie, jak się okropnie czuł przez te dwa lata, gdy był najniższy w całej Rycerskiej Akademii. Dotychczas wstydził się o tym mówić, bał się także, że będą go namawiać na powrót do domu, a on by uległ… Przecież bywały chwile, gdy był bliski decyzji o rezygnacji, choćby dziś. „To już prawie przeszłość” – pomyślał z ulgą, zamykając oczy. Obudził go dźwięk dzwonów. Zerwał się z łóżka, zły na siebie, że stracił czujność. Która to mogła być godzina. Komnata tonęła w całkowitym mroku, zatem jeszcze trwała noc. Jedno uderzenie, drugie, trzecie… Naliczył jedenaście, lecz pierwszego mógł nie usłyszeć przez sen. Na wszelki wypadek należało, nie zwlekając, udać się w umówione miejsce. Cichaczem, by nie budzić śpiących kolegów, opuścił komnatę i prawie biegiem ruszył ku schodom prowadzącym do zachodniej baszty. To właśnie na jej szczycie znajdował się gabinet osobliwości. Alek jeszcze nigdy tam nie był, podobnie jak większość uczniów Akademii. Jedynie najstarsze klasy miały niekiedy zaszczyt bywać w gabinecie osobliwości, zawsze jednak w obecności nauczyciela ezoteryki, niejakiego profesora Trixa. Nikt nie wiedział, jak naprawdę wygląda ten pan. Mówiono, że ulega nieustannym przeobrażeniom i z tego powodu nie opuszcza nigdy gabinetu osobliwości, nie chcąc straszyć innych mieszkańców błękitnego zamku. Obawiając się spóźnienia, Alek przemierzył dystans dzielący go od lokum profesora Trixa w niecałe dwie minuty. Drzwi do gabinetu osobliwości były całe czarne i nadspodziewanie małe – żeby przez nie przejść, chłopiec musiał się nieznacznie pochylić. Najpierw jednak zapukał. Nie było odpowiedzi, za to pod wpływem nacisku pięści drzwi uchyliły się do wewnątrz. Popchnął je bardziej i wkroczył do niemal całkowicie ciemnego pomieszczenia. Zanim jego wzrok przywykł do mroku, usłyszał wysoki, prawie piskliwy głosik. - Cześć, jestem Kala. Przyszła rycerka. Kilka kroków od siebie ujrzał drobną dziewczynkę. - Alek, przyszły rycerz – odparł, podchodząc do niej, a zarazem rozglądając się z ciekawością. Gabinet osobliwości był ciasnym pomieszczeniem bez okien. Ściany pokrywały od podłogi po sufit różnej wielkości drewniane komody i sekretarzyki, tworząc metropolię szuflad i szufladek. Pośrodku znajdował się niewielki sześciokątny stolik, na którym stała rozświetlona fiolka. Przyjrzawszy jej się uważniej, Alek ze zdumieniem odkrył, że źródłem światła była chmara świetlików poruszających się sennie w wąskim naczyniu. Rzucały słaby blask na otoczenie, oświetlały też niewielką postać Kali. Wydawała się naprawdę malutka, ledwo sięgała mu głową do ramienia. Miała cienki warkoczyk barwy miedzi i śliczne niebieskie oczy. Spojrzał na nią zdziwiony, a jednocześnie jakby zadowolony. Oto nareszcie ktoś okazał się od niego niższy. - Nie śmiej się, ja tylko wyglądam na taką małą – zmarszczyła gniewnie brwi, lecz zaraz się rozpogodziła. – Przyjęli mnie wczoraj, a ciebie? Zrozumiał, że Kala bierze go za pierwszoroczniaka. Wstydził się jakoś wyprowadzić ją z błędu, lecz ukrywanie prawdy nie było honorowe. - Dwa lata temu – wyznał, a później uśmiechnął się, przypominając sobie jej słowa. – Ja tylko wyglądam na takiego małego. Kala spojrzała na niego z uznaniem i zaśmiała się ubawiona. - Czuję, że zostaniemy przyjaciółmi. Głowę daję, że przyszliśmy w tym samym celu. Po wzrost. Zgadza się? – zapytała, lecz nie zostawiła Alkowi czasu na odpowiedź. – Wczoraj, gdy tylko stanęłam przed tym ich długaśnym stołem, zapytałam, czy rycerka może być taka niska i taka ruda jak ja. Przecież jeśli nie może, po co mieli mnie egzaminować, nie? No, więc zapytałam, a oni na to, że wygląd nie jest przeszkodą, że liczy się charakter i siła ducha. Cokolwiek to znaczy – przewróciła zabawnie oczami. - Ale skierowali cię tutaj… Czyli jednak wzrost też jest ważny – zauważył Alek nieco zmartwiony. - To nie tak. Im nie zależy na tym, żeby kandydat był wysoki. Wcale! Po prostu chcą ci pomóc, jeśli widzą, że tego potrzebujesz. Gdy mi powiedzieli tamto o wyglądzie, odparłam, że wolałabym być jak inne dzieci: mieć złote lub czarne włosy i nie być taka niska. Ostatnie słowa powiedziała ciszej i smutniej niż wcześniej. Bezwiednie chwyciła swój warkocz i zaczęła skubać jego koniec. - Uważam, że masz włosy jedyne w swoim rodzaju i bardzo ci w nich do twarzy – rzekł Alek pocieszająco, a przy tym zgodnie z prawdą. - Dziękuję! – rozpromieniła się. – Wiesz, że w moich stronach wszyscy na mnie wołali „Mała”? Wtedy mi to nie przeszkadzało, bo byłam najmłodsza, nie tylko w rodzinie, lecz i w całym sąsiedztwie, ale nie chcę, żeby nowi koledzy i koleżanki tak do mnie mówili. Nie jestem mała, tylko niska! A to różnica. - Oczywiście! – odparł z przekonaniem. - A poza tym… Raptem umilkła. Alek chciał zapytać, co się stało, lecz wtedy gdzieś z boku dał się słyszeć dziwny chrobot. - Słyszałeś to? – wyszeptała Kala. Potwierdził i wtedy znów usłyszeli ten zastanawiający odgłos – jakby drapanie paznokciami po drewnie, tym razem głośniejsze, a po chwili coś jakby tłumione sapanie. Spojrzeli na siebie z przestrachem. - Boję się, a ty? – szepnęła Kala. – Lepiej uciekajmy. - Rycerze nie uciekają – odszepnął Alek, biorąc dziewczynkę za rękę. – Chodź, sprawdzimy razem, co to takiego. Niepokojące dźwięki znów się powtórzyły. Po chwili stało się jasne, że dobiegają z jednej z dużych szuflad umiejscowionych nad podłogą. Zbliżyli się tam razem cichutko. Ze starannie maskowanym lękiem Alek chwycił podłużny uchwyt szuflady i pokazał Kali, żeby postąpiła tak samo. - Na trzy ciągniemy – wyszeptał. Skinęła głową. Wolną dłoń zacisnął w pięść pozostawiając wystawiony tylko kciuk, po chwili wyprostował także palec wskazujący, wreszcie środkowy, oznaczający „trzy”. Wspólnie pociągnęli za uchwyt, otwierając szufladę na całą szerokość. W środku ujrzeli jakąś skuloną postać w czarnym odzieniu. Alek, który spodziewał się znaleźć coś przerażającego, odetchnął. Kala z wahaniem wyciągnęła rękę i dotknęła pleców dziwacznego osobnika. Ten wolno podniósł głowę bez jednego włosa i spojrzał na dzieci zdziwiony. Twarz jego wydała się Alkowi znajoma. - Czyżbym zaspał? – wymamrotał do siebie człowiek w czarnym ubraniu, które najwyraźniej było ocieplaną piżamą. Świadczyły o tym również jego bose stopy. - Ja pana znam, pan był w komisji! – zawołała Kala z zaskoczeniem. – Wczoraj jednak był pan inaczej ubrany i miał pan włosy. Mężczyzna złapał się obiema rękami za łysinę, następnie prędko zaczął macać na dnie szuflady. Po chwili wyciągnął stamtąd biały kłąb długich włosów i gorączkowo nasadził sobie na głowę. Potem, stękając, wygramolił się z szuflady. - Tak lepiej? – zwrócił się do dzieci. Popatrzyli z powątpiewaniem na skołtunioną perukę, częściowo odsłaniającą jedno ucho, za to w całości zasłaniającą jedno oko członka komisji. - Chyba lepiej bez – zdecydował, spoglądając na ich miny, i stanowczym ruchem zdarł z głowy sztuczne włosy. Wpadły do otwartej szuflady, która sama zamknęła się z donośnym trzaskiem. Mężczyzna w ogóle się tym nie zdziwił. Rozglądał się wokół, jakby czegoś szukał. – Okulary, gdzie ja odłożyłem okulary. - Tam są! – Kala wskazała dwa szkła oprawione w powyginane druciki chyboczące się na uchwycie jednej z najwyższych szuflad. - Dziękuję, młoda damo – rzekł łysy pan i nie bez godności nasadził sobie okulary na nos. – Teraz mogę się z wami przywitać, jak należy. Jestem profesor Trix. Najstarszy żyjący absolwent Rycerskiej Akademii, opiekun gabinetu osobliwości. Wyciągnął do Alka i Kali jednocześnie lewą i prawą dłoń. Uścisnęli je, wymieniając swoje imiona. - Bardzo miło mi was gościć. W jakim celu przybyliście do mnie? - Urosnąć – powiedziała Kala z nagłym onieśmieleniem. - Ach, tak, tak, pamiętam. Doskonale pamiętam – zapewnił mężczyzna, lecz zdawał się myśleć o czymś innym. - Przyszliśmy poznać sposób na bycie wyższymi – rzekł Alek stanowczo, patrząc wprost w rozbiegane oczy Trixa. Coś szczególnego musiało być w spojrzeniu chłopca, bo profesor wreszcie skupił na nim uwagę. - Przepraszam was bardzo. Czasami bywam roztargniony. Usiądźcie – wyciągnął rękę, pokazując coś za plecami dzieci. Odwróciły się. Klepki parkietu wokół sześciokątnego stolika zdawały się falować niby tafla morza. Nagle z rozdygotanej podłogi wychynęły na powierzchnię trzy wysokie stołki. Chwilę chybotały się lekko, podczas gdy deski wracały na swoje miejsca, a potem wszystko uspokoiło się. - Śmiało, siadajcie – zachęcił profesor, podchodząc do swoich gości. W jednej ręce trzymał mikroskop, w drugiej niewielką szkatułkę. Obie rzeczy postawił na stoliku. Alek rzucił nieufne spojrzenie w stronę jeszcze niedawno dygoczących mebli. - Chodź – powiedziała Kala półgłosem i delikatnie pociągnęła go ku stolikowi. Pierwsza wgramoliła się na stołek, Alek zajął miejsce obok niej. Trix usiadł naprzeciwko. - Czy słyszeliście kiedyś o Wzrostoludkach? – zapytał półgłosem, pochylając się ku dzieciom. - Wzrostoludkach? – powtórzyła Kala ze zdziwieniem, Alek pokręcił przecząco głową. - Są to maleńkie istoty sprawiające, że dzieci rosną. Powstają tutaj – wyjaśnił profesor, dotykając swojej skroni palcem wskazującym. - W wyobraźni? – poinformował się Alek, pewien, że ma rację. - W mózgu – poprawił mężczyzna – a konkretnie w przysadce mózgowej. Pokazałbym wam, ale ostatni model mózgu, jaki miałem, zjadły myszy. Możemy za to rzucić okiem na same Wzrostoludki. Profesor uchylił wieko szkatułki i wyciągnął z niej szklaną fiolkę z bezbarwnym płynem. Odkorkował ją, włożył na chwilę do środka jakiś przyrząd, z którego następnie wypuścił dwie kropelki tajemniczej substancji na szkiełko mikroskopu. Zamknął fiolkę starannie i na powrót schował ją do szkatułki. Zaintrygowane dzieci przyglądały się temu. - Zobaczmy – wymruczał mężczyzna jakby do siebie i przyłożył oko do okularu. Chwilę kręcił pokrętełkami, wreszcie odsunął od siebie mikroskop. Wydawał się bardzo zadowolony. - Spójrz, Kalu – przesunął urządzenie w stronę dziewczynki po blacie stolika. Skwapliwie pochyliła się nad nim. - Jej! – pisnęła przejęta. – Widzę je, widzę! Alka paliła ciekawość, ale czekał na swoją kolej bez słowa. Nie czekał zresztą długo. Kala musiała wyczuć jego niecierpliwość, bo wkrótce później podsunęła mu mikroskop. - Masz, teraz ty sobie popatrz – powiedziała serdecznie. Następnie zwróciła się do Trixa – panie profesorze… Jak Wzrostoludki dostaną się do nas? Musimy je zjeść? Mam nadzieję, że nie, wyglądają na bardzo miłe. - Bystra z ciebie osóbka, moja droga – odrzekł zapytany. – Zaraz wszystko wam wyjaśnię i pokażę. Chciałbym jednak, żebyście się oboje skupili. - Jeszcze chwilka, profesorze – poprosił Alek, nie odrywając oka od okularu mikroskopu. Do tego stopnia wciągnęło go to, co widzi, że ledwo zwrócił uwagę na toczącą się rozmowę. Dwie krople bezbarwnego płynu powiększone tysiąc razy zawierały nieprzeliczoną gromadę bardzo ruchliwych stworków. Każdy z nich miał ciemne, cienkie ciałko w pięciu miejscach zakończone kulami dłoni, stóp i głowy. Głowa ta, nieco wydłużona na przedzie, zaopatrzona w śmieszne długie uszy przypominała nieco psi pysk. Oczy były duże i zielone jak wiosenna trawa, a usta delikatnie uśmiechnięte. Każdy Wzrostoludek sprawiał wrażenie niezmiernie zajętego, maszerował raz w jedną, raz w drugą stronę, czasem przebierał nogami w miejscu i zacierał ręce, czasem biegł tak daleko, jak tylko pozwalała mu na to przestrzeń szkiełka, po czym zawracał i pędził w przeciwnym kierunku. Trudno było oderwać wzrok od tej ruchliwej sympatycznej gromady. W końcu Alek wyprostował się i spojrzał na Trixa wyczekująco. - Wzrostoludki powstają w przysadce mózgowej i od razu wyruszają w drogę – powiedział profesor, jednocześnie chowając mikroskop do jednej z szuflad. – Przemierzają organizm, w którym powstały, sprawiając, że rośnie. Są pełne energii, zawsze gotowe do działania. - Te pod mikroskopem tak – powiedział Alek – ale te z mojego mózgu się lenią. - Ja to chyba w ogóle nie mam żadnych Wzrostoludków – westchnęła Kala smutno, gniotąc w palcach koniec swojego warkoczyka. Trix uśmiechnął się wyrozumiale. - Obydwoje macie Wzrostoludki – zapewnił. – Rzecz w tym, że wasze przysadki produkują ich za mało. - Dlatego jesteśmy tacy mali? – raczej stwierdził niż zapytał Alek. - Niskorośli – poprawił profesor łagodnie. – Na szczęście istnieje sposób dostarczenia wam z zewnątrz całego oddziału Wzrostoludków. I to każdego dnia! Ten oto długopis. Mówiąc ostatnie słowa, mężczyzna zręcznie, niby iluzjonista pokazujący magiczną sztuczkę, zanurzył dłoń w szkatułce. Wyciągnął z niej podłużne, dość cienkie urządzenie, mające barwę murów błękitnego zamku. - Długopis?! – zaśmiała się Kala. - Nie jest to zwyczajne pisadło – Trix poważnie pokręcił głową. – Zamiast tuszu zawiera cudowne lekarstwo. Nie służy do pisania ani do rysowania. Pozwala wprowadzić Wzrostoludki do organizmów dzieci, które potrzebują i chcą lepiej rosnąć. Pytanie tylko, czy naprawdę tego chcecie, czy macie dostateczną odwagę. Alek poczuł się zaniepokojony. Oto znów pytano go, czy jest odważny. Czyżby tajemnicza metoda na szybszy wzrost miała się wiązać z jakimiś niewyobrażalnymi okropnościami i katuszami, które mogą się okazać nie do wytrzymania nawet dla prawie rycerza? - Jestem odważna i bardzo chcę urosnąć – oświadczyła tymczasem Kala. Trix spojrzał na chłopca pytająco. - Ja też – zapewnił prędko. – Panie profesorze, proszę nas dłużej nie trzymać w niepewności. Co konkretnie mamy zrobić? - Wyciągnij rękę – powiedział cicho zapytany. Alek śmiało wykonał polecenie. Pragnął nareszcie przekonać się, czym jest w istocie ten sekretny sposób dla odważnych, o którym nie mógł przestać myśleć. - Podwiń, chłopcze, rękaw – polecił profesor dobrotliwym tonem. - Alek, nie! – zawołała nagle Kala, chwytając przyjaciela za ramię. – Tam jest igła! Igła! Rzeczywiście, zamiast końcówki do pisania błękitny długopis zaopatrzony był w krótką, cienką igłę, której wcześniej nie zauważyli. W pierwszym momencie Alek chciał cofnąć rękę, lecz zaraz opanował się. Musi być dzielny. - Owszem – spokojnie potwierdził Trix. – Igła. Jest to tunel, przez który Wzrostoludki dostają się do organizmu. To jak kładka rzucona przez rzekę, trzeba przez nią przejść, żeby pójść dalej. - Nie rozumiem! – oświadczyła Kala dość niewyraźnie, bo jednocześnie nerwowo gryzła koniec swojego warkocza. Wydawała się przestraszona. - Wzrostoludki biegają na razie w środku długopisu – objaśnił Alek. – Żebyśmy rośli, muszą się znaleźć w nas. Nie wystarczy je wylać na skórę, a wypić nie można, bo zanim zaczną działać, zginą w naszych brzuchach. Dobrze mówię, profesorze? - Mniej więcej – uśmiechnął się zapytany. – To jak, decydujecie się, dzieciaki? To musi być wasza decyzja, zmusić was nie mogę. - Chcę wypróbować ten sposób – rzekł Alek prędko, bo czuł się niekomfortowo z wyciągniętą obnażoną ręką, z tym oczekiwaniem na spodziewaną przykrość. – Proszę zaczynać. Jestem gotów. - Będzie z ciebie rycerz na schwał – pochwalił go profesor. Ujął fałdę skóry na chłopięcym przedramieniu, po czym delikatnie przyłożył do niego długopis. Tunel dla Wzrostoludków zniknął pod skórą Alka. Dzieci patrzyły na to przejęte. - Teraz otwieram przejście dla naszych małych bohaterów – wymruczał Trix i kilka razy kliknął długopisem. – Wzrostoludki opuszczają ampułkę ukrytą wewnątrz i pędzą ochoczo do twojego organizmu. Teraz musimy dać szansę ostatnim spóźnialskim. Liczymy do dziesięciu. Profesor zaczął liczyć, stopniowo Alek i Kala przyłączyli się do niego. - I to już wszystko? – zapytał chłopiec, gdy Trix wysunął długopis z jego przedramienia. - W zasadzie tak – mruknął mężczyzna. - Nie było tak źle, prawie nie bolało – uśmiechnął się chłopiec, naciągając rękaw. - Naprawdę? – zapytała Kala z nadzieją, wyjmując włosy z buzi. Alek potwierdził. - To może i ja się odważę – nieśmiało rzekła dziewczynka, z wahaniem wyciągając swoją rękę w kierunku profesora, jednocześnie odwracając głowę i zaciskając oczy. Trix sprawnie podał jej lekarstwo, pod koniec tej czynności licząc wraz z dziećmi do dziesięciu. - Małe ukłucie i po krzyku – ucieszyła się Kala, oglądając z ciekawością miejsce, przez które weszły Wzrostoludki. – To kiedy urośniemy? Jutro? Za tydzień? - To nie takie proste. Jeden raz to za mało. Musicie to powtarzać. Usta Kali wygięły się w podkówkę. - Zebrałam całą odwagę… Myślałam, że… Nie dokończyła. Chwyciła swój warkoczyk i znów zaczęła gryźć jego końcówkę. - Trzeba to robić każdego dnia – powiedział Alek, przypominając sobie słowa profesora. – Wprowadzać do organizmu oddział Wzrostoludków dziennie. - Tak jest. Najlepiej robić to krótko przed snem – pouczył Trix. - Damy radę, Kalu – powiedział z mocą Alek, obejmując dziewczynkę ramieniem. – Wierzę, że damy radę. Pomogę ci. Będziemy się wzajemnie wspierać. - To jeszcze nie wszystko – odezwał się powoli profesor. - Nie? – dzieci spojrzały na siebie z przestrachem. Co jeszcze będą musiały uczynić? - Spokojnie, to drobiazgi. Najtrudniejsze już poznaliście. Po pierwsze, powinniście unikać słodyczy. - To nie będzie łatwe – posmutniał Alek. – To jeszcze gorsze niż długopis z igłą. - Jedzenie słodkich rzeczy przeszkadza Wzrostoludkom w pracy. To tak jakby podczas wielkiego wyścigu ktoś rzucał zawodnikom kłody pod nogi albo jakby na prostej drodze, którą jedzie powóz, pojawiły się znienacka pagórki i olbrzymie głazy, albo… W tym miejscu mężczyzna umilkł, szukając w głowie kolejnego porównania. Przerwę tę wykorzystał Alek, mówiąc szybko: - Rozumiem, panie profesorze. A ta druga sprawa? - Sen – rzekł z naciskiem Trix. – Wzrostoludki najintensywniej pracują, kiedy człowiek śpi. Dlatego musicie postarać się jak najdłużej spać. - Kiedy pobudka w Akademii jest już o siódmej – zamarudziła Kala, a potem rozmarzyła się – A może my dwoje moglibyśmy wstawać o dziewiątej? - Wykluczone, moja droga – kategorycznie sprzeciwił się profesor. – Regulamin Rycerskiej Akademii im. Króla Artura nie dopuszcza podobnych wyjątków. Wszyscy muszą budzić się o siódmej. Mogą za to kłaść się wcześniej spać, mam rację? Tu mrugnął do Alka, który poczuł się zakłopotany, sądząc, że Trix doskonale wie o jego nocnych opowieściach. - Lekarstwo, dieta, sen – wyliczył dla porządku profesor. Schował do szkatułki długopis i wyjął z niej dwa inne. Na boku jednego widniała biała litera „K”, na drugim zaś „A”. Podał je dzieciom. - Tylko, proszę was, nie zgubcie, to moje ostatnie egzemplarze, oprócz tego pokazowego, którego nie użyczam. Jakieś pytania? Popatrzyli po sobie. Wizyta w gabinecie osobliwości wydawała się zdecydowanie za krótka, mieli wiele obaw i wątpliwości, których nie potrafili ubrać w odpowiednie słowa. Byli przecież tylko dziećmi, w dodatku stojącymi w obliczu długiej próby. - Kiedy urośniemy? – ponowiła wcześniej zadane pytanie Kala. - Pierwsze efekty kuracji zaobserwujecie za kilka miesięcy – odrzekł Trix, po czym ziewnął za osłoną dłoni. - A jak długo będziemy się leczyć? – zapytał Alek. - Prawdopodobnie do końca edukacji w Akademii – odparł zapytany i znów ziewnął. - Tak długo? – jęknęła Kala. - Owszem – potwierdził profesor, biorąc pod pachę szkatułkę i kierując się ku ścianie. – Gdy wykorzystacie cały płyn z ampułek, zgłoście się do mnie po nowe. Teraz wybaczcie, wracam do mojego snu. Niezwykłego snu, w którym pracowałem nad wynalezieniem… Dalszy ciąg wypowiedzi utonął we wnętrzu szuflady, w której zniknął ekscentryczny profesor Trix. Skulił się cały w ciasnej przestrzeni i natychmiast szuflada zatrzasnęła się. Zaskoczone dzieci spojrzały na siebie. - I co teraz? – zapytała Kala. - Nic. Wracamy do komnat i kładziemy się spać – zdecydował Alek, choć wcale nie czuł się zmęczony. Niezwykłe chwile w gabinecie osobliwości, emocje związane z kuracją profesora Trixa, wszystko to sprawiło, że daleki był od snu. W chwili obecnej odnosił wrażenie, że nie zaśnie już nigdy, że zawsze będzie czuł to podekscytowanie i lęk przemieszany z nadzieją. A przecież długi sen był kluczowy dla pracy Wzrostoludków. - A potem? – dopytywała się Kala. Sprawiała wrażenie bardzo przejętej i Alek zrozumiał, że dziewczynka ma na myśli coś innego. Patrzyła na niego prawie prosząco, gniotąc w palcach końcówkę warkoczyka. - Zostaw włosy w spokoju – poradził. – Całkiem je sobie poniszczysz, jak tak dalej pójdzie. - Kiedy nie mogę przestać – pożaliła się. Po chwili jednak opanowała się; odrzuciła warkocz na plecy i zaplotła palce. – Boję się. A ty? - Trochę – przyznał. – Na szczęście żadne z nas nie jest samo. Tkwimy w tym razem, pamiętaj. Jeśli chcesz, możemy co wieczór wspólnie… - Zapraszać Wzrostoludki? – dopowiedziała Kala. - Tak – potwierdził z ulgą, że sformułowała to w ten sposób. Wolał unikać wspominania o igle. Przecież tak się jej przeraziła. – Będziemy się spotykać po kolacji na wschodnim balkonie. - Tym z widokiem na Straszliwy Las, o którym mówią, że nikt kto tam wszedł, nie wyszedł żywy? - Tak. Nie sądziłem, że o tym wiesz. - Pewnie, że wiem! – zawołała z nutą oburzenia. – Zdążyłam już zwiedzić cały zamek i zapytać o wszystko, co mnie zaciekawiło. Wiesz, ile się można dowiedzieć, pytając? Dziś rano zapytałam… Alek patrzył na nią z uśmiechem. Najwyraźniej Kala wróciła do równowagi po spotkaniu z profesorem Trixem, bo znów zaczynała gadać jak nakręcona. Cieszył się z tego. Poza tym sam poczuł się lepiej, widząc ją w dobrym nastroju. - Kalu – przerwał potok jej słów – musimy się już pożegnać i iść spać. Wzrostoludki… - Wiem, wiem. Nie musisz mi przypominać – burknęła nieco zawiedziona. Zrobiła ruch, jakby chciała się odwrócić, po czym nagle wspięła się na palce i cmoknęła Alka w policzek. - Dobranoc! – rzuciła i pierwsza wyszła, a właściwie wybiegła, z gabinetu osobliwości. Alek stał jeszcze przez chwilę oszołomiony, wpatrując się w drzwiczki wyjściowe, w których zniknęła Kala. Czuł, że się rumieni. Było mu jednak przyjemnie. Cieszył się, że w Akademii jest jeszcze inne dziecko takie jak on, że nie będzie sam stosował wymagającej kuracji Trixa, że jest jeszcze ta mała. - Niskorosła – poprawił się prędko. – Kala. Moja przyjaciółka.
Następnego wieczora prosto z kantyny pobiegł ku wschodniej części zamku. Prawą rękę trzymał w kieszeni, ściskając mocno magiczny długopis. Kiedy wyszedł na balkon, stanowiący umówione miejsce spotkania, Kala już tam na niego czekała. - Wzięłaś? – zapytał Alek, wyjmując rękę z długopisem. - Pewnie! – wyciągnęła swój z kieszonki na piersi. - Mówiłaś komuś? Bo ja nie. - Ja też nie – odparła dziewczynka. - I niech tak zostanie. To będzie nasz sekret, zgoda? - Zgoda – przytaknęła. Chociaż profesor nie wspominał o zachowaniu tajemnicy, obydwoje czuli, że nie powinni się z nikim dzielić chwilami spędzonymi w gabinecie osobliwości ani opowiadać o niezwykłej kuracji, jaką im zalecono. Mimo to chłopiec z trudem ukrył całą rzecz przed Bazylim, który kilkakrotnie usiłował pociągnąć go za język. W końcu dowiedział się jedynie, że przyjaciel otrzymał specjalny lek pomagający urosnąć. - Czas na Wzrostoludki! – powiedział Alek dziarsko, starając się nie dać po sobie poznać, jak bardzo niepokoi go myśl o samodzielnym podaniu sobie lekarstwa. Na szczęście dobrze zapamiętał kolejne czynności profesora Trixa i poszło mu jak z płatka. Gorzej było z Kalą. Po kilku nerwowych próbach bezradnie opuściła ręce. - Nie jestem w stanie tego zrobić – powiedziała. – Czy myślisz, że… Mógłbyś… - Chcesz, żebym ja podał ci lekarstwo? – domyślił się Alek. Dziewczynka skinęła głową. Alek położył swój długopis na kamiennym ogrodzeniu balkonu i wziął od Kali jej urządzenie. - Gotowa? - Tak – rzekła bohatersko, choć usta jej drżały. Odwróciła głowę. Alek ujął w palce fałd skóry na przedramieniu dziewczynki i zagryzł wargi. Nie chciał sprawiać jej bólu, ale przecież musiał. - W porządku? – zapytał, gdy wzrostoludkowy tunel wniknął w ciało przyjaciółki. Gdy potwierdziła, nacisnął kilka razy przycisk długopisu. Następnie zaczęli głośno liczyć do dziesięciu. Żadne z nich nie dostrzegło czającego się niebezpieczeństwa. Oto gdy byli w połowie liczenia, olbrzymi kruk siedzący do tej pory na gałęzi okolicznego drzewa błyskawicznie przyleciał na wschodni balkon zamku. Wylądował na ogrodzeniu za plecami Alka pochylonego nad ramieniem Kali. Chwycił silnymi szponami pozostawiony bez nadzoru błękitny przyrząd, zaskrzeczał triumfalnie i uniósł się w powietrze. Zdziwione dzieci przerwały liczenie i spojrzały w jego stronę. - Och, nie! Twój długopis! – wykrzyknęła Kala, zerwawszy się z miejsca tak szybko, że Alek ledwo zdążył wyciągnąć igłę z jej skóry. Stali teraz obok siebie, z niedowierzaniem odprowadzając wzrokiem podłe ptaszysko, które szybowało w stronę Straszliwego Lasu, unosząc w szponach cudowne lekarstwo. - To przeze mnie! Gdybym była taka odważna jak ty, nie doszłoby do tego – biadała Kala, bliska płaczu. Alek milczał. Ponury wzrok utkwił z maleńkim czarnym punkciku, w który zmieniła kruka-złodzieja dzieląca go od dzieci odległość. Nie śmiał spojrzeć na przyjaciółkę, gdy jego serce wypełniało się gniewem i rozpaczą. Wiedział, że w gruncie rzeczy to nie była jej wina, a przecież na usta cisnęły mu się same przykre rzeczy. - Chodźmy do Trixa! – pociągnęła go za ramię. - Po co? – zapytał sucho. – Przecież powiedział, że więcej długopisów nie ma. - Musimy mu powiedzieć, co się stało. Może coś poradzi – nalegała Kala. W końcu bez słowa ruszył za nią do gabinetu osobliwości. Dziewczynka, pełna poczucia winy, uporczywie znęcała się nad swoim warkoczykiem, na przemian skubiąc go i gryząc, ale cóż znaczyła ta skrucha wobec tak wielkiej straty! Skradziono mu długopis, Wzrostoludki więcej nie wejdą do jego organizmu. Już na zawsze pozostanie mały! Zapragnął nagle pozbyć się swej towarzyszki, schronić w różanej altanie, rzucić się na starą ławkę i płakać. - Muszę iść do ogrodu – rzekł nieswoim głosem i skręcił w jeden z bocznych korytarzy. Kala dwoma susami go dopędziła. - Zwariowałeś? W takiej chwili chcesz oglądać kwiaty?! – przewróciła oczami, ciągnąc go z powrotem w stronę gabinetu osobliwości. – Mamy zadanie do wykonania. Musimy iść do Straszliwego Lasu odnaleźć kruka. - Chyba ty zwariowałaś! – zawołał, lecz zaraz się zreflektował. – Wybacz, to było niegrzeczne, ale pójście tam, i do tego nocą, to głupi pomysł. - Nie chcesz iść, trudno. Pójdę sama! – oświadczyła dziewczynka. – Przynajmniej spróbuję odzyskać twój długopis. Straciłeś go, pomagając mi. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żebyś dostał go z powrotem! Puściła się sprintem w stronę zachodniej baszty i teraz to Alek musiał gonić ją. Miała świetną kondycję. Chociaż była niższa od niego, potrafiła nadspodziewanie szybko przebierać nogami. Pierwsza wbiegła do gabinetu osobliwości, po prostu popychając jego drzwiczki – niezamknięte na klucz podobnie jak poprzedniego dnia. Dogonił ją i zatrzymał się, dysząc ciężko. Ze zdziwieniem stwierdził, że już nie jest na nią tak bardzo zły. Czuł nawet coś w rodzaju nikłego podziwu. - Co tak gnasz? – wysapał. - Nie ma czasu do stracenia – oświadczyła Kala i podeszła do miejsca, w którym zniknął opiekun gabinetu osobliwości. - Panie profesorze! – zawołała, jednocześnie głośno pukając do szuflady. Cisza. - Sprawa jest poważna. Pociągnijmy razem za uchwyt – zaproponował Alek. Mimo ich wysiłków szuflada ani drgnęła. Próbowali otworzyć inne, lecz bezskutecznie. Wszystkie zdawały się zamknięte na klucz. - Patrz! – zawołała nagle Kala, wskazując jakieś miejsce na podłodze przy ścianie. - Daję głowę, że wczoraj coś tam stało – rzekł Alek, podchodząc bliżej. - Nadal stoi, ale bez jednej szuflady – odparła jego towarzyszka, stając obok. Zamiast kamiennej podłogi, której można by się spodziewać, ziała czarna dziura, wyglądająca na wejście do ciasnego tunelu. - Pewnie tam znajdziemy profesora – powiedziała Kala. Kucnęła i wyciągnęła rękę. – Gładziutkie. - Co? – zapytał Alek, idąc w jej ślady. Pod palcami wyczuł idealnie oszlifowaną powierzchnię kamienną biegnącą prawie pionowo w dół. - Całkiem jak zjeżdżalnia – uśmiechnęła się dziewczynka. – Ekstremalna zjeżdżalnia dla super odważnych dzieci, takich jak ty i ja. - Niezupełnie – mruknął Alek daleki od entuzjazmu. – Nie jestem przekonany, czy... - A ja tak! – zawołała, bez zastanowienia wskakując wprost w nieodgadnioną ciemność. – Aaaaaaa! Jej piskliwy krzyk i cisza, która po nim zapadła, przeraziły Alka nie na żarty. - Kala! – zawołał w głąb tunelu. - W porządku, żyję – usłyszał jej słaby głos, dobiegający jakby z wnętrza studni. Odetchnął głęboko. Wsunął nogi w otwór i zawahał się. - Jestem dzielny. Dzielny. Nie mogę stchórzyć – powiedział do siebie, a głośno zawołał – już do ciebie jadę! Odepchnął się rękami od podłogi i zamknął oczy. Od razu pomknął w dół z zawrotną szybkością. Prawie nie czuł pod pośladkami i plecami oparcia. Miał wrażenie, że spada, że leci na łeb, na szyję prosto w ogromną przepaść. Z ust wyrwał mu się krótki okrzyk przestrachu. Szaleńczy zjazd skończył się raptownym upadkiem na coś miękkiego i kłującego. Otworzył oczy i
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil sopocianka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…