Wróć do katalogu

Annazuz

przeczytacie zobaczycie (z góry przepraszam za błędy)

awisa, opublikowano , 44 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Ktoś, kto szedłby teraz, w godzinach popołudniowych, Zajęczym szlakiem, przez las, mógłby przez przypadek potknąć się o pewną dziewczynę klęcząca na dróżce. Zobaczyłby jasno brązowe włosy spięte w kucyk, tył jasno zielonej podkoszulki, niebieskie dżinsy i nieopodal rzucony szkolny plecak. Oczywiście zanim by się nie potknął. Później spojrzałby w bladą twarz i przejrzyste piwne oczy.

Zuzanna szła z powrotem dokładnie tą sama drogą, którą jeszcze pół godziny temu wracała ze szkoły. -Muszę go znaleźć. Znajdę go. Szła ścieżką przez las. Była krótsza, ciekawsza i z dala o ruchliwej ulicy, która ciągła się u podnóża Jamy. Teraz żałowała. Mogła wybrać brudną i śmierdzącą od spalin drogę wzdłuż jezdni. Może wtedy szybciej znalazłby pierścionek.

Szła w górę ścieżki. Po prawej stronie rosły drzewa. Przed nimi krzaki. Przed krzakami, zaraz przy dróżce stały ławki, które zostały tam postawione dwa lata temu. Dzięki zbuntowanym emerytom, którzy zbojkotowali urząd miasta i burmistrza, zmuszając go do oczyszczenia Zajęczego Szlaku i postawienia solidnych ławek,- "które byłyby oparciem nie tylko dla zmęczonych nóg, ale i strapionych dusz"- tak w petycji napisała jedna z emerytek.

Była to Elżbieta Los, babcia Zuzanny. Wtedy jeszcze żyła. Niestety podczas oczyszczania drogi z drzew, Elżbieta dostała ostrego zawału serca. "Ze starości pękło jej serce"- takie słowa Zuzanna usłyszała od matki, gdy wyszły ze szpitala.

Zazwyczaj, na co drugiej ławce siedziała para schorowanych staruszków, która napawała się widokiem ostatniego zielonego zakątka, niepochłoniętego przez zdobycze cywilizacji. Z twarzami zwróconymi w stronę panoramy miasta i na wznoszące się nad nim góry, wspominali po cichu stare dobre czasy. Dziewczyna, aż za dobrze wiedziała, jak bardzo dobre były te czasy. Często wracając samotnie ze szkoły zapraszana była na ławeczkę i karmiona opowieściami z przed lat. Było to dość nużące i zabierało sporo czasu. Dziewczyna często podśmiewała się w duchu jak dziesiąty raz z rzędu słyszała tę samą historyjkę, w dziesiątej zmienionej wersji. Nie zmieniała trasy. Lubiła te zwierzania. Czuła, że oni tego potrzebują. Ale ona potrzebowała ich bardziej. W ich oczach widziała oczy swojej babci.

Bardzo często spotykała na przechadzce schorowanego profesora, który kiedyś uczył w liceum na Jamie. Siwą staruszkę, z wysoko upiętym kokiem, z drewnianą laseczką, zawzięcie napierającą do przodu tam i z powrotem. Lub pana w ciemnych okularach, z pieskiem na smyczy i białą laską. On jedyny spoglądał na miasto nie widząc nic.

Lecz nie ona jedna wracała ze szkoły Zajęczym Szlakiem. Czasem mijała ją grupka innych uczniów rozgadanych wesołych i śmiejących się. Mijali ją i znikali za zakrętem. Z nosem przy ziemi i z rękami pokaleczonymi przez dziko rosnące ostrężyny, z uporem szukała cennej zguby.

Skierowała się w stronę tunelu z krzaków, których gałęzie tworzyły niskie kopulaste zadaszenie. Weszła do środka. Rozglądnęła się. Przykucnęła. -Po, co tu przyszłam? -Pomyślała - nie czołgałam się pod krzakami wracając ze szkoły.- I zagłębiła się dalej.

Usłyszała krzyk, jakiego nigdy w życiu nie słyszała. Był to głos kobiety. Spojrzała za siebie, jej stopy były oświetlone przez popołudniowe słońce. Nie przeszła daleko. Na dróżce nie słyszała żadnego odgłosu. Zdziwiła się. Znowu krzyk. Cofnęła się gwałtownie, ale ostrożnie, tak żeby nikt jej nie usłyszał. Pomyślała o komórce. Wyjęła z kieszeni telefon. Wybrała zapisany numer na policję. "Bateria rozładowana"- przeczytała na miniaturowym ekraniku. Przeklęła w myśli stare zużyte baterie. Znowu krzyk i cisza długa cisza. Nie wiedziała, co robić. Jedne, co jej przyszło do głowy to zdanie idealnie pasujące do jej humoru. Nic się jej nie udawało, najpierw dwa ze sprawdzianu, potem pierścionek, teraz komórka. "Czasem jest taki dzień, w którym papier toaletowy nie jest jedyną szarą rzeczą, którą chciałoby się podetrzeć dupę"- usłyszała to od Kaśki, koleżanki z klasy, która była zagrożona z geografii. "Ale nie" -Pomyślała "Aż tak źle nie może być." Cisza trwała już zbyt długo. Dziewczyna ostrożnie przeszła przez tunel. Przyczołgała się bliżej krawędzi wyznaczonej przez rosnące krzaki. Na małej polance stało dwóch mężczyzn. Jeden ubrany w granatowe dżinsy i jasno żółtą koszulę. Drugi miał na sobie czarny garnitur, w którym prezentował się przesadnie elegancko. Twarz pierwszego była tępa i bez wyrazu a oczy wpatrzone ślepo w dal i miał coś na twarzy, co przykuło uwagę Zuzy. Koło lewego ucha brązowiała tak zwana myszka.

Trzymał on wysoko za ręce klęczącą kobietę. Zuzia widziała, że po mimo spoconej twarzy oblepionej rudymi i brudnymi od ziemi włosami, była urodziwa kobietą. Miała delikatne rysy twarzy. Pod dużymi raz po raz zamykanymi oczami widniał mały filigranowy nosek. Niestety ta ładna twarzyczka nieziemsko cierpiała. Była wykrzywiona w grymasie bólu. Klęczała blada z podkrążonymi oczami z wycieńczenia. -Nie będę dłużej czekać, gotowa jeszcze nam uciec. No już zrób to. - Usłyszała nagle gruby, mocny i potężny głos, dochodzący zapewne z ust odwróconego do niej tyłem elegancika. Zuska kucała nieruchoma. Chciała zmienić pozycję, gdyż czuła się jakby wdepnęła w mrowisko, lecz bała się, że zwróci na siebie uwagę. Patrzyła. Elegant kiwną głową do tępego blondyna z brązowym znamieniem na lewym uchu.

Blondyn chwycił ręce kobiety lewą ręką a prawą podniósł i gwałtownym ruchem uderzył w tył pochylonej głowy ofiary. Nie stawiała oporu. Zsunęła się na ziemie puszczona przez zabójcę. Była martwa. Zuzanna była zimna i spocona z przerażenia. Chciała uciekać. Nie mogła. Tak bardzo chciała zrobić jeden ruch. Najmniejszy. Chociaż poruszyć palcem u nogi. Ale nawet nie odwróciła wzroku od zabitej. Nic nie zrobiła.

Bez ostrzeżenia kobieta szybkim ruchem, trwającym ułamek sekundy, podniosła głowę. Wbiła wzrok prosto w Zuzannę. Dziewczyna była na tyle, blisko, aby zobaczyć wielkie tęczówki ofiary. Zemdlała. …Dziewczyna stała na polanie, Zewsząd otoczonej grubym murem drzew. Ich korony tworzyły nad nią zwartą kopułę. W kopule tej była dziura. Przez otwór widać było księżyc w pełni. Jego światło rozpraszało gęstą ciemność. Blask księżyca nadawał polanie aurę tajemnicy. Tworzył cienie. Pobudzał wyobraźnie… …Zaczęła się rozglądać uważniej. Smuga blasku księżyca nie rozpraszała się całkowicie. Delikatnym snopem światła oświetlał coś, co przypomina nagrobek - Boże, to cmentarz -pomyślała przerażona. Poczuła uścisk. Silny i zimny uścisk. Jakaś koścista ręka wbijała jej paznokcie do przedramienia. Odwróciła się. Zakapturzona postać wbiła jej drugą rękę w drugie przedramienie…

Obudziła się. Otworzyła oczy. Rozglądnęła się po swoim pokoju. Popatrzyła przed siebie na zasłonięte okno. Patrzyła na wielkie, żółte kwiatki, z zieloną łodyżką i czerwonym środkiem, na ciemno niebieskim tle. Odwróciła się za siebie. Na zegarze nad łóżkiem wskazówki ułożyły się w godzinę szóstą rano. Sięgnęła lewą ręką po komórkę, która zawsze była na nocnym stoliku. Podniosła ją-Bateria pełna- stwierdziła i sprawdziła w kalendarzu, jaki dzisiaj jest dzień tygodnia. "Poniedziałek"- przeczytała. I z jękiem zrezygnowania odłożyła komórkę. Za pół godziny mieli obudzić ją rodzice. Wstała. Nie mogła już spać, nie zasnęłaby. Weszła do kuchni. Podniosła duży ostry nóż z zieloną rączką. Wyciągnęła drewnianą deskę pękniętą po środku. Wyjęła chleb. Powoli i dokładnie ukroiła równiutką kromkę. Odłożyła nóż. Schowała chleb. Wyciągnęła z lodówki margarynę śniadaniową i szynkę zapakowaną plastikową folię. Podniosła nóż. Zatopiła go w maśle i posmarowała chleb. Położyła plasterek szynki. Zaparzyła herbatę, zalewając ją uprzednio zagotowaną wodą. Usiadła na taborecie przy stole i zaczęła jeść. Czuła się fatalnie. Nos miała zapchany katarem. Oczy załzawione. Gardło piekło niemiłosiernie- Jestem chora- Pomyślała i odwróciła się gwałtownie, bo usłyszała cichy szelest skradającej się osoby. To była jej matka. Patrzyła na nią nieprzytomnym wzrokiem. -Już nie masz gorączki? Jak się czujesz?- Matka Zuzanny podeszła do niej. Podniosła rękę dotknęła czoła córki, uśmiechnęła się. Odetchnęła z ulgą. -Nie najlepiej- Powiedziała Zuzia- chyba jestem chora. -Tak od trzech dni- Stefania zobaczyła zaskoczoną minę córki i zaraz się zreflektowała- Nie pamiętasz? Wróciłaś w piątek wieczór z wysoką gorączką, otworzyłam drzwi, zemdlałaś. Wezwałam lekarza. Zbadał cię i stwierdził, że masz wyjątkowo nieprzyjemną grypę. Zapisał ci leki. Powiedział, że jak wstaniesz z łóżka za dwa tygodnie to będzie dobrze a ty gorączkowałaś i spałaś tylko przez weekend. Teraz gorączka minęła. Wszystko przespałaś. Też bym straciła poczucie czasu. Idź spać. Nie idziesz dzisiaj do szkoły.

W czwartek rano wstała zdrowa i rześka. Usiadła na łóżku. Przetarła oczy. Odwróciła się i spojrzała na zegar. Była ósma rano. W domu nie było już nikogo. Oboje rodzice pracowali do południa. Rodzeństwa nie miała. Prawą nogą dotknęła miękkiego zielonego dywanu. Nie była przesądna, ale zawsze zwracała uwagę na to, którą nogą pierwszą stąpnie. Przeszła przez drzwi do przedpokoju. Łóżko stało po ich lewej stronie. Stanęła. Jedną ręką chwyciła się framugi, żeby się nie przewrócić. Jak zwykle za szybko wstała i dostała zawrotów głowy. Gdy drzwi do sąsiedniego pokoju przestały wirować, przeciągnęła się leniwie, z uśmiechem na twarzy. -Nikogo nie ma w domu- pomyślała- nie jestem jeszcze głodna, a chętnie poleżałabym jeszcze w ciepłym łóżeczku- Wróciła się i ułożyła w milutkim wyrku. Otworzyła jedno oko. Potem drugie. Sięgnęła po komórkę. Spała okrągłą godzinę. Przez to rozleniwiła się jeszcze bardziej. Podniosła się na łóżku i oparła o ścianę. Drugi raz tego poranka- o ile można porankiem nazwać godzinę dziewiątą- przetarła zaspane oczy. Popatrzyła przed siebie. Patrzyła z niedowierzaniem. Czuła się jakby robiła zeza. Widziała przed sobą niewyraźnie dwa drzewa. Jedno za oknem, które zawsze tam było, a drugie bardzo niewyraźnie w domu. Po raz trzeci przetarła oczy. Zamknęła. Otworzyła. Przetarła i patrzyła. Teraz oprócz tego, że drzewo stało się bardziej wyraźne to w jego otoczeniu zaczęły pojawiać się krzaki i zielona trawa, a w oddali las. Wstała. Podeszła bliżej otworu, który jakby lewitował w powietrzu w jej własnym pokoju. Im bardziej zbliżała się do widma tym jaśniej było w pokoju. Podchodziła coraz bliżej i bliżej. Błysk światła oślepił ją. Rozglądnęła się. Nie wiedziała gdzie jest. Stała po środku pola zarośniętego zieloną trawą. Gdzie nie gdzie rosły samotne drzewa i krzaki. Gdzie indziej w oddali rozpościerały się gęsto posadzone drzewa. Jakby kawałki lasu poprzecinane pustą przestrzenią. Odwróciła się i z wielka ulgą popatrzyła przed siebie. Zobaczyła pokój. Jej pokój. Łóżko i zegar nad nim. Pobiegła przed siebie. Błysk. Obudziła się na podłodze, leżała przed łóżkiem zaraz pod oknem. Podniosła głowę. Ostry ból przeszedł jej przez czaszkę. Chwyciła się za potylice i wstała. -Auć, auć auć…-powtarzała i szła do łazienki. Nagle przypomniała sobie zdarzenie z poranka. Odwróciła się gwałtownie wciągnęła głęboko powietrze. Dziwne przejście widniało nadal w tym samym miejscu, co o godzinie dziewiątej. -O nie- pomyślała-Tego już za wiele wychodzę stąd. Pójdę gdzieś. Powłóczę się do południa po mieście i wrócę jak mama będzie. Poszła do łazienki. Umyła się, uczesała kucyk. Ubrała dżinsy, niebieską podkoszulkę z napisem " I love sleep", adidasy i ciepły gruby polar. Chciała jeszcze wziąć komórkę, ale musiałaby wejść do tego pokoju, o którym nawet nie chciała myśleć. Powoli uchyliła drzwi. Weszła. Z zamkniętymi oczami próbowała przejść przez łóżko.- Nie wygłupiaj się - pomyślała -Nie rób z siebie wariatki-Otworzyła oczy i nie patrząc w stronę okna chwyciła komórkę. Szybkim ruchem zeskoczyła z łóżka i chwyciła klamkę. Chciała jak najszybciej wyjść. Stanęła.-Nie bądź głupia-Powiedziała sobie. Zamknęła oczy, odwróciła się powoli i otworzyła je. Po tym, co zobaczyła usiadła na łóżko zrezygnowana.- O co chodzi? O co w tym wszystkim chodzi?- Popatrzyła w stronę okna. Za oknem rosło drzewo, które zawsze tam było, a przed oknem w jej pokoju nie było niczego nadzwyczajnego. Nie było drugiego drzewa- I nigdy go tam nie było- dokończyła swoją myśl Zuzia. Następnego dnia dziewczyna wstała o godzinie dziesiątej. Wstała z łóżka i przezornie zerknęła w stronę okna. Zjadła śniadanie. Miała ją dzisiaj odwiedzić Agnieszka. Umyła się, ubrała świeżą piżamę, włożyła na siebie niebieski szlafrok z barankami leżącymi na chmurkach. Ktoś zapukał do drzwi. Odwróciła się i poszła w stronę przedpokoju, otworzyła i powitała przyjaciółkę. -Cześć Aguś, co u ciebie słychać? - Dziewczyno nie odzywasz się przez cały tydzień myślałam, że źle z tobą a ty odpoczywasz sobie w najlepsze w domu i wymigujesz się od ostatnich dni szkoły wstydź się. Aha i nie mów do mnie Aguś. -Oj Aguś uwierz nie chciałabyś być na moim miejscu. -Powiedzmy, że uwierzę ci na słowo. Proszę nie mów do mnie Aguś! -Lubię jak się złościsz. -Zauważyłam, Nie zaprosisz mnie? -Nie. -Słucham? -No wchodź. -Przyniosłam ci kilka, zeszytów- powiedziała Agnieszka i już w drodze do pokoju zaczęła je wyciągać. Zuska chciała powiedzieć jej, że może poczęstować ją tym kawałkiem wizyty trochę później, ale znała przyjaciółkę, nie odpuściłaby. Siedziałaby jak na szpilkach. Nie była kujonem, ale lubiła załatwiać wszystkie ważne sprawy zaraz na początku wizyt.- Tu masz matematykę- Podała jej czerwony zeszyt w kratkę- Tam jest wszystko napisane i wyjaśnione, regułki znajdziesz w książce a jak nie będziesz czegoś rozumieć zapytaj z chęcią ci pomogę -Wiem- powiedziała po cichu Zuska tak żeby nie przerywać monologu koleżanki -Słucham? -Nie nic, nic mów dalej, to interesujące. -Nie wygłupiaj się. -Oj nie denerwuj się po prostu nie chce mi się słuchać o zadaniach, które muszę zrobić. Ale będę cierpliwie chłonąc każde słowo wypowiedziane przez ciebie. Tylko szybko.- Agnieszka mruknęła coś pod nosem i kontynuowała. -Języka polskiego nie było i nie będzie jeszcze przez tydzień. Wrona jest chora. Tu jest biologia -wyciągnęła zielony zeszyt z wielkim globusem na środku, a zaraz potem cieniutki niebieski zeszyt z żółtymi kaczuszkami.- A tu masz brudnopis przepisałam ci tu wszystkie przedmioty, które mamy po jednej godzinie. Chemię, Geografię, Fizykę i Sztukę, którą w prawdzie mamy po dwie godziny, ale wczoraj mało pisaliśmy, więc też przepisałam. -Rany nie masz, co robić?- Powiedziała Zuza, ale napotkała wzrok Agi i zaraz dodała -Ale dziękuję ci naprawdę jesteś kochana, tylko, że wystarczyłoby jakbyś przyniosła mi te zeszyty, sama bym je przepisała. -Nie gadaj tylko słuchaj. Tu masz jeszcze Angielski i Niemiecki. No to chyba wszystko. Aha i jeszcze historia. No proszę to już na pewno wszystko. -Oj dziękuję ci będę miała zajęcie. Jak to dobrze jest mieć kogoś takiego jak ty. Zrobić ci herbatki z cytrynką? -Nie podlizuj się. -No wiesz… - Udała obrażenie Zuza -Wiem, podlizujesz się, ale herbatki napiję się bardzo chętnie. A potem ci coś opowiem. -Ale nic o szkole?- Zapytała z lękiem Zośka. -Daj spokój idź już. -Nie wyganiaj mnie z mojego pokoju.-Powiedziała Zuska i poszła do kuchni. Gdy już siedziały obie wygodnie na wielkich miękkich poduchami przed sobą i herbatą w ręku, Agnieszka zapytała: -Słyszałaś o tym facecie, co zaginął? -Nie. O jakim facecie, nic nie słyszałam.- Zdziwiła się a Agnieszka zaczęła z przejęciem opowiadać. -No to słuchaj. W piątek rano zaginął mąż przyjaciółki mojej mamy. Jak on się nazywał? Poczekaj zaraz sobie przypomnę, coś z burzą…Aha wiem! Grzmot! Artur i Joanna Grzmot. Rano w sobotę ta Joanna zadzwoniła do mojej mamy i z płaczem powiedziała, że Artur nie wrócił do domu, no wiesz myślała, że ją zdradza, albo coś w tym stylu. Jak nie wrócił też w sobotę to zadzwoniła na policję. Nie znam szczegółów, ale podobno znaleźli świadka, chyba tego profesorka na emeryturze z liceum, który powiedział, że widział jakiegoś mężczyznę, który szedł Zajęczym Szlakiem, a potem jakby czegoś szukając wszedł w krzaki. Profesor jeszcze długo tam siedział, prawie do wieczora i nie widział żeby stamtąd ktokolwiek wychodził. -A jak wygląda ten Grzmot? -Zapytała z ciekawości przyjaciółka. -W gazecie "Pod Jamą" było jego zdjęcie, nie mam jej tu, ale mogę ci powiedzieć. Chyba blondyn, tak na pewno i brązowe oczy. Nie wiem, jaki miał wzrost i posturę, ale w gazecie było wszystko opisane i miał jeden znak szczególny, tutaj- Wskazała miejsce koło swojego lewego ucha- miał takie brązowe, dość widoczne znamię i... Po słowie znamię, Zuza wyłączyła się, przestała słuchać koleżanki. Ta twarz, to znamię, coś wiedziała, coś sobie przypomniała. Albo śnił się jej ktoś taki, albo…-Muszę sobie przypomnieć tamten wieczór, piątek wieczór, co się wtedy stało? Ja nic nie pamiętam. -W tej chwieli Zośka przeraziła się nie na żarty, wcześniej nie zwracała uwagi, na to, że nie pamięta całego piątku, lecz teraz, gdy cofnęła się pamięcią do piątkowego poranka i nie mogła sobie przypomnieć, co się stało po przejściu przez bramę do szkoły i czy w ogóle ją przeszła, poczuła się bardzo źle. -Nie pamiętam, nie pamiętam…-powtarzała w myślach. Nagle z transu wyrwała ją Agnieszka. -Czego nie pamiętasz? Zośka, co ci jest? -Nie nic, mówiłam to na głos? -Tak, przez jakiś dwie minuty kiwałaś się tam i z powrotem, powtarzając "Nie pamiętam", więc chyba jednak czegoś nie pamiętasz. Boże dziewczyno! Nie mogłam cię przywrócić do normalnego stanu. Chciałam dzwonić do twojej mamy, ale przypomniałam sobie, że nie mam do niej numeru, to postanowiłam dzwonić do mojej, ale, przed tym chciałam spróbować obudzić cię jeszcze raz i…udało się. Z tobą jeszcze chyba nie jest dobrze, połóż się. -Zuzanna wstała z poduszek, zawróciło się jej w głowie i nagle przypomniała sobie o pierścionku, podniosła rękę i zauważyła, że go nie, ma. -Pamiętam-powiedziała wpatrując się w palec bez cennej ozdóbki.- Już pamiętam- I rzeczywiście przypomniała sobie wszystko. Już wiedziała gdzie był Artur Grzmot w piątek po południu. Po trzech godzinach wizyty, Agnieszka powiedziała, że zostanie do powrotu mamy Zuski, ale ta była wykończona i chciała iść spać, więc wyperswadowała przyjaciółce takie poświęcenie i Aga poszła do domu. Dziewczyna nie podzieliła się z koleżanką tym, co pamiętała z piątku, bo ta pewnie stwierdziłaby, że majaczy i najpewniej zadzwoniłaby po pogotowie. Powiedziała jej tylko, że mówiła o pierścionku, który zapomniała ze szkoły i nie wiedziała gdzie go zostawiła, a teraz już sobie przypomniała. Zuza wstała z łóżka postanowiła, że pójdzie do lasu. Ubrała to samo, co wtedy, gdy chciała na mieście poczekać na powrót mamy, spojrzała kątem oka w stronę okna i nagle poczuła, że traci świadomość, ręce i nogi wiotczeją jej i że mdleje. Obudziła się na tej samej polanie, co wtedy, gdy przeszła przez dziwne przejście w jej pokoju. Odwróciła się. Przejście zniknęło. Ktoś ją zawołał. Głos dochodził zza jej pleców. Odwróciła się. Głos należał do kobiety. Ubrana była w przewiewną zieloną suknię, która zlewała się zresztą otoczenia. Odróżniały ją tylko poszarpane kruczoczarne włosy. Odezwała się ciepłym i łagodnym głosem. -Chodź do mnie. Pomogę ci. Nazywam się Annazuz Sol. Dziewczyna wstała. Szła. Była zauroczona. Annazuz podała jej rękę. Zuza chwyciła ją. -Zostaw.- Usłyszała -Co mam zostawić?- Pomyślała i odwróciła się żeby sprawdzić, kto do niej mówi. Na tle wielkiego dębu stał średniego wzrostu mężczyzna z czarnymi długimi włosami i średniej długości brodą. -Za późno!- Usłyszała skrzeczący, tak niepasujący do miłej twarzyczki, głos Annazuz. Zuska Odwróciła się. Krzyknęła z cicha, z przerażenia. Stała przed nią trupio blada zjawa, w poszarpanej czarnej materii zachodzącej zgnilizną. Jej głębokie czarne oczodoły wpatrywały się z nienawiścią w dal za nią. Dziewczyna spojrzała na trzymającą ją w mocnym uścisku dłoń. Krzyknęła, zaczęła się szarpać. Trzymały ją kości. Nie ręka, tylko kości spowite w resztki skóry. Odwróciła się. Wiatr szarpał gwałtownie kurtką brodacza. Wyglądał groźnie. Może nie tyle groźnie, co stanowczo. Wydawało się, że nie ugnie się przed niczym, może jednak było w nim coś z grozy. Zjawa śmiała się. Przeraźliwy i piszczący śmiech ranił uszy. Dziewczyna szarpała się. Annazuz wbiła w jej rękę ostre pazury. Upiór ściskał je coraz mocniej. Do uszu Zuzanny dotarł szepcący, acz potężny głos, który ledwo przedzierał się przez krzyk Annazuz. A jednak słyszała go tylko ona w jej własnej głowie. -Odwróć się. Spójrz mi w oczy. Zaufaj- Odwróciła się. Spojrzała na przybysza. Był daleko, ale jakimś cudem widziała jego oczy. Brązowe oczy. Łagodny i przyjacielski, a zarazem potężny wzrok. Uspakajał. Wiatr wirował wokół nich. Dało się słyszeć krzyki Zjawy. Przeraźliwsze niż dotychczas. Wbiła paznokcie dziewczynie tak, że zdrętwiała jej ręka. Nie czuła już bólu. Nagle upadła. Zjawa z przeraźliwym krzykiem oddaliła się wypuściwszy przedtem Zuzę. Wszystko ucichło. -Co się stało?- Zapytała ledwo słyszalnym szeptem. -Bądź spokojna wszystko w porządku- Odpowiedział uspokajającym głosem, przybysz. Który klęczał teraz nad nią. Zuzanna uspokoiła się odetchnęła z ulgą, lecz w jednej chwili jego twarz zaczęła się rozciągać. Skóra w przyśpieszonym tempie zaczęła gnić i odpadać. Jego czaszka zaczęła być widoczna. Nie była to biała sterylna czaszka jaką Zuza znała z lekcji biologii, ale czarna zgniła, jakby przeleżała długi czas spowita bagiennym śluzem. Wyglądało to tak jakby trup przywdział ludzkie ciało a teraz się go pozbywał. Głos mężczyzny także się zmienił. -Pozory mylą!!!- Zaskrzeczał drwiącym i upiornym głosem. Zuzanna otworzyła oczy. Była cała spocona i przerażona. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyła była twarzą owego mężczyzny. Zaczęła krzyczeć i rzucać się na kocu. -Nie, nie rób tego.- Poprosił spokojnym i stanowczym tonem, który był dziwnie nie podobny do głosu tamtego, był prawdziwy i szczery a wzrok mężczyzny okazywał zrozumienie i troskę.- Nie wiem, co ci się śniło, ale tu jesteś bezpieczna.-Zuzia wpatrywała

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych