Wróć do katalogu

Awangwardia - część druga

Ciąg dalszy losów Zygmuntowicza.

darekpiot, opublikowano , 34 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Zygmuntowicza wsadzono na czterdzieści dni do paki. W czasie jego odsiadki, zebrała się komisja, która długo i wnikliwie badała całą sprawę. W trakcie posiedzenia padały oskarżenia o prowokację, mającą na celu ośmieszenie naszego Wielkiego Brata. Jednak, ponieważ sprawa dotyczyła wąskiego grona zainteresowanych i nie przedostała się do opinii publicznej, z czasem przestano do niej przywiązywać aż tak wielką wagę. Generał Kogutow obiecał, że nie będzie wyciągał poważniejszych konsekwencji. Ostatecznie, oba bratnie kraje miały poważniejsze sprawy na głowie. Naprawdę groźny „wróg” czaił się gdzie indziej i sprawę feralnej projekcji można było puścić w zapomnienie. Trzeba było jeszcze na koniec zatrzeć wszystkie ślady tej sprawy. Świadkom feralnej projekcji filmowej nakazano milczeć na jej temat, pod groźbą surowych kar. Wojskowy Klub Filmowy w jaworzyńskiej jednostce został zamknięty, a wszystkie szpule filmowe z materiałami dokumentującymi jego działalność miały być spalone. Nasze ministerstwo kultury przekazało pieniądze na wykonanie dodatkowej kopii „Potiomkina” - ta, którą przywiózł ze sobą Kogutow, została przecież zniszczona przez pechowego kinooperatora. Zaś, co do tego ostatniego, decyzja była następująca: oddalenie ze służby wojskowej. Chciano uniknąć w ten sposób podobnej sytuacji w przyszłości. Niejeden mężczyzna w naszym kraju zapewne ucieszyłby się z tego, że wojsko samo odsyła go do domu. Ale, nie Zygmuntowicz... - Nie martwcie się! - pocieszał go sierżant Potakiewicz. - Pomyślcie, że mogło być z wami gorzej. A tak - odpoczniecie w cywilu, znajdziecie jakąś pracę. Będzie dobrze, zobaczycie. Był wrzesień 1973 roku. Zygmuntowicz przyjechał pierwszym możliwym pociągiem do Warszawy. Nie miał pojęcia, jak będzie teraz wyglądało jego życie. Jedno wiedział na pewno – po tej całej przygodzie do domu wrócić nie chce i nie może. W stolicy czeka go, być może, jakaś szansa na spokojne, normalne życie. W końcu, tutaj możliwości są znacznie większe niż gdzie indziej. Na razie jednak, szedł po stołecznych ulicach z wielkim plecakiem, w którym znajdował się cały jego dobytek. Gdy przechodził koło kina Moskwa, ujrzał wielki afisz z majorem Hubalem. Nie namyślał się długo. Razem ze swoim tobołem, pomimo protestów ludzi, wepchał się do kolejki po bilety, a w parę minut później na salę projekcyjną. Film strasznie mu się podobał. Jego dwie pasje znowu były na wyciągnięcie ręki. Siedział kinie i patrzył na żołnierzy. Jeszcze do niedawna sam nosił mundur – teraz zaś, musiał się pożegnać z armią. Jednak kino pozostanie z nim na zawsze. Ponieważ kina – tak jak marzeń i wspomnień – nikt nikomu nie jest w stanie odebrać.

W niecałe dwa tygodnie od przyjazdu do Warszawy, Zygmuntowicz znalazł zatrudnienie i to w miejscu, które w pełni go usatysfakcjonowało. Kierownik kina „Proza” szukał kogoś na stanowisko kinooperatora. Zygmuntowicz zgłosił się do niego I - po odbyciu kursów III-go stopnia a następnie II-go stopnia - został zatrudniony. Polubił to miejsce, zakolegował się z kierownikiem kina, oraz bileterką, panią Lusią - pulchną, bardzo sympatyczną osobą. Wciąż jednak dręczyło go poczucie porażki. Kariera wojskowa była dla niego na zawsze zakończona. Kino „Proza” było kinem studyjnym. Wyświetlano w nim filmy z gatunku nowej fali oraz ciekawostki ze świata awangardy filmowej. Antonioni, Fellini, Pasolini – oto nazwiska reżyserów, których filmy gościły tutaj na ekranie. Kierownik przepadał za takimi klimatami, zaś Zygmuntowicz... Proszę posłuchać jednej z rozmów, które bardzo często przeprowadzał z panią Lusią: - Nasza kochana kinematografia psuje młodzież naszą takiemi filmami, co to podobno bardzo artystyczne są. Pani widziała ten nowy film, co tydzień temu premierę miał? No, tego reżysera radzieckiego, chiba. Jak on się tam zwie? Anton Joni, czy coś? Pan kierownik zachwycony, ale czym tu się zachwycać? Popatrzyłem raz na to to przez okienko w mojej pakamerze, a tam...! Tfu!!! Mówię Pani, szkoda gadać! - Gadaj pan, co? - Nic więcej, jak tylko dwa gołe tyłki, i to w panoramie. Takie powiększenie to młodzieży gorszenie! - Daj pan spokój, panie kochany! I to w biały dzień taki rozbój?! - A co sobie będą, moja droga żałować! Zresztą, kto dziś dba o tą... moralność jakiekolwiek. Kiedyś to kino potrafiło, wie pani, wychowywać, przykład dawać, a teraz?! Co to ma w ogóle być, się pytam?! Wszyscy się szczególnie takimi filmami zachwycili, co to ich ani w ząb zrozumieć nie można. No, rozumie pani coś z tego?! Uwielbiają takie filmy, których się nie da zrozumieć. Im większe misze masze tym bardziej jest pewne, że wszystkie nagrody zakoszą. Albo z drugiej strony, im więcej krwi się z ekranu na podłogę wylewa, tym pewniejsza nagroda na tych ichnich festiwalach. - A jeszcze do tego, jak gołe sceny są, to można by rękę dać sobie uciąć, że wrzask się podniesie: „To wielkie arcydzieło, wspaniały film”. A wie pan, co ja podejrzewam panie Zygmuntowicz? Że w tych żury, na festiwalach filmowych to jakieś normalnie erotycznie niewyżyte facety siedzą! - A żeby pani wiedziała, że tak jest. A z kolei ja, jak sobie przypomnę, jakie to kiedyś piękne filmy bywały. Takie wojskowe, w pełnym umundurowaniu. Młodzi chłopcy na to patrzyli i od razu do wojska się szykowali. A teraz – jakieś, nie wiadomo, co! - Ale przecież nie tylko wojskowe były, bo i o miłości, i to jakie piękne! A jak na kolorowej taśmie nagrywali to jeszcze piękniejsze. - No przecie nie mówię, że ich nie było. Były, a jakże. W ogóle przyjemnie było popatrzeć. A teraz?! Teraz to w ogóle na ekran się nie przypatruję. O projektory dbam, ma się rozumieć, żeby się co nie wkręciło, nie zepsuło. Ale na film nie patrzę. - Ja to się panu, panie Zygmuntowicz nawet przyznam, że od dawna na salę nie zaglądam, chyba, że porządek trzeba zaprowadzić. Oboje zgodnie trwali w tej postawie ludzi, którym absolutnie nie podobały się nowe kierunki w sztuce filmowej.

W tym miejscu nadarza się doskonała okazja, aby zapoznać czytelników z drugą – obok Zygmuntowicza – niezwykle ważną postacią tej opowieści. Profesor Tomasz Wiosło – miłośnik i gorący zwolennik wszelakich sztuk, byleby tylko były nowoczesne. Od najmłodszych lat już taki był – nie interesowało go w sztuce nic z poprzednich epok. Podczas wycieczki szkolnej do Muzeum Narodowego – gdy dochodziło, na przykład, do omawiania jakiegoś obrazu Matejki czy Chełmońskiego – młody uczeń Wiosło przestępował z nogi na nogę. Na przedstawieniach według sztuk Szekspira czy Mickiewicza - głośno ziewał... Pewnego razu, w Operze Narodowej miał miejsce szalenie niemiły przypadek. Tego wieczoru zebrani widzowie mieli podziwiać piękne przedstawianie Halki Stanisława Moniuszki. Jednak niektórzy z nich byli zmuszeni wysłuchać również głośnego chrapania. Jak się potem okazało, owym niezdyscyplinowanym, chrapiącym widzem był uczeń klasy maturalnej – Wiosło Tomasz. Biedak, musiał się nasłuchać na swój temat – że jest nicponiem, za nic mającym „dobra naszej polskiej kultury”. Była to oczywista nieprawda! Tomaszek Wiosło był niezwykle łasy na sprawy kultury. Cóż miał poradzić na to, że moniuszkowska góraleczka w zakresie tych zainteresowań się nie mieściła. W roku 1959-tym, dziewiętnastoletni wówczas abiturient Wiosło zdał pomyślnie egzaminy na Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie. Działał na wielu polach sztuki, nawet tych niekoniecznie związanych z jego kierunkiem studiów. Już jako student pierwszego roku wysłał na konkurs „Warszawskiej Jesieni” swoją własną kompozycję – Koncert na orkiestrę i maszynę do szycia. Z jego pomysłu, jednak, nie skorzystano. Nasz niedoszły „Szymanowski” nie zraził się jednak tym niepowodzeniem. Poszerzał swoją wiedzę o - coraz nowsze - nazwiska, prądy w sztuce, itd. Bywał na projekcjach filmowych nowofalowych reżyserów, przedstawieniach awangardowych grup teatralnych. Jego kariera naukowa przebiegała bez żadnych zakłóceń. Tego akurat mógłby mu pozazdrościć – zerkający ze strony siódmej – Zygmuntowicz. Drogi obu panów miały się skrzyżować – jednak miało to nastąpić dopiero w roku 1993-cim. O profesorze Wiosło warto jeszcze powiedzieć, że miał zamiłowanie do oryginalnego ubierania się. Swoimi strojami wzbudzał bardzo często zaciekawienie przechodniów.

We wspomnianym już powyżej 1993-cim roku profesor Wiosło otworzył swoją własną galerię sztuki. Dwoma najbliższymi współpracownikami profesora byli: doktor Zawzięta i docent Szkieł – Okoński. Z panią doktor, profesor zdążył się poznać i zaprzyjaźnić od momentu, gdy jako młoda studentka pierwszego roku Akademii Sztuk Pięknych, pojawiła się w jego grupie. Była najlepszą studentką na roku i po pięciu latach nauki została na uczelni. Obroniła pracę doktorską, której promotorem był własnie profesor. Lata ich wspólnej pracy zaowocowały wielką przyjaźnią. Docent, zaś pojawił się któregoś dnia w galerii profesora z polecenia pewnego dobrego znajomego Wiosły. Dostał etat, własną pracownię i od tego momentu pracowali już w trójkę. Problemami spraw kultury, wynikającymi z nadejściem nowych czasów, wszyscy byli zatroskani w takim samym stopniu. - W tym miesiącu ministerstwo znacznie ograniczyło dotacje na cele artystyczne dla takich placówek, jak nasza. - Profesor Wiosło klarownie przedstawiał sytuację, jaka się przed nimi rysowała. - Brakuje ciekawych projektów, które przyciągałyby ludzi do galerii. Doktor Zawzięta wróciła właśnie niedawno z wystawy sztuki współczesnej w Zurychu i była pod olbrzymim wrażeniem tego, co tam zobaczyła. Teraz patrzyła na profesora, który był dzisiaj ubrany w garnitur w czarno-żółtą szachownicę a swoje siwe, długie włosy miał spięte w warkocz. - Ciekawe, kiedy u nas będzie możliwe zorganizowanie wystawy, na podobną chociażby skalę. - rozmarzyła się. - Przede wszystkim, pani doktor, pytanie brzmi, za co? - docent Szkieł – Okoński, tak jak profesor, miał niewesołą minę. - W najbliższym czasie będziemy zmuszeni prowadzić prywatną działalność uboczną, aby zdobyć fundusze na tę artystyczną. - Cóż, nie widzę w tym nic zdrożnego. - odpowiedziała mu pani doktor. - W dzisiejszych czasach - wtrącił Wiosło - aktorów można zobaczyć zarówno w nowych polskich produkcjach jak i w reklamach proszków do prania. Ludzie radzą sobie, jak mogą. No cóż, dobrze! Byleby sztuka ambitna na tym nie ucierpiała. A wiecie, państwo! Proszę sobie wyobrazić, że ostatnio śniło mi się coś bardzo zabawnego a zarazem strasznego. Otóż, aby uratować budżet naszej galerii, który, jak wszyscy wiemy coraz bardziej topnieje, zostałem zmuszony do ustawienia, blisko niej - budki z hot-dogami i sam w niej sprzedawałem jedzenie. Wszyscy troje przez chwilę się pośmiali. Potem jednak powrócił niewesoły nastrój. - Obawiam się, proszę państwa, - westchnął docent. - że ta wizja jest całkiem realna. Z tym, że pozostaną nam same hot-dogi bez uprawiania i prezentowania sztuki ambitnej, oraz bez prowadzenia badań na polu naukowym - tak przecież nas wszystkich pasjonujących. Mam poważne obawy, co do najbliższej przyszłości. Wyobraźcie sobie państwo, że na moim osiedlu powstaje już trzecia wypożyczalnia kaset wideo. Kiedy widzę młodzież wychodzącą z wnętrza tych wypożyczalni, trzymającą w rękach kolejny chłam ociekający okrutną przemocą i tanim dowcipem, to doprawdy… - No cóż, proszę państwa. Tak jak mówiłem – nowe czasy! - krzyknął profesor. - Nie przejmujmy się tym jednak. Czeka nas dzisiaj smakowita uczta dla oka. Profesor miał na myśli seans filmu awangardowego, na który wybierali się tego wieczoru do kina „Proza”. - Uwielbiam to miejsce! - Wiosło zacierał ręce z uciechy. - Urządzają tam, co jakiś czas, fantastyczne pokazy, niedostępne w codziennym repertuarze większości kin. Profesor niezmiernie cieszył się z tego, że mieszka blisko kina „Proza”. Nie było to już kino studyjne, jednak obok repertuaru popularnego, można było w nim trafić na prawdziwe perełki.Wiosło zakolegował się z jego kierownikiem, oraz bardzo wesołą, starszą panią – bileterką Lucyną. Zaś jego najbliższym sąsiadem był kinooperator tego kina, niejaki Zygmuntowicz. Różne legendy o tym człowieku krążyły w całej dzielnicy. Mówiono o jakimś skandalu. Do uszu profesora dochodziły nawet plotki o zamachu na radzieckiego generała. Wiosło, który nigdy nie dawał wiary plotkom, postanowił zasięgnąć języka u najbardziej pewnego źródła. - Życiowa prawdziwie historia, profesorze! - pani Lusia była bardzo przejęta. Siedzieli w małym pomieszczeniu dla bileterów i popijali herbatkę przyniesioną przez profesora.- Książkę by można o tym napisać! Albo lepiej, film nakręcić W kolorze! Pani Lusia opowiedziała Wiośle całą historię Zygmuntowicza. - On mówił coś o pomieszanych szpulach. Podobno to nie spodobało się takiemu jednemu generałowi, który wtenczas do ich jednostki przyjechał aż z Moskwy. - Mówi pani, że źle zmontowany? - Sceny były nie po kolei, czy jakoś tak. Pewnie niechcący wyszło mu coś takiego, nad czym państwo pracujecie. Najwięcej pan docent. Kino nowatorskie, artystyczne… - Awangardowe. - poprawił profesor. - Swoją drogą ciekawe, jak ostatecznie wyglądał ten film pana Zygmuntowicza. - No przecie, ja go nie widziałam! - zaśmiała się pani Lusia. Profesor zastanawiał się nad czymś przez chwilę. - Mówi pani, że niechcący. - odezwał się w końcu. -Tylko czy na pewno. Wersji, na temat jego losów, powstało zatrzęsienie. A może po prostu nikt nie wpadł na to, że pan Zygmuntowicz zrobił to wszystko specjalnie. - Co takiego?! - zainteresowała się. - Nie trzeba pani mówić, moja droga, że poprzedniej władzy nie podobały się jakiekolwiek nowe prądy w sztuce. Wszystko to, co odstawało od - z góry narzuconych - schematów, było władzy nie na rękę. Przypuszczam, że pan Zygmuntowicz celowo zmontował ten film tak, aby ośmieszyć zaproszonych gości. Jednocześnie ukazywałoby to jego prawdziwe oblicze. Może skrycie zajmował się sztuką nowoczesną? I cały czas się nią zajmuje?! To prawda, że wszyscy mają go za człowieka prostego, bez wyszukanych zainteresowań. Ale ludzie mogą się przecież mylić. Nikifor na przykład? Samouk, bez wyższego wykształcenia... Tak samo czeski ilustrator, Josef Lada, autor pierwszego i najbardziej charakterystycznego wizerunku wojaka Szwejka. Przykłady można by było mnożyć! Pani Lusia pokręciła przecząco głową. - Ależ gdzie tam, profesorze. Pan Zygmuntowicz nie rozumie i nie lubi tych waszych dziwadeł w kinach, teatrach i galeriach. On woli, jak film opowiada o czymś takim bardziej z życia wziętym. O ludziach i ich sprawach. Kocha kino wojenne. Ale nie może to być żadne dzisiejsze „łubudu”. On kocha na przykład stare filmy amerykańskie. O, na przykład dwa tygodnie temu u nas w kinie pokazywali właśnie dwa takie filmy. „Parszywa dwunastka” i „Tylko dla orłów”. Oboje z panem Zygmuntowiczem byliśmy już po robocie. Wieczór był, ludzi się dużo zeszło. Dość dużo młodych, pewnie takich, którzy wcześniej tych filmów nie widzieli. To dobrze, myślę sobie, bo te filmy, chociaż są stare, watro jednak znać. Siedzimy sobie, jak paniska, w kinie i oglądamy. Ha! Oba żeśmy obejrzeli, jednego wieczora! - Wieczoru! - poprawił ją profesor. - Jednego wieczoru. Tego wieczoru. - Nie, nie tego! - skrzywiła się pani Lusia. - To było kilka dni temu.

Profesor tylko westchnął, po czym wrócił do tematu rozmowy. - No cóż, takie tylko miałem przypuszczenia. Ale jak widzę, to raczej nie to. Muszę wyjaśnić czytelnikom w tym miejscu, że do spraw, które od zawsze pasjonowały profesora Wiosło, dołączyło niedawno poszukiwanie ludzi, którzy amatorsko zajmowali się uprawianiem sztuki. Oczywiście, sztuki współczesnej. - Pan Zygmuntowicz nic by takiego dla żartu nie zrobił. - tłumaczyła pod koniec ich wspólnej rozmowy pani Lusia. - On kocha porządek i dyscyplinę. Tyle razy mi mówił: „To zwykły niefart był. Wszystko dopięte na ostatni guzik, a tu... masz!”. Gdzieżby on tam komu krzywdę chciał wyrządzać.

Pani Lusia niestety nie miała racji. Zapoznam Was, drodzy czytelnicy, z pewnymi niezbyt uczciwymi postępkami pana Zygmuntowicza. Ponieważ ze sprawami finansowymi nie było u niego zbyt dobrze - pensja kinooperatora nie była zbyt wysoka, a ceny w sklepach, w początkowych latach transformacji ustrojowej wprost "skakały" z góry na dół - Zygmuntowicz szukał różnych sposobów utrzymania. Powiem tu szczerze i otwarcie, że nie były to sposoby zgodne z prawem. Jeden z nich wyglądał następująco - nasz były starszy szeregowiec, zorientowawszy się pierwej, kto z ludzi mieszkających w jego okolicy jest osobą starszą, chorą i wymagającą pomocy w sprawunkach, odwiedzał takiego ktosia i proponował mu swoją pomoc. Następnie, po dokonaniu sprawunków szedł z zakupami dla sąsiadów do swojego domu i tam, bardzo starannie poprawiał ceny produktów na metkach. Oczywiście, wpisywał tam ceny wyższe, niż były w rzeczywistości. Potem, z tak przygotowanymi zakupami, szedł do mieszkań swoich sąsiadów a oni, z uśmiechem i wdzięcznością zwracali mu pieniądze. Nie było tego wiele, ale zawsze coś! Wiele godzin spędził na przygotowaniu całego planu. Ceny na metkach odblaskowych poprawiał markerami (oczywiście, nie swoimi, tylko…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych