Awangwardia - część trzecia
Ciąg dalszy losów Zygmuntowicza i profesora Wiosły.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Zygmuntowicz, strapiony, wyszedł przed garaż, usiadł na ziemi i oparł się plecami o drzwi. - Kolejna porcja kłopotów właśnie nadeszła! Jakbym ich miał za mało do tej pory! - zadumał się niewesoło. Tymczasem, w jego kierunku szedł niespiesznie profesor Wiosło. Był ubrany tak samo jak w kinie, poprzedniego wieczoru. Skręcił w bramę kamienicy, przeszedł przez nią i skierował się na podwórko. Przy drzwiach garażu dostrzegł swojego sąsiada. Podbiegł do niego natychmiast. Kątem oka dostrzegł barwny samochód wewnątrz garażu. Długo mu się przyglądał, wreszcie zapytał Zygmuntowicza: - To pański samochód? Ten popatrzył smutnym wzrokiem na profesora. - W zasadzie..., teraz już mój. Profesor Wiosło zaczął się głośno śmiać. - Oj nie ładnie, drogi sąsiedzie. Jak można ukrywać taki talent? Teraz już nabrałem stuprocentowej pewności, że zajmuje się pan sztuką nowoczesną. Najpierw ten film, rzekomo, źle zmontowany! Potem - malowanie puszek a la Warhol! Na koniec - oburzenie w kinie, no a teraz... ten samochód! To piękne dzieło, wspaniały dobór kolorów, świadczący o afirmacji życia, ruchu, pędzie maszyny. Jestem zachwycony. Ale dlaczego pan, drogi sąsiedzie, tak długo ukrywał swoje zdolności?! Trzeba ze swoją sztuką wychodzić do ludzi, nie bać się ich krytyki. Świat potrzebuje śmiałych nowatorskich twórców, szczególnie teraz, gdy zaczęto się zachwycać byle czym, odrzucając piękno autentyczne. Pana musi to boleć tak samo jak mnie. Ja zaraz zadzwonię do galerii, niech przyślą studentów. Oni zapchają pańską pracę do mojej pracowni. Sam się pan przekona, że to zrobi na wszystkich kolosalne wrażenie! - Studenci nie potrzebni! – rzucił krótko Zygmuntowicz. - Ten samochód sam pojedzie. Ma sprawny silnik. - To świetnie! - radośnie wrzasnął profesor. - W takim razie wsiadamy i jazda! Ja prowadzę. Złapał zdezorientowanego Zygmuntowicza za ramię i pociągnął go do samochodu. Po krótkiej chwili auto wyjechało przed garaż. Profesor już chciał pędzić, na łeb, na szyję - do swojej galerii, ale Zygmuntowicz powstrzymał go. Otworzył drzwi i wysiadł z wolno jadącego pojazdu. - Ostrożnie!! Po co pan wysiada?! Tu każda sekunda się liczy. - złościł się profesor. - No dobrze, ale garaż trzeba zamknąć. - tłumaczył Zygmuntowicz.
Jechali teraz przez zatłoczoną ulicę. Profesor wystawił rękę przez okno. Uśmiechał się do przechodniów, dla których i to auto i jego kierowca stanowili iście kosmiczne zestawienie. To go jednak absolutnie nie peszyło. Wręcz przeciwnie, czuł się teraz jak ryba w wodzie. Był panem sytuacji, królem hecy! „Cóż to za przecudowny happening!” - myślał z rozkoszą. Nagle jego błogi nastrój przerwała muzyka z szybkim, dyskotekowym rytmem. Rozejrzał się, niezadowolony. W samochodzie stojącym przed nimi, przez otwarte okno słychać było nastawiony, wyjątkowo głośno, utwór z nurtu Disco Polo. Za kierownicą siedział młody człowiek w kurtce ortalionowej, z fryzurą postawioną na żel. Żył gumę, kiwał głowa w tył i w przód i nucił pod nosem melodię, lecącą z radia. - Proszę pana, może jednak nie będzie pan dręczył wszystkich dokoła tym bębnieniem?! - krzyknął Wiosło w jego kierunku. Młody „dresiarz” rozejrzał się z zaciekawieniem. Chciał się zorientować, kto do niego mówi. - Akurat o tej porze dzieci wracają ze szkół! - kontynuował profesor. - Czy pan wie, jak bardzo wypacza im pan gust muzyczny?! „Dresiarz” zauważył wreszcie swojego rozmówcę. Rozzłoszczony krzyknął do niego: - Odczep się pan! To jest nasza, czysto narodowa, diskopolska muzyczka i nie zgaszę jej nigdy! Choćby mnie torturowano - nie zgaszę! Nagle przerwał, przyjrzał się dokładniej samochodowi człowieka, który go obrażał i wybuchnął śmiechem. - Ha, ha! Mi chce uwagę zwracać, a sam, czym po ulicy jeździ?! Skąd pan tę maszynę wziął?! Z filmu ją pan ukradłeś?! Profesor pokręcił głową z oburzeniem. „Co za wychowanie!” - pomyślał. - Pan da spokój, profesorze! - Zygmuntowicz starał się załagodzić sytuację. - Zaraz będzie zielone światło, a na jezdni go zgubimy. - Tak, ma pan całkowitą słuszność. - zgodził się Wiosło. - Od takich koszmarów należy trzymać się z daleka. Ruszyli. Jeszcze zdążyli usłyszeć za sobą krzyki „ortalionowego” chłopca. - Ludzi tu będzie obrażał!
Profesor postanowił pokazać swojemu sąsiadowi wszystkie zbiory ze swojej galerii. Był święcie przekonany, że ma do czynienia ze znawcą, który doskonale orientuje się w kwestiach współczesnej sztuki. Sądził więc, że będzie miał teraz świetną okazję do twórczej wymiany poglądów. Przystanęli przed dużą kartą papieru, na której narysowano linie w trzech kolorach – niebieskim, czerwonym i żółtym. Linie szły ukośnie od lewego górnego rogu, aby na środku kartki ułożyć się w przedziwne „zakrętasy”, „esy-floresy”. Nakładały się na siebie, to znów się rozdzielały. Profesor miał bardzo dumną minę. Zygmuntowicz, natomiast, czuł się w tym miejscu straszliwie zagubiony. - Studentka czwartego roku. - objaśniał profesor. - Musi pan przyznać, że robi wrażenie. - Ona to sama rysowała, czy młodszej siostrzyczce kazała. - spytał Zygmuntowicz. Profesor zachichotał. - Oho! Surowy osąd z ust bardzo uzdolnionego twórcy - amatora. Wystarczy wspomnieć pańskie ostatnie dzieło. Cóż, słuszny pogląd, poniekąd. Wie pan, mi ta praca też, aż tak bardzo się nie podoba. Przejdźmy może dalej. Przeszli parę kroków i stanęli przed ogromnym prostokątem styropianu, do którego przyklejono potłuczone kawałki talerzy. Wszystkie popękane kawałki były przyklejone tak, aby pasujące do siebie wzory znajdowały się możliwie jak najdalej od siebie. - Tę, zaś, pracę przywiozłem aż z Argentyny. Artysta Miquell Dinerro nazwał ją „Detonacja obiadowa”. Określił ją jako: „wstrząsający symbol kłótni przy obiedzie”. Zygmuntowicz strasznie się skrzywił. - A, to on miał ze swoją starą kłótnię w domu?! Potłukły się talerze, to trudno. To się potłukły. Po co to od razu ludziom pokazywać? Profesor nie wytrzymał i wybuchnął głośnym śmiechem. Ludzie, którzy wraz z nimi zwiedzali sale wystawowe, popatrzyli surowo na Wiosłę. Ten zawstydził się lekko, zaraz potem jednak wrócił do swojego poprzedniego, radosnego tonu. - Jest pan po prostu niemożliwy, panie sąsiedzie! - z trudem udawało mu się zachować szept. - Ale, ja to rozumiem! Prawdziwi artyści nie znoszą kiczu i udawania. Sam byłem przecież świadkiem pana surowej krytyki filmu, podczas wczorajszego wieczornego seansu. Tak, tak - widziałem pański zapał, gniewne uniesienie. Musiał pan wtedy doznawać jakiegoś straszliwego wewnętrznego cierpienia. A skoro już o tym mówimy, chciałem panu zaproponować napisanie recenzji na temat tego filmowego okropieństwa. Powiedzmy na sześć stron maszynopisu. - Ależ, ja nie potrafię niczego tak napisać, jak na przykład redaktorzy do gazet! - szybko zaprotestował Zygmuntowicz. - W szkole z prac pisemnych zawsze miałem „niedostateczny”. Chociaż, raz dostałem piątkę. Ale temat był prosty: „Kim chcesz zostać w przyszłości?”. Napisałem na pięć stron o tym, że chcę być żołnierzem. - Po co ta skromność?! - profesor nie dawał sobie niczego wytłumaczyć. - Już sobie wyobrażam, cóż to będzie za miażdżący cios dla tej pseudoartystki, Leny Akapitkowej. I bardzo dobrze! Niech nie łapie się za robienie filmów, skoro nie ma do tego ani talentu ani zdolności warsztatowych. Sam pan to zresztą słusznie zauważył. No to jak, jesteśmy umówieni?! - No dobrze, mogę spróbować. - wybąkał Zygmuntowicz. Nagle przypomniał sobie. - Ale, ale… Ja nie mam maszyny do pisania! - Nie szkodzi, pożyczę panu swoją. - zatarł ręce profesor.
Nasz nieszczęsny „recenzent” zasiadł przy stole w swoim pokoju, wkręcił kartkę papieru w maszynę i zabrał się do pisania. Na stole, obok maszyny leżał, zwinięty w kłębek, czarny kot, Dowżenko. Zygmuntowicz napisał parę linijek, po czym wyciągnął, zapisany do połowy, arkusz papieru i przeczytał go. Rozzłoszczony swoją pisaniną, zgniótł kartkę i cisnął nią o stół. Kartka uderzyła kota, który z głośnym prychnięciem zeskoczył ze stołu. - Poszedł precz, ty, Dowżenkocie jeden! - „odprychnął” kociakowi. Chwycił słuchawkę telefonu i wykręcił numer telefonu do kina, a konkretnie do pomieszczenia dla bileterów. - Niezłego piwa żem sobie naważył, moja droga. - skarżył się parę minut później pani Lusi. - Gdzie ja głowę miałem, żeby się na to zgodzić? A co tam u was tak głośno?! - Mamy teraz seans dla szkół podstawowych. - tłumaczyła mu. -Wie pan, w ramach tej Młodzieżowej Akademii Filmowej. Panie Zygmuntowicz ja panu poradzę. Pisz pan tak, jak pan czujesz. Co tam, jakieś słowa mądre? Jak pan tak prosto z serca im walniesz, to nie ma siły. Muszą się wzruszyć i sukces murowany. - Mówi pani? Oj, wyjechać z miasta, chociaż na trochę. Dawno już sobie obiecywałem. Pod namiot, tam gdzie powietrze świeże. Ryby, grzyby, spacery. A menu to takie: na śniadanie konserwa, na obiad konserwa na kolację konserwa. - Wierzę w pana talent, panie Zygmuntowicz. - pocieszała go. - Zobaczy pan, jak pan tak pięknie to napisze, to ten profesor z zachwyceniem sypnie groszem i wyjedziemy… to znaczy wyjedzie pan na te wymarzone wczasy. W każdym razie, ja trzymam za pana kciuki. - Dziękuję, moja droga, za te słowa. Czuję, że teraz będzie mi lepiej szło. Pani Lusia chciała jeszcze coś dodać, ale właśnie w tym momencie, przez uchylone drzwi, zobaczyła przewracającego się chłopca. Fiknął niezłego kozła, a zaraz potem - trzymał się za nogę i głośno płakał. - Muszę kończyć. Zdaje się, że znowu któreś się poślizgnęło na popcornie. Nakupują sobie przed seansem, narozrzucają, no i masz. To do widzenia, panie Zygmuntowicz. Odłożyła słuchawkę, podeszła do malca i, ująwszy się pod boki, westchnęła: - Skaranie boskie z wami!
”Pokazywanie na ekranie żołnierzy tańczących jak panienki jakieś w kabarecie, bardzo niemoralnym jest. To obraza dla naszej armii, a poza tym, nie ku temu, wszak, chciałoby się prowadzić naszą młodzież, którą tego wieczora w dużej ilości widziałem na sali. Kapral jeżdżący na świni – sam poznałem, że to kapral, po jego odznaczeniach na pagonach – to niemoralność druga. To, przecie, tylko zwierzę się męczy w ten sposób i nic kształcącego w tym więcej nie ma. Bardzo gorąco protestuję przeciwko takiej sztuce.”. Podpisano, Zygmuntowicz.
Docent Szkieł – Okoński z niedowierzaniem patrzył na kartkę, którą przed chwilą wręczył mu profesor. Milczał przez dłuższą chwilę po przeczytaniu całego tekstu, którego fragment widnieje powyżej. „Oboje upadli na głowę. - myślał. - Temu się wydaje, że właśnie dokonał wielkiego odkrycia. A tamtemu... Szkoda gadać! Znalazł się, Nikodem Dyzma sztuki współczesnej!”. - Bardzo przepraszam, panie profesorze, czy to jest jakiś żart?! - Szkieł – Okoński zwrócił się wreszcie do profesora. Oboje siedzieli w gabinecie Wiosły. - Co pan ma dokładnie na myśli? - zapytał, bardzo zadowolony z siebie, profesor. - Chyba nie powie mi pan, że coś takiego można nazwać fachową recenzją. - docent zamachał kartką przed nosem profesora. - Przecież to jakiś bełkot! I pan chce to wysłać do redakcji?! Którego pisma?! Jaka szanująca się redakcja zgodzi się opublikować coś takiego, pod własnym szyldem?! - Dziwię się panu, panie docencie! - podjął rozmowę Wiosło. - Pan, człowiek wykształcony, nie wyczuł specjalnego tricku pisarskiego, jaki zastosował pan Zygmuntowicz. Prymitywny styl tej pracy jest adekwatny do trywialności scen pokazanych na ekranie. Wszyscy troje byliśmy tym filmem zniesmaczeni, prawda. A on to opisał właśnie w taki inteligentny sposób, używając takiego a nie innego języka. - Pan chyba sam nie wierzy w to, co pan mówi! - docent załamał ręce. - Przestrzegam pana przed kompromitacją. Ten cały Zygmuntowicz nie jest żadnym erudytą. To zwykły oszust, albo po prostu niedorajda, który co najwyżej wpędzi w tarapaty siebie samego i nas. - O przepraszam, panie docencie! - żachnął się Wiosło. - Sam pan…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil darekpiot
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…