Wróć do katalogu

Berenike Niczyja

Napisana w klimacie baśniowego realizmu, poetycka opowieść o dojrzewaniu do miłości. Wzruszająca historia dziewczyny znikąd, która odnajduje przeznaczenie na pograniczu snu i jawy.

Voyageropublikowano 18 czerwca 20075 godz. 24 min czytania 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Boże użycz mi Pogody Ducha ażebym się godziła z niezmiennym Odwagi ażebym poprawiała to co możliwe Mądrości ażebym odróżniała niezmienne od możliwego

(modlitwa o Pogodę Ducha w interpretacji autora)

Rozdział pierwszy

Znowu zagrzmiało po północnej stronie nieba, noc pobladła, oślepiająca błyskawica zaświeciła ludziom groźnie w oczy. Nadciągający z południa duży tabor cygański, kilkanaście kolorowych wozów, wspinał się z wysiłkiem ku jednej z granicznych przełęczy. Konie poganiane gniewnymi okrzykami, świstem batów, rżały co chwila, jakby zanosiły się szlochem i pryskały pianą z żałośnie wykrzywionych pysków. Idący obok koni Cyganie, otaczające wozy kobiety i dzieci, wszyscy pomagali wypychać na górskie siodło przełęczy swoje fantazyjnie pomalowane domy. Tam, na przełamaniu szczytów była polana, chciano do niej dotrzeć zanim na niebie i na ziemi rozpęta się piekło nawałnicy. Wysmukłe jodły zawodziły na poboczach drogi, coraz wścieklej uderzająca wichura zwiastowała nadciągającą ulewę. Pierwsze wozy zaczęły wjeżdżać na polanę, ustawiać się kręgiem, końmi do środka, kiedy z narastającym poszumem burza rozniosła się po lesie. Krople deszczu uderzały coraz mocniej, coraz gwałtowniej, a potem nagle, jakby husarskie hufce uderzyły z niebieskiej wyżyny płonącymi lancami piorunów, położyły połamany las pokotem i tylko krzyk, i łomot, i rozpaczliwe larum niosło się po lesie. Raziła nawałnica piorunami, błyskawica zapalała błyskawicę, biły, uderzały gromy, rozbijały mroki na atomy. Niebieska kanonada, noc blada.

Zarżały przy trzecim wozie przestraszone konie, w bok się rzuciły narowiście, kiedy wóz zajmował na polanie swoje miejsce przy drugim. - Kaciara, maciara! - zaklął barczysty, młody Cygan i w ostatniej chwili podparł rozchybotany wóz ramieniem, a potem poszedł zobaczyć, co spłoszyło konie. Wylękniona, młoda kobieta leżała na skraju polany w obramowaniu niebieskiego ognia, nieporadnie zasłaniała oczy rękami, jej długie, jasne włosy lśniły metalicznie w ogniu błyskawic. Usiadła na trawie i próbowała zapleść ręce na brzuchu, ale nie mogła go objąć. Brzemienna nowym życiem, zapłakana deszczem, broniąc dziecka, podciągała więc tylko pod siebie nogi. Na ramiona miała zarzuconą czerwoną, moherową chustę. Pleciona w misterne, ażurowe wzory, spływała jej trójkątem po plecach, na piersiach była zawiązana w dwa duże, zamotane jeden na drugim węzły. Kobieta hardo podniosła głowę i w niemym, bezsilnym buncie patrzyła na zbierających się wokoło Cyganów. Krople deszczu spływały po jej upiornie bladej w rozbłyskach błyskawic twarzy, po twarzy idealnie pięknej o rysach jakby wyrzeźbionych z białego marmuru. Uroczo zarysowaną bruzdą nad górną wargą spływały prosto w spieczone od gorączki usta kobiety, zlizywała je z warg językiem. Jej wielkie, czarne oczy ciskały co chwila szybkie, przenikliwie spojrzenia, krótkie, tajemnicze błyski pełne nienazwanej prośby i groźby. Oczy te wywoływały u Cyganów irracjonalny lęk przed nieznanym. Intuicyjnie wyczuwali, że spojrzenia tej kobiety biorą początek w niezgłębionych otchłaniach jej duszy, gdzie do źródła przedwiecznego ognia tylko Bóg bez trwogi zagląda. - Czarownica! - powiedział gniewnie Król Taboru. - Nie czarownica, tylko gadzia, nie nasza - powiedziała Królowa Taboru i spojrzała na męża równie gniewnie, jak on gniewnie przed chwilą powiedział. - Gadzia, i niedługo będzie rodzić, bez naszej pomocy nie przeżyje. Trzeba ją zawieźć na dół, do gadziów, na dole jest ich wioska. - Nie dzisiaj - mruknął. Kolejny piorun uderzył w rosnące obok kobiety drzewo, złamał go i zapalił jak zapałkę. Instynktownie zasłoniła oczy ręką, zarżały i szarpnęły przestraszone konie, trudno je było utrzymać. Szalało wokoło, jakby się dzisiejszej nocy wszystkie piekielne moce przeciwko tej kobiecie sprzysięgły. Zmarszczył brwi Król Taboru, wpatrzył się gniewnie w hieroglify błyskawic. A kiedy tak patrzył, deszcz przestawał padać i nacichał, jakby Król Taboru zaklinał wzrokiem nawałnicę. Coraz rzadziej, z coraz dalsza błyskało, coraz ciszej straszyły wypalające resztkę ognia gromy. Nawałnica przewaliła się graniczną przełęczą na drugą stronę.

Ostatni wóz cygański jeszcze wjeżdżał na polanę, kiedy pierwsi Cyganie już rozpalili ognisko, a kobiety powiesiły nad ogniem wielki, na żelaznym trójnogu, srebrnie błyszczący wewnątrz kocioł i wlewały do niego przynoszoną z wozów w blaszanych bańkach wodę. Płynący nieopodal potok jeszcze był brudny po deszczu. Podniesiono kobietę z ziemi, przeniesiono do najbardziej ubogiego wozu. Zwykła chłopska furmanka zaprzężona była w jedną wychudzoną chabetę, zadaszenie miała zrobione z drewnianych pałąków, na których dla osłony przed wiatrem i deszczem naciągnięto białe, liche płótno. Właścicielka wozu, stara Cyganka, była kiedyś piękną i młodą Królową Taboru, ale potem mąż umarł, ona się zastarzała... Kobieta zamknęła oczy, kiedy ją podnoszono z ziemi. Rozbierana przez Cyganki, stała bezwolnie obok wozu, jak manekin. Ożywiła się jedynie na chwilę, kiedy jej chciano rozwiązać chustę. Chwyciła wtedy kurczowo za splątane na piersiach węzły i nie dała ich sobie wyrwać, zdjęto jej w końcu chustę przez głowę. I tak stała naga z przemoczoną chustą w zaciśniętych rękach, oczy miała ciągle zamknięte. Nie otworzyła ich i wtedy, kiedy zapinano na niej suchą odzież, jakieś aksamitne bluzki, spódnice z perkalu. Otulono ją kocem, położono na tyle wozu i przykryto pierzyną. Cyganki zostawiły ją samą, odeszły do ogniska, i tak leżała jakby niewidoma, zapatrzona w siebie. Nie chciała, nie wiadomo czemu, patrzeć na ten świat. Otworzyła dopiero oczy i uniosła nieśmiało głowę, kiedy za Cygankami odeszły ostatnie, zaciekawione dzieci. Gdzieś po godzinie stara Cyganka przyniosła w blaszanym, półlitrowym garnuszku gorącą zupę, pływały w niej kawałki mięsa, ale kobieta nie chciała jeść, pokręciła przecząco głową. - Jedz! Jedz! - zachęcała stara Cyganka. - Jedz, bo chociaż wiele za tobą, to i przed tobą jeszcze wiele, chociaż już niewiele. Patrzyła na kobietę zagadkowo, jakby widziała więcej, niż było widać. Postawiła zupę na udającej półkę desce i wróciła do ogniska. Spoglądała od czasu do czasu ukradkiem w tamtą stronę, a kiedy zobaczyła, że kobieta sięga ręką po garnuszek, przestała na nią patrzeć. A potem na polanie zapanowała cisza, zmęczeni ludzie poznikali na kilka godzin w wozach, resztką żaru dogorywało samotnie ognisko. Welony mgieł snuły się coraz wyraźniej nad ziemią, świtało, kiedy śpiewy ptaków obudziły na dobre poranek, tabor ruszył w dalszą drogę w dolinę.

Dochodziło południe, kiedy Cyganie wjechali do wioski. Byle jaka była ta wioska, diabeł tutaj ciągle mówił dobranoc, czas się wlókł tym ludziom marudnie, zapóźniony w rozwoju. Była połowa dwudziestego wieku, ale tutaj baby ciągle odczyniały krowom uroki, a chłopi spluwali po trzykroć przez lewe ramię i mówili, że na psa urok. Rankiem wszyscy na wyprzódki biegali za stodołę do wychodka. Przy wjeździe od strony przełęczy witała przybyszów drewniana, kryta gontami prawosławna cerkiew, podobnie zbudowany katolicki kościółek zamykał wioskę z drugiej strony. Dwa ciemnobrązowe, zwieńczone krzyżami kościółki na krańcach, a między nimi ubogie, góralskie zagrody. I drewniane żurawie na porosłych trawą podwórkach, pochylone w zadumie nad studniami. Skrzypiały, kiedy nabierały do wiader wody. Krzyk żurawi, krzyk żurawi, krzyk żurawi... Nie było w tej wiosce ani elektryczności, ani sklepu, nie było telefonu ani samochodu, brakowało nawet przy polnej drodze tablicy, zwykłego kawałka deski z informacją, że to koniec świata. Miejscowe ptaki wiedziały, zawracały przezornie w powietrzu, ale obce, przelotne, leciały nieświadome dalej, nie wiadomo gdzie i po co. Do najbliższego szpitala furmanka jechała czterdzieści kilometrów cały dzień. Cyganie nie zamierzali tutaj dłużej pozostać, chcieli tylko zostawić ciężarną kobietę i jechać dalej. I zostawili, i pojechali. Wysadzili ją koło cerkwi, a ona usiadła na trawie i tak siedziała może ze dwa, trzy metry od polnej drogi, kaszlała, słońce prażyło niemiłosiernie, przejeżdżające furmanki tumaniły w jej stronę kłęby kurzu i wtedy kaszlała najbardziej. Zasłaniała usta skrajem czerwonej chusty i patrzyła potem ze zdziwieniem na jej zakrwawione końce. Przechodzący drogą górale spoglądali na nią od czasu do czasu, szli dalej, i tak siedziała chora i samotna, zmęczona i niechciana, siedziała i czekała nie wiadomo na co. Zachodziło czerwono słońce, kiedy po kobietę przyszła Olga, żona popa. Objęła ciężarną ramieniem i poszły powolutku obie kobiety w stronę lasu. Olga coś próbowała do niej mówić, ale kobieta cały czas milczała. Nie wiadomo, czy rozumiała czy nie, w każdym razie nic nie mówiła, uśmiechała się tylko nieśmiało i chwytała mocniej za splatane na piersiach węzły chusty. A potem kobiety weszły w las i poszły dalej. Na osobności, ukryta w zielonej gęstwinie, stała poczerniała ze starości chata Babki. Babka przypuszczalnie miała kiedyś jakieś imię, ale nikt go już od dawna nie pamiętał i wszyscy nazywali ją Babką. Zielarka, znachorka, akuszerka i co tam jeszcze trzeba i nie trzeba było. - No, dzisiaj będziemy spały razem, a może nawet we troje - powiedziała Babka do kobiety, kiedy porozmawiała na osobności z żoną popa. Kobieta ciągle milczała, położyła się przy pomocy Olgi w szerokim łożu, leżała przykryta kocem, gdzieś tak po godzinie zaczęła cicho jęczeć.

Kiedy późnym wieczorem Olga przyszła z bochenkiem chleba, osełką masła i trzylitrową bańką świeżego mleka, Babka pokazała oczami na leżącą i powiedziała, że nie jest dobrze. - Nie poradzę sama - powiedziała. - Trzeba by kogo do pomocy. - Źle? - zapytała Olga, a Babka pokiwała głową, że źle. Zmartwiona była, zatroskana. - Nie wiecie co? - Olga patrzyła na Babkę pytająco i Babka pokręciła przecząco głową, że nie wie. - Zapalenie jakie, czy krwotok, czy jak? Sama nie wiem - Babka mówiła, jakby do siebie. - Przyprowadzić kogo? - zapytała Olga. - Przyprowadźcie - kiwnęła głową Babka. - Najlepiej starą Jakubową przyprowadźcie, urodziła szczęśliwie dziewięcioro dzieci. I może jeszcze kogo przyprowadźcie, jakby co. Patrzyła w zamyśleniu za wychodzącą pospiesznie Olgą, a potem sama wyszła z izby, żeby chociaż przez chwilę nie słyszeć jęków kobiety, przeczuwała, że najgorsze dopiero nadejdzie. Noc nastała cicha i pogodna, i wiatru prawie wcale nie było, nad pofalowaną linią zalesionych szczytów wschodził księżyc w pełni i oświetlał drogę trzem nadchodzącym kobietom. Monotonne zawodzenie leżącej stało się wyraźniejsze, kiedy kobiety weszły do środka. Księżyc zalewał izbę hipnotycznym światłem, wlewało się przez okna i przez otwarte drzwi, zapatrzyła się na nie leżąca w zauroczonym przestrachu. - Notte di San Giovanni - wyszeptała. Kobiety spojrzały pytająco na Babkę. - Noc świętojańska dzisiaj - mruknęła Babka. Patrzyła badawczo na kobietę, twarz leżącej była blada, jak pola zawiane śniegiem w samym środku zimy. I tylko jej usta rozkwitały, jakby czerwoną plamą na śniegu, pogryzione z bólu, podobnie jak wczorajszej nocy krople deszczu, zlizywała z nich krople krwi. - Dać jej mleka? -zapytała Jakubowa, a Babka pokiwała głową, że można. Nalała Jakubowa mleka do fajansowego garnuszka, uniosła głowę leżącej i przytknęła jej garnuszek do ust. Kobieta wypiła łapczywie kilka łyków i nagle zaczęła przeraźliwie krzyczeć i rzucać głową po poduszce, jasnozłote włosy zamiatały podłogę.

I teraz Babka zaczęła działać jak w transie. Zaświeciła nad łóżkiem dwie naftowe lampy, a potem wybiegła do sieni i wróciła z butelką denaturatu i nożem. Jednym, energicznym ruchem starczej, ale ciągle jeszcze silnej ręki, zdarła koc z leżącej i rzuciła go za siebie na podłogę. Na jej polecenie trzy kobiety uniosły leżącą do góry, a Babka podłożyła pod nią ściągnięty ze stołu ceratowy obrus. - Mam tylko ten jeden siennik - mruknęła nie wiadomo do kogo. Polała ręce i nóż denaturatem i kazała kobietom przytrzymać leżącą. Włożyła jej ostrożnie nóż do środka i cięła szybkim, niespodziewanym ruchem. Położyła się na ciężarnej i zaczęła wygniatać dziecko z brzucha, rozdzierający krzyk rodzącej wypełnił przerażeniem całą izbę. Kiedy zemdlała, w ciszy dało się słyszeć słabe kwilenie niemowlęcia, Jakubowa wzięła dziecko na ręce. - Dziewczynka - powiedziała. Na ceracie przybywało coraz więcej krwi, przykryto umierającą kocem. Dziecko zapłakało znowu i kobieta otworzyła oczy. - Dziewczynka - powtórzyła Jakubowa, pokazując dziecko i kobieta odetchnęła z ulgą. Wyciągnęła ręce i Jakubowa położyła jej córeczkę na piersiach. Trzymała dziecko przy kobiecie i nagle matka zaczęła gorączkowo rozplątywać zamotane na chuście węzły. Rozplątała i oczom zdumionych kobiet ukazał się wykonany ze szczerego złota różaniec. Tak długi, że można się nim było opasać. To było prawdziwe arcydzieło sztuki złotniczej i nieprzeciętny musiał być artysta, który ten różaniec wykonał. Twarz Chrystusa na złotym krzyżu różańca emanowała ekspresyjnym cierpieniem, zastygłą w udręczeniu konania Męką Pańską, Pasją Boga dającą ludziom nadzieję na wykupienie z grzechów, na powstanie z martwych. Umierająca odszukała wzrokiem płaczącą żonę popa i wpatrzyła się w nią natarczywym spojrzeniem. I Olga zrozumiała, i podeszła, i wzięła dziecko na ręce. Przyłożyła delikatnie łańcuch do dziewczynki, jakby go jej w ten sposób dawała w posiadanie. Kobieta westchnęła z ulgą, na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu, słabym, proszącym ruchem wyciągnęła nieśmiało rękę i Olga podała jej złoty różaniec. Objęła umierająca krzyż palcami, ściskała go kurczowo w złożonych na piersiach rękach, i nie wiadomo było, czy trzyma krzyż, czy trzyma się krzyża. W izbie panowała przytłaczająca atmosfera i Babka podeszła, i zgasiła obie kopcące lampy, otworzyła na oścież okno. Na niebie migotały gwiazdy, w głębi lasu też coś migotało, kwiaty paproci? Może. Noc była baśniowa, zaczarowana. Kobieta spoglądała gdzieś daleko przez okno, nuciła, w izbie narastało niepojęte napięcie, złoty różaniec w jej rękach świecił nie wiadomo skąd płynącym światłem. - O coś prosi kwiaty paproci! - szepnęła Jakubowa, ale Babka pokręciła przecząco głową. - Ona prosi dla dziecka, nie dla siebie - powiedziała, patrzyła na umierającą uważnie. Nagle oczy kobiety zajaśniały nieziemsko i wyszeptała w zachwycie, pokazując ręką obok dziecka: - Angelo custode! - Co ona znowu mówi? - zaszeptała niespokojnie Jakubowa. - Zobaczyła przy dziecku Anioła - powiedziała zamyślona Babka i spojrzała nie wiedzieć czemu w roziskrzone niebo, gdzie wśród gwiaździstych konstelacji świecił w okolicy galaktycznego bieguna warkocz królowej Bereniki. Dawno, dawno temu, piękna, egipska królowa obcięła sobie z miłości do męża swoje długie, piękne włosy i rzuciła je w niebo, w podarunku bogom. I świeci od tamtego czasu na niebie warkocz królowej, obok świecą pilnujące warkocza dwa lwy, duży i mały. - Ochrzcić dziecko? - zapytała Jakubowa i uczyniła nad dzieckiem znak krzyża. Umierająca kiwnęła głową, że tak. - Jak jej dać na imię? - zapytała Jakubowa, kilka razy zapytała, i kobieta w końcu zrozumiała. - Berenike - wyszeptała. -A nazwisko? Czyja ona? - pytała dalej Jakubowa, ale kobieta milczała. - Niczyja - odpowiedziała za kobietę Olga, a potem już nikt nic nie mówił. Dwie ostatnie łzy spłynęły umierającej po policzkach i po chwili nie żyła. Przeżegnały się trwożnie kobiety, zapłakała mała dziewczynka, dwa gromy z ogłuszającym hukiem przetoczyły się po niebie od krańca do krańca i poszarpane niebo wyglądało przez chwilę, jakby po trzęsieniu. Bywają śmierci, które wstrząsają wszechświatem.

Rozdział drugi

Tyle poskładałam z różnych opowiadań i wspomnień, najwięcej dowiedziałam się od cioci Jakubowej, która mnie zabrała do siebie na wychowanie i dla której byłam najmłodszym, dziesiątym dzieckiem. Trochę też się dowiedziałam od przejeżdżających przez naszą wioskę Cyganów. Biegłam za nimi z innymi dziećmi, kiedy kolorowe wozy ciągnęły jesienią na południe, a kiedy byłam starsza, jechałam z Cyganami do samej granicy. Obozowałam z nimi nocą na baśniowej przełęczy, tak ją nazywałam. Kiedy wybierałam się tak daleko, mówiłam cioci Jakubowej, że jadę, a ciocia mi nie broniła. Babka tak jej powiedziała, żeby mi nie broniła. Na drugi dzień tuptałam z powrotem bosymi nóżkami do wioski, a Cyganie jechali dalej taborami. Ech, ci Cyganie, jak oni potrafili sprytnie udawać zwykłych Cyganów! Ale mnie nie potrafili oszukać, chociaż byłam malutka. Zawsze wiedziałam, kiedy z nimi jechałam, że wieczorem na polanie coś się przy ognisku stanie, że się uniosą nad ziemią, zaczarują, odmienią. Kiedy tańczyli, wzdychałam i machałam z przejęcia rączkami, a oni się wtedy śmiali, przytulały mnie rozczulone Cyganki. Zasypiałam, wtulona w starą Cygankę, brała mnie na ręce i zanosiła do wozu. Tak ją właśnie poznałam, starą Cygankę, która przywiozła przed laty do wioski moją chorą mamę. Patrząc na mnie, mówiła, że mam południową krew i że się będę szybko rozwijać. I mówiła jeszcze, że mam wielkie na pół twarzy, czarne oczy i że podobne miała moja mama. - Jasnozłote włosy też na pewno dziedziczysz po mamie, jesteś do niej bardzo podobna - mówiła. Miejscowi mnie straszyli, że mnie Cyganie ukradną i sprzedadzą w dalekich krajach na służbę, ale ja się nie bałam. Lubiłam Cyganów, a najbardziej lubiłam starą Cygankę. To właśnie ona opowiedziała mi legendę o pięknej, egipskiej królowej, Berenike, i pokazała, w którym miejscu na niebie świeci jej warkocz. - Potrafiła tak wysoko dorzucić? - pytałam niedowierzająco, a stara Cyganka kiwała z powagą głową, że tak. - Widzisz, Berenike - mówiła - z Bożą pomocą, człowiek potrafi osiągnąć wszystko, bo dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Całe niebo jest zbudowane z naszych najpiękniejszych tęsknot, ono istnieje. Wdrapywałam się starej Cygance na kolana, wpatrywała się w moje małe dłonie. - Co tam widzisz? - pytałam. - Widzisz królewicza na białym koniu? - Wiele przed tobą - mówiła zagadkowo. - Twoją opiekuńczą planetą jest księżyc. Pilnuj się, kiedy będzie świecił w pełni, twoja lunatyczna nadwrażliwość może wtedy sięgnąć szaleństwa. Zamyślona, patrzyła w milczeniu przed siebie. Pewnej nocy na skraju polany, siedziałam jej na kolanach zalana księżycowym światłem, powiedziała, że dokładnie w tym miejscu znaleziono przed laty moją chorą mamę. - Tutaj? - zapytałam przejęta. - Na baśniowej przełęczy? - Tutaj - kiwnęła potakująco głową. - Konie się wtedy spłoszyły. Była pełnia księżyca, podobnie jak teraz - nagle zamilkła. - To miejsce promieniuje mocą - powiedziała po chwili, jej oczy nabrały blasku. Patrzyła gdzieś daleko, nie wiadomo, co widziała. - Jest przepowiednia - wyszeptała. - Klątwa, trudno, nie ominiesz... Pójdziesz, pełna lęku, tęsknoty, cierpienia, przez góry zwątpienia, przepaście ze złości, po drogach nadziei, po mostach miłości, szlakiem przeznaczenia, na przekór nicości. Zamilkła, wiatr się nagle zerwał, powiał po lesie, drzewa tłukły o siebie gałęziami, i zgiełk, i tumult, i wrzawa bitewna narastały wokoło, i nagle wszystko ucichło. I tylko księżyc zalewał polanę urocznym światłem. Stara Cyganka siedziała, jakby nieobecna. - Hej! - zawołałam zaniepokojona i pociągnęłam ją za rękaw. - Odnajdziesz siebie, Berenike, w samym środku starodawnej legendy - powiedziała. - Twoja mama przyszła tutaj znikąd, jako spadkobierczyni zamierzchłych światów, a ty jesteś ich ostatnią dziedziczką. - Kim jestem? - Szeherezadą, królewną z niedokończonej baśni, dokończysz? - Co? - Już nic - przytuliła mnie mocno, kołysała w ramionach. W ciemnościach nocy rozległ się ostry, przyzywający krzyk. - Co to? - wtuliłam się w nią mocniej. - Zew orła - powiedziała zasłuchana. - Jeszcze go w swoim życiu nieraz usłyszysz - dodała i siedziała milcząca na trawie. Stara Cyganka, ciepła, czuła i kochana, siedziała i kołysała w ramionach małą Berenike.

Dowiedziałam się też trochę o sobie od mieszkającej pod lasem Babki. Sama do niej chodziłam, bo inne dzieci się bały, ale ja się nie bałam. Wiedziałam, że Babka mnie lubi, chociaż nigdy tego nie mówiła, taka była milcząca z natury, a o moim urodzeniu to już w ogóle nie chciała opowiadać, nabierała wody w usta. - Czemu mi nic nie mówisz? - chciałam wiedzieć. - Milczenie to też odpowiedź - mówiła. Z tego, co mi opowiedziała zanim umarła, zapamiętałam każde słowo. Im byłam starsza, tym bardziej potrafiłam poskładać wszystko w zrozumiałą dla siebie całość.

Chociaż ja uważam się za chudą wiercipiętę, wszyscy mi mówią, że jestem ładną, miłą dziewczynką i że mnie lubią. Ja wiem? Sama już nie wiem, może mnie i lubią, ale myślę, że najbardziej mnie lubi wujek Serafin, pop, mąż cioci Olgi, który mnie zaraz po urodzeniu ochrzcił w cerkwi. Tak na mnie zawsze ciepło i jasno patrzy, jakby słońce opromieniało wiosną łąkę... W krąg się ziemia wiosną w kolory przemienia, mlecze kwitną złoto, jak malutkie słońca, cały łan płomienia w nim srebro strumienia i serce sieroty spragnione gorąca. Mam na imię Berenike, a na nazwisko dano mi Niczyja. Tak właśnie zostałam zapisana w cerkiewnej księdze. Ojciec nieznany, matka nieznana, Berenike Niczyja. Jeżeli zaś chodzi o złoty różaniec mamy, to razem z czerwoną chustą znajduje się na przechowaniu u cioci Olgi. O różańcu oprócz Babci wie tylko ciocia Olga, ciocia Jakubowa i sąsiadka cioci Olgi, ta, która pomagała przy moich narodzinach. Tylko te cztery kobiety wiedzą, no i jeszcze ja wiem, ale nie wiem skąd. Czasem coś tak się wie i nie wie się skąd. Słyszałam, jak wujek Serafin mówił raz do cioci Jakubowej, żeby uważać, co się przy mnie mówi i robi, bo mam fotograficzną pamięć. - Zapamiętuje to, co widzi na całe życie - patrzył na mnie uważnie. - Nawet jak czegoś nie rozumie teraz, to zrozumie później - tak wtedy powiedział. Nie wiem, skąd wiedział, ale to prawda. Kiedy zachodzi potrzeba, przypominam sobie po latach potrzebne szczegóły, jakbym je widziała na zdjęciu, i potrafię połączyć w zrozumiałą całość czasem nawet bardzo odległe w czasie fakty. Tak się właśnie dowiedziałam, chociaż nikt mi tego nie mówił, jak umarła moja chora mama. Bardzo długo mnie to bolało i miałam żal do całego świata i w końcu opowiedziałam o tym cioci Oldze. I wtedy ciocia Olga wyjaśniła, że powinnam światu przebaczyć. - Świt nie jest taki zły - powiedziała ciocia i dodała ciszej, że wiele na nim niezawinionego cierpienia, bo zło się potrafi wszędzie wcisnąć i dlatego trzeba się strzec i uważać. Wujek Serafin, mąż cioci Olgi, też potem powiedział, że należy przebaczać, żeby i nam zostało przebaczone. - Jeżeli się komuś nie przebaczy, to pozwala mu się za darmo mieszkać w swojej głowie - powiedział wtedy wujek Serafin. - Chcesz pozwolić, Berenike, żeby w twojej głowie mieszkał za darmo cały świat? Patrzył na mnie dobrotliwie, byłam trochę wystraszona, i dodał, że przebaczenie jest najdoskonalszą zemstą, przed którą żaden przestępca nie potrafi się obronić. - Będziesz niepokonana, jeżeli potrafisz przebaczać swoim wrogom - zakończył i tego dnia wieczorem przebaczyłam światu przy wieczornym pacierzu, a w nocy zobaczyłam wysoko nad górami orła, tak mi się śniło. Sen ten nawiedzał mnie jeszcze później w dzieciństwie wielokrotnie... Cień lecącego orła zobaczyła, jakby to ona była, śniła. Z góry patrzyła, lecąc w chmurach, ogniem płonęła szklana góra, drżała w posadach nocą bladą... - Dlaczego bladą? - Będzie Szeherezadą, stara Cyganka mówiła. - A teraz kto mówi? - Już nikt. Jako mała dziewczynka słyszałam wiele różnych, poważnych opowieści, lubiłam się przysłuchiwać rozmowom starszych. Słuchałam i zapamiętywałam wszystko, chociaż niewiele rozumiałam, bo byłam wtedy malutka. Miałam cztery, a może tylko trzy latka, albo może pięć, nie pamiętam.

Jak już mówiłam, byłam wtedy malutka i przeżycia z tamtego okresu jawią mi się dzisiaj jako porozdzielane niepamięcią okruchy wspomnień. Nie wszystkie potrafię uszeregować we właściwej kolejności, bo w tamtym moim małym, dziecięcym świecie spotykały się ze sobą, jak w pąku róży, wszystkie moje, rozkwitłe później światy. Wielkość mojego dziecięcego świata sięgała wtedy wysokości rosnącej w sadzie czereśni i zamykała się w trójkącie, którego wierzchołki stanowiły chata Babci pod lasem, chata cioci Olgi i chata cioci Jakubowej, dla której byłam, jak już wspominałam, dziesiątym, najmłodszym dzieckiem. Miała więc ciocia razem ze mną sześć córek i czterech synów. Najstarszą z dziewcząt była czternastoletnia Agata, a z chłopaków Wicek, bliźniak Agaty. Stale się z Agatą sprzeczał, że jest od niej o dziesięć minut starszy, a ona mu wtedy mówiła, że jak jest starszy, to wcześniej umrze. Chata przedzielona była przez środek sienią, zimą stało w jej kącie stare wiadro do sikania. Pamiętam, jak raz do niego nie dostałam i wywróciłam, i wylałam wszystko na ziemię. Zaczęłam płakać, ale nikt na mnie nie krzyczał, więc przestałam. Myślę, że wszyscy wiedzieli, że jestem malutka, ciocia Jakubowa pościerała w milczeniu. Po obu stronach sieni były dwie izby, ale tylko jedna miała podłogę z desek. Stał w niej duży, zajmujący połowę izby, piec kuchenny. Piec był jaskrawo niebieski, zbudowany z pomalowanych olejną farbą cegieł. Z boku na górze miał od ściany szeroki przypiecek do spania, a u dołu żelazne drzwiczki do pieca chlebowego. Mniej więcej raz na miesiąc ciocia Jakubowa miesiła w drewnianej dzieży ciasto. Kiedy już wyrosło, rozpalano drzewem do czerwoności piec chlebowy i po wygaszeniu w nim ognia kładziono na rozżarzony popiół uformowane z surowego ciasta, białe bochny chleba. Smarowano je wcześniej, umaczanym w kurzym białku pędzlem z gęsich piór i dzięki temu miały po upieczeniu rumiany, złotobrązowy kolor. Po wyciągnięciu ich z pieca, pachniało ślicznie świeżym, chrupkim chlebem.

W zimie wszyscy przebywali w izbie z podłogą, tutaj jedliśmy i tutaj się uczyli przy jedynej w domu lampie naftowej. Wieczorem wszystkie dzieci pod czujnym okiem cioci Jakubowej odmawiały głośno pacierz. Ja nie umiałam, ale też klękałam i spoglądając na inne dzieci, składałam rączki i ruszałam ustami tak, jak one. Myślę, że Pan Bóg przyjmował moją modlitwę, bo wiedział, że ja się modlę najlepiej jak umiem. Ciocia Jakubowa patrzyła na mnie ciepło, a stary Jakub podchodził po modlitwie i głaskał po głowie. Jego szorstka, spracowana ręka ślizgała się po moich jedwabistych włosach, nie strzyżone, opadały mi złotą grzywą na ramiona, z roku na rok coraz dłuższe. Babcia tak powiedziała, żeby ich nie strzyc, powiedziała, że kiedyś mój warkocz dosięgnie gwiazd. No, nie wiem, może i dosięgnie, na razie prześwitywały mi tylko, jak promyki, jaśniejsze pasemka. Dzieci spały w drugiej, niewykończonej izbie bez podłogi. W tej pierwszej z podłogą spała na ciepłym przypiecku tylko ciocia Jakubowa ze starym Jakubem. Ja podobno też tam z nimi spałam, kiedy byłam malutka, ale nie pamiętam. Pamiętam tylko, jak stary Jakub wziął mnie pewnego wieczoru na ręce, w bzach za oknem śpiewały słowiki, i zaniósł do swoich dzieci do drugiej izby. Właśnie wtedy zapamiętałam, że na świecie istnieje stary Jakub. W białej, szeroko rozpiętej koszuli, niósł mnie przytuloną do opalonej, muskularnej piersi i takim go zapamiętałam po raz pierwszy. Ciocię Jakubową pamiętałam od wcześniej, ale nie wiem od kiedy. Dużo starszy od cioci stary Jakub wcale nie był taki stary, ale wszyscy tak na niego mówili, bo taki tutaj był zwyczaj. Na ciocię Jakubową też mówili Jakubowa, chociaż nie była własnością starego Jakuba, ale tak mówili, bo była jego żoną. Po pacierzu stary Jakub przykręcał knot w lampie naftowej i w izbie ożywały cichociemne dziwadła, tajemnicze, niepokojące. To był znak, że trzeba się szykować do spania. Ciocia Jakubowa zdejmowała z gwoździa wiszącą na ścianie lampę naftową, oświetlała nam drogę i wszystkie dzieci przechodziły za nią gęsiego do drugiej izby. Jak już mówiłam, stary Jakub jeszcze w niej nie zdążył wprawić podłogi, desek na suficie też nie zdążył otynkować i nocą słychać było wyraźnie, jak na strychu tupotają po nich myszy. - Tup, tup, tup... tup, tup... dobiegało ze strychu. Słysząc mysie tupotanie, zastanawiałam się nieraz, czy myszy mają Mysiego Króla. Zapytałam o to raz Agaty, ale ona też nie wiedziała i wtedy Wicek powiedział, że mają królicę i że siedzi w stajni na tronie pod końskim żłobem. Młodsza siostra Agaty, Dorota, powiedziała wtedy Wickowi, że jest głupszy niż mądrzejszy, a on jej, że nie rozumie, a Dorota mu na to, że właśnie dlatego nie rozumie. Po obu stronach izby stały pod ścianami dwa drewniane łóżka z wypchanymi słomą siennikami, każde z nas miało wyleżane w sienniku swoje miejsce do spania. Łóżka były bardzo szerokie, na jednym spało w poprzek pod dwoma pierzynami sześć dziewcząt, a na drugim, też w poprzek i też pod dwoma pierzynami, czterech chłopców. Najstarsze bliźniaki, Agata i Wicek trzymali swoje nogi z ukosa, żeby im nie wystawały, i czasem specjalnie podkurczali je do góry, i wpuszczali pod pierzyny zimno, a wtedy reszta na nich krzyczała, żeby przestali. Szybko wskakiwaliśmy zimą do łóżek, pchły skakały wtedy z radości do góry, myślę, że kochały nas bez wzajemności, i wygłodniałe całodziennym postem, zabierały się do swojej pchlej kolacji. Nie brakowało im jedzenia, było nas w końcu na tyle. Kiedy się już najadły, nie wiadomo gdzie znikały, spały, śniły swoje małe, pchle sny o wielkiej miłości.

Tak wyglądało nasze spanie zimą. Latem chłopcy spali na sianie na strychu, a myśmy miały dla siebie oba łóżka. Nigdy nie wiedziałam wieczorem, w którym łóżku będę spała, bo jedne i drugie siostry wołały mnie do siebie na przemian. - Chodź do nas spać, Berenike! - wołały siostry z jednego łóżka, a kiedy do nich wskakiwałam, te z drugiego zaczynały się na mnie gniewać. Biegłam więc z kolei do nich i wtedy gniewały się te pierwsze, więc znowu do nich biegłam. W długiej, nocnej koszuli Agaty biegałam tak czasem kilka razy z łóżka do łóżka i stawałam w końcu boso na glinianym klepisku, na środku izby, i zaczynałam płakać. I wtedy one milkły, i mówiły, że mogę spać, gdzie chcę i z kim chcę. Zagubiona w ciemności, zagubiona w ciemności, zagubiona w ciemności...

Stary Jakub był milczącym i spokojnym człowiekiem, stwarzał poczucie bezpieczeństwa, kiedy go więc zabrali do kliniki, zrobiło nam się bez niego smutno. Kiedy był, to tak, jakby go nie było, ale kiedy go brakło, to od razu było widać, że go nie ma. Dlatego tym radośniejsze były święta Bożego Narodzenia, gdy w przeddzień Wigilii wrócił zdrowy ze szpitala. Zeszli się sąsiedzi i sąsiadki, z zaciekawieniem słuchali jego opowieści o wielkim szpitalu. Myśmy też nadstawiały uszy, wszystkie dzieci. Starałyśmy się trzymać jak najbliżej starego Jakuba, który był owego wieczoru wyjątkowo rozmowny. Widać po nim było, że też się cieszy, że znowu jest z nami. Ciągle z wdzięcznością opowiadał o jakimś wysoko postawionym ordynatorze, który poprzez operację i rehabilitację uratował mu przygniecioną w lesie przez spadające drzewo nogę. - Co to jest, Jakubie, rehabilitacja? - pytali z szacunkiem sąsiedzi. I Jakub im długo tłumaczył, że to takie różne ćwiczenia, żeby szybciej wyzdrowieć. - Codziennie polewano mi nogę silnym strumieniem wody, myślałem, że mi ją urwie, to się nazywa bicze wodne - wyjaśniał. Podchmieleni wysokoprocentową księżycówką sąsiedzi rozeszli się do domów bardzo późno.

Tego wieczora zaczęliśmy się zastanawiać w łóżkach, kto też tak wysoko postawił tego ordynatora. Wicek powiedział, że może stał na szczudłach, a Dorota mu znowu powiedziała, że jest głupszy jak mądrzejszy. Dyskutowali wszyscy coraz głośniej, no, bo gdzie im tam było do spania. Przecież stary Jakub wrócił ze szpitala! I wtedy Wicek zaproponował, żeby się zabawić w doktora, że on jako najwyższy będzie ordynatorem. Ponieważ nikt głośno nie zaprotestował, uznał, że jego propozycja została przyjęta. Wyszedł przez okno i przyniósł ze stodoły dwie giętkie witki wikliny, z których zimą pleciono koszyki. Powiedział, że to są bicze i że będzie nimi przeprowadzał rehabilitację. Jak trzeba, to trzeba, czego to się nie robi dla zdrowia. Dziewczyny ułożyły się ciasno obok chłopaków i kiedy już wszyscy podciągnęli koszule, Wicek zaczął nas smagać witkami po gołych tyłkach. Spocony był cały, zasapany, ale nie ma mu się co dziwić, rehabilitował przecież jednocześnie ośmioro. Tak, ośmioro, bez Doroty, bo Dorota wstała jeszcze przed rozpoczęciem zabiegów i bez słowa wyszła do sieni. Przypuszczam, że najszybciej chciała wyzdrowieć Agata, bo wystawiła swój tyłek najwyżej i wtedy zrobiło się pod nią miejsce, i ja się tam schowałam. Słyszałam, jak Agata coraz szybciej oddycha, biło od niej gorąco, widocznie choroba z niej wychodziła, pojękiwała z udręczenia. I właśnie wtedy wszedł do izby z zaświeconą lampą zawołany przez Dorotę stary Jakub. My nie zauważyliśmy, jak wchodzi, ale on zauważył, jak leżymy. Jak już mówiłam, stary Jakub był z natury spokojnym i milczącym człowiekiem, nic więc wtedy nie powiedział. Bez słowa zabrał Wickowi oba bicze i kazał mu się położyć razem z nami, a potem zaczął nas prać po gołych tyłkach, aż mu się obie witki złamały. Dopiero wtedy przestał i poszedł do stodoły po nowe, a myśmy jeszcze na wszelki wypadek przez chwilę krzyczeli. Wrócił po chwili z nowym sprzętem rehabilitacyjnym, ale myśmy już wszyscy leżeli cichutko przykryci pierzynami w swoich łóżkach i stary Jakub zastanawiał się, co zrobić. Panowała pełna napięcia cisza i właśnie wtedy ciocia Jakubowa zawołała z drugiej izby i stary Jakub poszedł do niej na przypiecek. Tak to stary Jakub wybił Wickowi z głowy stanowisko ordynatora, jeżeli zaś chodzi o rehabilitację, to i owszem, Wicek plótł do końca zimy koszyki. Uplótł ich do wiosny sześćdziesiąt cztery i ciocia Jakubowa miała co sprzedawać na jarmarkach. Te koszyki całkowicie odciągnęły Wicka od medycyny. Wprawdzie latem wspomniał o jakimś tam leczeniu akupunkturą, o nakłuwaniu igłami, ale wtedy Dorota wspomniała o koszykach i Wicek zrezygnował. Tak, Dorota była mądra daną jej przez Boga wrodzoną mądrością, potrafiła intuicyjnie rozeznawać sytuację. Kiedy coś mówiła, to wiedziała, co mówi, a kiedy coś robiła, to wiedziała, co robi, w wiosce była lubiana i szanowana. Dzieci jej słuchały, przychodziły do niej w niedzielne popołudnia, żeby im czytała Żywoty Świętych, Dorota opowiadała im też piękne bajki. Nie wiadomo, skąd ich tyle znała, mówiła, że same jej się wymyślają. Dorośli przychodzili i pytali się jej często o radę, miała bowiem w sobie coś takiego, że pojmowała o wiele więcej niż inni.

Nie pamiętam dokładnie, kiedy to było, w każdym razie latem, po tym wszystkim, co wyżej opisałam, chodzi o kąpiel Agaty w dużej, blaszanej miednicy. Tak się jakoś wtedy złożyło, że oprócz nas nie było w domu nikogo i Agata zaczęła nagle działać jak w gorączce. Nagrzała na piecu duży garnek wody, wlała ją do postawionej na podłodze blaszanej miednicy i rozebrawszy się do naga, usiadła po turecku w gorącej wodzie, ruszała sobie tam palcem. - No, co się tak patrzysz? - powiedziała po chwili cicho. Wybiegłam z izby bez słowa. Nie rozumiałam, co Agata wtedy robiła, zrozumiałam dopiero po latach, kiedy schowana w zbożu, sama zaczęłam sobie robić podobnie.

Pamiętam, jak to odkryłam przypadkowo na początku wakacji. Wracaliśmy ze szkoły rozwrzeszczaną gromadką po rozdaniu świadectw, bose nogi zapadały się w złoty piasek polnej drogi, tak gorący, że nie można było ustać w miejscu. No cóż, sypał się złoty kurz, drażnił, wciskał się pod ubranie... Niech tak zostanie. Tak to właśnie odkryłam przypadkowo. Tego lata robiłam to w zbożu prawie codziennie. W złoto dojrzewających łanach miałam wydeptane, zakończone polankami, sekretne ścieżki i tam to właśnie robiłam w pełnym słońcu lata na ukrytych w zbożu polankach. Falowały nade mną złote łany zboża, pochylały głowy ciężarne kłosy, królewicz na białym koniu porywał mnie w pełnym galopie na siodło, otulał purpurowym płaszczem i uwoził do swojego cudownego królestwa. - Jesteś moją śliczną królewną - mówił. - Ja? Dlaczego akurat ja, królewiczu? - Bo jesteś taka ładna i twoje dziewczęce serce, jak uśmiech w słońcu kolorami płonie, podniosę cię do góry i wezmę na ręce, a ty nad moją głową klaskać będziesz w dłonie, będziesz? - pytał. - Będę, królewiczu - przytakiwałam. - Pewnie, że będę! - zapewniałam i klaskałam. - Co się temu dziecku dzieje? - pytała zaniepokojona logika. - Przecież to absurdalne! - Nie, u niej to normalne! - ujmowała się za mną fantazja. - To spadły z nieba okruch dalekiej gwiazdy, podaje go dala dali, spala się i nie spali. Takie właśnie bywają gwiezdne dzieci. Przysłuchujące się z boku marzenia przytakiwały fantazji, a czerwone maki przechylały zalotnie główki i wylewały na mnie z rubinowych kielichów narkotyczne pachnidła. Odurzające uniesienie... I płynęły chmury, i rzucały cienie, i cieniły świat. - Berenike się sama kocha - szeptał wiatr. - Gdzie się kocha? - pytały zaciekawione motyle, podglądać chciały i tyle. - Tam, gdzie szelesty listy liściom piszą, gdzie biegną ścieżki przez łany pszeniczne, kawałki tęczy na rzęsach jej wiszą, zaczarowane, magiczne - wyjaśniał wiatr i dodawał lekko zawstydzony: - Siedzi sama, rozmarzona, do swych tęsknot przytulona, nie wie, co się dzieje, a ja sobie wieję. Słyszałam te szepty, słyszałam! Ja, mała Berenike Niczyja, sama w sobie zakochana dziewczynka z kolorowo rozszczepionymi na rzęsach promieniami słońca... Coś jej się śni, coś się marzy, wierzy, że kiedyś się przydarzy. Gdzieś tak po miesiącu górale skosili zboża, na polach pozostały tylko ostre ścierniska i wtedy przestałam to robić... No, tak to jest, tak to bywa, jest czas siewu i czas żniwa, coś się chce i odechciewa, wyrasta się i dojrzewa.

Rozdział trzeci

Niedawno skończyłam dwanaście lat i piątą klasę szkoły podstawowej. Wiele się zmieniło w moim życiu. Cyganie już przez naszą wioskę nie przejeżdżają, Babcia nie żyje, a Dorota skończyła liceum i poszła do klasztoru na zakonnicę. Do wioski doprowadzono z miasteczka telefon i elektryczność i wybudowano asfaltową drogę, po której w razie potrzeby może dojechać wezwana do chorego karetka. Moja mama może by teraz nie umarła.

Kończył się sierpień, wczoraj wróciłam z ciocią Jakubową od Doroty. Miała wyjeżdżać do klasztoru za granicę i ciocia pojechała ją przed wyjazdem pożegnać, bardzo chciałam jechać, prosiłam, i ciocia mnie w końcu wzięła. Podróż pociągiem trwała całą noc, fukająca jak stara smoczyca lokomotywa dowiozła nas na rano do celu. Odszukałyśmy stojący na zboczu góry za miastem klasztor i Dorota najpierw rozmawiała z nami przez drewnianą kratę, a potem nas zaprowadziła na nocleg do stojącego w pobliżu domu pielgrzyma. Przyszła po nas na drugi dzień rano, dostała od siostry przełożonej wolne na cały dzień. Chodziłyśmy dużo po mieście, zwiedzały, dzień był śliczny, roześmiany, ciepłym wiatrem kołysany, bywają pod koniec lata takie urokliwe dni. Wiatr się bawił z białym obłokiem, wszystkie były pod jego urokiem, wędrowały niespiesznie w przestworzu, białe żagle na niebieskim morzu, po wtopionych w wybrukowane ulice szynach toczyły się marudnie niebieskie tramwaje, dzwoniły, a potem cicho były. W falującym od upału powietrzu czas się sączył rozleniwioną strugą, jak przed wiekami, jak kiedyś. I patrzyłam na świat z miłością i z miłością świat patrzył na mnie, bo co wysyłamy, to do nas wraca. To był naprawdę śliczny dzień, tylko dziecko potrafi tak śliczne zapamiętać.

Jednym z takich tramwajów pojechałyśmy późnym popołudniem do parku, piękny park. Zielone baldachimy liści, żywopłotów szpalery, białe, marmurowe posągi i dyskretnie ukryte w altankach alejek ławki. Na jednej siedziała zakochana para, chłopiec i dziewczyna, nie widzieli za sobą reszty świata. Usiedliśmy na jednej z takich ławek, mała dziewczynka i dwie kobiety, obok kąpała się nago w fontannie śliczna dziewczyna z zamyśloną twarzą. Wyrzeźbiona przez artystę z marmuru i tęsknoty, patrzyła gdzieś daleko przed siebie, a ja patrzyłam na nią i napatrzyć się nie mogłam. - Chyba ją jakiś anioł wyrzeźbił - powiedziałam do Doroty. - Na pewno nie Michał. - Myślisz, że jakiś inny Archanioł? - Nie wiem, Berenike, może. - Może wujek Serafin? Roześmiała się dźwięcznie. - Myślę, Berenike, że najpiękniej rzeźbi Bóg. - A szatan mu w tym przeszkadza, tak? Pokiwała głową, że tak, jej jasne oczy stały się nagle zimne i twarde jak chirurgiczny skalpel. Opowiedziałam Dorocie o wyasfaltowanej drodze, o telefonie, o karetce. - Moja mama może by teraz nie umarła - zamilkłam. - Nie możesz się z tym pogodzić, Berenike, co? - Nie mogę! Siedziała przez chwilę w milczeniu, a potem powiedziała: - Nie możesz zmienić przeszłości, więc powinnaś się z nią pogodzić. Inaczej będziesz ciągle cierpieć. - Ale moja mama może by teraz żyła! Popatrzyła na mnie uważnie, a potem zaczęła dźwięcznie mówić, Dorota miała taki srebrny głos od dziecka. - Widzisz, Berenike, wszystko się kiedyś zaczyna i wszystko się kiedyś kończy, żeby się nowe mogło zacząć, żeby się znowu mogło skończyć. Tak się dzieje od początku świata i będzie się działo do jego końca, kiedy to chwila stanie się wiecznością, a koniec początkiem i wszystko się skupi w jednym, wiecznym TERAZ. - Nie rozumiem tego, Dorota. - Może kiedyś zrozumiesz, może... Oby! To jedna z największych tajemnic wszechświata. - Największa? - Myślę, Berenike, że największą tajemnicą jest samo życie, bo powstaje z niczego i może stać się wszystkim. - Bogiem? - I tak, i nie - uśmiechnęła się lekko. - Możemy połączyć się z Bogiem, jeżeli wybierzemy dobro, ale Bogiem się przez to nie staniemy. Tak, jak nie staje się oceanem wpadająca do niego kropla deszczu. - A zło? A czym jest, Dorota, zło? Popatrzyła w moje wielkie na pół twarzy, czarne oczy i powiedziała poważnie: - Daleko sięgasz, Berenike, ciekawe dokąd dosięgniesz. Milczała przez chwilę, a potem dodała: - Zło nie istnieje, chociaż istnieje. Jest cieniem dobra, jak cień jest cieniem światła. I wtedy nagle powiedziałam, sama nie wiedząc, co mówię: - Cień jest cieniem światła, a zło dobra cieniem, kiedyś ciemność zagaśnie, zapłonie płomieniem. - Co ja, Dorota, powiedziałam? - zapytałam. - Samo mi się tak powiedziało, nie wiem co. Uśmiechnęła się znowu, chyba wiedziała, o co chodzi. - Masz, Berenike, genetyczną pamięć. Kiedyś w dzieciństwie wyrzeźbiłaś w kawałku kory czyjąś twarz, powiedziałaś, że sama ci się wyrzeźbiła, teraz mówisz, że samo ci się powiedziało... Nie dokończyła. Przytuliła mnie do siebie mocno, jej biały habit pachniał świeżym prasowaniem, i powiedziała: - Ej, przyjdziesz ty jeszcze do mnie, Berenike, przyjdziesz. Przyjdziesz, a ja ciebie przyjmę w połowie wysokiej góry... Znowu nie dokończyła, tak to jakoś powiedziała, jakby wiedziała więcej niż chciała, czy mogła powiedzieć. Nic nie odpowiedziałam. Wieczorem Dorota odprowadziła nas na dworzec kolejowy i z ciocią Jakubową wsiadłyśmy do pociągu, i odjechały do domu, a ona została na peronie. Na peronie stała ona, stała cała rozjaśniona. Spałam na kolanach cioci Jakubowej całą noc.

W naszej wiosce była tylko pięcioklasowa szkoła i dlatego od września zaczęłam szóstą klasę w odległym o kilka kilometrów miasteczku. Z naszej wioski chodziło ze mną jeszcze dwoje dzieci, a po drodze dołączało do nas z innych wiosek jeszcze czworo. Razem było nas siedmioro, cztery dziewczyny i trzech chłopców, w tym jeden starszy ode mnie o dwa lata, repetował siódmą klasę. Chodziłam do szóstej klasy razem z Natalką, córką cioci Olgi. Wprawdzie była ode mnie o rok młodsza, ale ciocia Olga zapisała ją do szkoły rok wcześniej, żebyśmy chodziły razem. Natalka urodziła się w dziewięć miesięcy po moich narodzinach i ciocia Olga wiązała swoje zajście w ciążę z moim przyjściem na świat. Uważała, że dostała Natalkę w nagrodę za to, że pomogła mojej mamie. Wcześniej przez dwanaście lat nie mogła mieć dzieci. Od początku szkoły chodziłyśmy z Natalką do jednej klasy i siedziałyśmy razem w jednej ławce pod oknem. Natalka była moją najlepszą przyjaciółką. Z pozoru spokojna, jak jej mama, stawała się małą diablicą, kiedy ktoś ją zaczepił, ją albo kogoś jej bliskiego. Ponieważ i ja nie byłam świętą więc radziłyśmy sobie w duecie całkiem nieźle, w nowej szkole zajęłyśmy stojącą pod oknem ławkę. Dzieci spoza miasteczka jadły w szkolnej stołówce obiady za darmo. Białe obrusy na stolikach, talerze, sztućce. Właśnie wtedy postanowiłam, że nie będę więcej jadła w domu z jednej miski. Do tej pory było tak, że ciocia Jakubowa wlewała do stojącej na środku stołu dużej, emaliowanej miski kilka litrów mleka, nakładała warzechą żółtej, jaglanej kaszy i wszyscy siadali wokoło. Sięgali do miski łyżkami, nabierali kaszy z mlekiem i jedli. Siorbali przy tym, chlipali, mleko im spływało po brodzie, mlaskali. Pewnego dnia usiadłam ze wszystkimi do stołu, ale nie jadłam. Zrobiłam nadąsaną minę i siedziałam w milczeniu. I wtedy ciocia Jakubowa popatrzyła znacząco na starego Jakuba, a potem wstała i zdjęła z kredensu stojący tam jako ozdoba niebieski, fajansowy talerz. Nalała do niego mleka, nałożyła kaszy i postawiła przede mną w milczeniu. I tak już odtąd zostało, jadłam z osobnego talerza. Niby byłam jedną z nich, ale jednak nie byłam.

Ciągle trwał wrzesień, pierwszy miesiąc chodziłam do miasteczka do szkoły. Jakaś godzina drogi, jeżeli się szło na skróty, brzegiem łąk, miedzą pól złoconych, kładką poprzez rzeki nurt. Wiatr rozczesywał moje złote włosy, zaplatałam je czasem w warkocz, pewnego razu szarpnął mnie za niego w klasie jeden z miastowych chłopców, zabolało, ale nic nie powiedziałam. Dopiero, kiedy podkradł się do mnie na dużej przerwie i szarpnął po raz drugi, wtedy obróciłam się na pięcie i uderzyłam żartownisia z półobrotu otwartą ręką w twarz. Tak mocno uderzyłam, że usłyszeli na korytarzu i przybiegli zobaczyć, co się stało, Natalka kopała go już wtedy po kostkach. Uciekł na podwórko i już mnie więcej od tego czasu nie zaczepiał, udawał, że mnie nie widzi. Ciągle trwał wrzesień, szliśmy rankiem do szkoły, srebrne nici babiego lata żeglowały uczepione wiatru, delikatne, jedwabne, jakby ich momentami nie było, coś lśniło. Czar kusił dzieciaki, czar kusił wrześniowy i chłopak chłopaka pchnął z kładki do wody. Najpierw jeden zepchnął drugiego, a potem skoczyliśmy za nim z wrzaskiem wszyscy, woda sięgała nam zaledwie do kostek. I wtedy z krzaków wyskoczył jakiś chłop i zaczął nas gonić. Z jego rozpiętego rozporka coś wystawało, zastygła w bezruchu, patrzyłam jak urzeczona, a chłop był coraz bliżej i bliżej. I chyba jakaś dobra wróżka odczarowała mnie w ostatniej chwili, i wyskoczyłam z wody, i zaczęłam uciekać. Za sobą słyszałam galopującą resztę. Pędziliśmy, jak ogarnięte amokiem stado, ktoś w końcu pierwszy zauważył, że chłopa już dawno nie ma i dopiero wtedy zwolniliśmy i stanęli.

Nie potrafiłam się skupić na lekcjach, ciągle widziałam przed oczami tego chłopa, nie mogłam o nim przestać myśleć. Nie mogłam i nie chciałam. Kiedyśmy wracali ze szkoły, szarpnęłam najstarszego chłopaka za rękaw i zostaliśmy w tyle. Reszta poszła dalej, udawali, że nas nie widzą. Kiedy znikli nam z oczu, oparłam się plecami o rosnącą na miedzy osikę. Nie wiem, o czym myślałam rozpinając chłopakowi spodnie, myślę, że pewnych rzeczy nie trzeba się uczyć, dochodzi się do nich instynktownie. Nie pozwoliłam mu na wiele, cały czas urzędował na ganku, i robił to po mojemu tak, jak chciałam. No, cóż, trzęsła się osika... Kiedy osłabłam, oparłam się chłopcu na ramionach, objął mnie wtedy mocno w pasie i przyciągnął do siebie. I tak staliśmy we dwoje, i tyle tego było na pierwszy raz. Szliśmy później jeszcze kawałek razem, zaraz potem chłopak skręcił w stronę swojej wioski, a ja po przejściu kładki długo myłam w potoku ręce. Z cichym, monotonnym szmerem płynęła woda i płakała z rozpuszczonymi włosami pochylona nad potokiem wierzba. Wierzby płaczące, ciekawe czemu one tak ciągle płaczą i płaczą? Natalka czekała na ostatnim wzniesieniu przed wioską. Biegnąca przez łąki droga zakręcała tutaj na szczycie góry, w dolinie leżała nasza wioska. Nie chciało mi się nic mówić i Natalka to wyczuła i nie pytała. Przytuliła się tylko do mnie w milczeniu i pocałowała w policzek. Ciocia Jakubowa nie mogła się mnie rano dobudzić. Wstałam w końcu, coś tam przy ubieraniu zjadłam, i nie czekając na Natalkę pobiegłam do szkoły... Biegła, biegła, wiatrem gnana, Berenike niekochana. Mówiąc mniej poetycko, przypuszczałam, że chłopak będzie na mnie czekał pod osiką i, jak się okazało, dobrze przypuszczałam. Stałam przyciśnięta do drzewa i tak sobie myślałam, że mamy jakieś pół godziny zanim nadejdzie cała reszta. Wystarczyło, coś się zaczęło, coś skończyło. Aaa, zresztą! Więcej wam opowiem, szumiał wiatr w leśnej dąbrowie, drzewa tak szumią czasem, hej, tam pod lasem osika drżała, a pod nią z chłopcem dziewczyna stała. Stała z chłopakiem o wschodzie słońca, jeszcze opowiem, lecz nie do końca. Kiedy cienki pień osiki zaczął mi się boleśnie wrzynać w plecy, chwyciłam chłopca za klapy marynarki, obróciłam, przyparłam do drzewa i weszłam w jego rolę. - Tak wolę - mruknęłam. - Diablica! - powiedział wtedy półgłosem. Czarnych oczu paliłam płomieniem, mrużył rysie spojrzenie, potem żeśmy stanęli na szczycie, chcecie wiedzieć więcej? Usłyszycie! Miłość to pragnienie pragnienia, życie nie zna większego głodu, miłość to spełnienie spełnienia, tajemnica boskiego kodu. Głód miłości jest głodem życia, najwyższym szczytem do zdobycia.

Nie uważałam tego dnia na lekcjach, nauczyciel historii przypatrywał mi się więcej niż powinien. Od początku roku tak mi się przypatrywał i nie było to dla mnie miłe, podobnie patrzył na mnie tamten chłop nad rzeką. To było wstrętne spojrzenie, jakby mnie ten świntuch rozbierał wzrokiem. Unikałam skrzyżowania z nim spojrzeń, ale momentami nie mogłam, bo natrętnie na moje polował. Ciemniało mi wtedy z wściekłości w oczach i przymykałam swoje, żeby na gnoja nie skoczyć. Wiedziałam, że jak na niego skoczę, to albo mnie albo jego krew zaleje. Bezczelny dupcyngier, bezczelny dupcyngier, bezczelny dupcyngier... Dziś, kiedy tak na to spokojnie patrzę, dziś, tak sobie po latach myślę, że ten niedojrzały emocjonalnie człowiek tak naprawdę nie bardzo wiedział, co robi. Typowy erotoman z wypaczonym systemem wartości. Wybrawszy w przeszłości nie tę drogę, co trzeba, zagubił się w labiryncie krzywych zwierciadeł iluzji i nie potrafił się później odnaleźć. Zadufany, zbyt pewny siebie na przekór oczywistym faktom, nie rozumiał, że sam na siebie bat kręci. W trwającej ciszy przed burzą narastało między nami napięcie. Napinany cięciwą krzywdy na łuku grzechu dojrzewał wycelowany w niego grom z jasnego nieba. No, cóż, myślę, że ten człowiek tak naprawdę nigdy nie żył, myślę, że takich ludzi jest wiele. Uczepieni kurczowo życia nie w tym miejscu, co trzeba, tak bardzo boją się zestarzeć i umrzeć, że w rezultacie swoich wysiłków, żeby uniknąć śmierci, nigdy nie żyją. Ich tragicznym przeznaczeniem jest doczekać piekła utraty złudzeń. Myślę, że między innymi i dla takich nieszczęśników Dante umieścił w Boskiej Komedii znamienny napis nad piekielną bramą: Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie.

No, ale dosyć o tym! W tej chwili chodzę w miasteczku do szóstej klasy, rano kochałam się z chłopcem, a teraz wracam z Natalką ze szkoły i udaję, że nie widzę jego wyczekujących spojrzeń. I tak już miało zostać między nami na zawsze. Zaczęłam go ignorować, unikać, czekał na mnie ciągle pod osiką, nie doczekał się nigdy. Posmutniał, zmizerniał, opuścił się w nauce, wkurzał mnie coraz bardziej, znikł mi na dobre z oczu dopiero po skończeniu nauki, dali mu kończące szkołę świadectwo, żeby nie repetował w siódmej klasie trzeci rok. Nie odezwał się do mnie przez ten czas ani razu, dopiero, kiedy odchodził z wioski, powiedział, że odchodzi, żeby przeze mnie więcej nie cierpieć. Myślę, że mówił prawdę. Tak cierpiał przeze mnie pierwszy chłopak, prawie jeszcze dziecko. Nie pamiętam jego imienia, nie pamiętam imion wielu późniejszych kochanków, tych, których pamiętam mogę policzyć na palcach jednej ręki.

Lato, początek wakacji. Skończyłam szóstą klasę, kilka dni później, skończyłam w noc świętojańską trzynaście lat. Tak jak przepowiedziała stara Cyganka, rozwijałam się szybciej od miejscowych, moje hormony buzowały na całego. Harmonijnie ukształtowana przez naturę, rozwijałam się teraz dosłownie z miesiąca na miesiąc. Pamiętam, była pełnia księżyca. W cichy i pogodny wieczór dostałam pierwszy okres. Byłam wtedy u cioci Olgi i kiedy zobaczyłam krew na palcach, zawołałam ciocię na pomoc. - Dostałaś okres - powiedziała. - Miesiączkę. I widząc, że nie rozumiem, dodała: - Tak to się nazywa, bo pojawia się u kobiet okresowo, jak księżyc na niebie. Stałaś się, Berenike, kobietą. Przytuliła mnie, pocałowała, wytłumaczyła jeszcze niejedno. Tak, to było właśnie wtedy, kiedy dostałam pierwszy okres. Lato, początek lata, młode bociany marudziły na gniazdach. Na tle wschodzącej tarczy księżyca widać było ich nieporadne cienie. Postanowiłam sobie wtedy, że nigdy nie będę miała dzieci. Zbyt wiele cierpienia było przy moich narodzinach, moja mama wtedy umarła. Zostawiłaś mi mamo na sierocą wędrówkę, gwiaździste imię, czerwoną chustę i złoty różaniec, strzegłaś dla mnie różańca do ostatniej chwili życia. Wiem mamuś to wszystko, wiem, i wiem, że nie chcę mieć dzieci.

Urosłam przez ostatni rok, byłam teraz tak wysoka, jak ciocia Olga. Moje piersi wyrywały się do przodu, jak dwa kuliste pioruny, moja opalenizna kontrastowała z jasną grzywą, złotych włosów. Niektóre ich pasma wybielały w słońcu górskiego lata jak len. Szczupła, wyrazista twarz urzekała, czarne oczy hipnotyzowały. Potrafiłam nimi tak magnetycznie patrzeć, że urzeczeni mężczyźni widzieli to, co chciałam. Byłam piękna i niebezpieczna. Niekochana, kochana, rozsądna, roztrzepana. Pełna mroku i jasności, nienawiści i miłości. Blisko nieba i piekła, wyciszona i wściekła, smutna i radosna, jesień i wiosna. Byłam kwiatem rajskiej jabłoni, pierwszym grzechem na wszechświata dłoni. Wcielenie grzechu, wcielenie grzechu, wcielenie grzechu... Podobno część ludzkiego losu jest zapisana w gwiazdach, a resztę dopisujemy sami, dokonując dobrych i złych wyborów. Co wybiorę? Od trzynastu lat dorastałam u źródeł rzeki Wisły, gdzie kiedyś istniało legendarne państwo Wiślan. Jego królewna, Wanda, utopiła się w Wiśle, chyba się nie utopię, myślę.

Przez wakacje chodziłam w góry z jeszcze jedną starszą ode mnie dziewczyną, nosiłyśmy jedzenie pilnującym owczych stad juhasom. Zostawałyśmy czasem na noc, spałyśmy wtedy na sianie, na strychu bacówki. W bacówce mieszkał samotnie rządzący wszystkim stary baca, który pilnował, żeby podległa mu trzódka nie popełniała grzechów uciechy. Wraz z Heleną mówiłyśmy więc bacy wieczorem, dobranoc, i po drabinie wychodziłyśmy na strych do spania. Słysząc, że baca chrapie, schodziłyśmy po cichu i szłyśmy do czekających przy ognisku juhasów. Przeważnie siedziało ich kilku, obok drzemały dwa owczarki, poszczekiwały przez sen. Płonące ognisko, mrok i cisza. Zapachy górskiego lata spalały się w płomieniach jak indyjskie kadzidło, odurzały. Siadałyśmy z Heleną, każda przy swoim chłopcu, i wtedy oni przestawali dorzucać do ognia, i płomienie malały. W końcu żarzyły się już tylko nieliczne głownie, stawało się coraz ciemniej i ciemniej. Przytulała się każda do swojego chłopca i pozostali odchodzili z ociąganiem. Pastwiska były wysoko w górach i nie trzeba było wiele, żeby dotykać nieba. Wracałyśmy przed świtem do bacówki, cicho wychodziły po drabinie do spania. Zasypiałam krótkim, zachłannym snem, młody organizm pospiesznie regenerował siły. Rano wracałam z Heleną do wioski. Tak to trwało do końca wakacji, potem dla mnie przestało. Zaczęłam chodzić do szkoły, natomiast Helena dalej chodziła w góry i zaszła w ciążę. Kiedy redyk wrócił jesienią do wioski, wzięła ze swoim chłopcem ślub. Mój juhas dalej szukał ze mną kontaktu, zaczepiał, ale ja go nie chciałam. Pewnego razu zobaczyłam, jak stoi nocą za oknem i zagląda do izby. Nic nie powiedziałam cioci Jakubowej, ale następnego dnia poszłam do jego rodziców i naskarżyłam. Powiedziałam, że ich syn mnie nachodzi i proponuje różne świństwa. - Przecież ja mam trzynaście lat - powiedziałam żałośnie. Matka juhasa zaczęła płakać, jakby przeczuwała coś złego. Niedługo po mojej skardze młody juhas dostał od swojego ojca po buzi. Głośno o tym było w całej wiosce, tak głośno, że dostał za to samo w gospodzie od bacy. Baca, który był jego ojcem chrzestnym, sprał juhasa otwartą ręką po twarzy, a potem go wygonił. Pomogło, od tego czasu juhas udawał, że mnie nie widzi. Schudł, sponurzał, zaczął stronić od ludzi. Znikał na kilka dni z domu i włóczył się po lesie.

Tak cierpiał przeze mnie drugi chłopak, prawie już mężczyzna. Niedługo cierpiał, powiesił się w lesie na pasku od spodni. Wisiał na drzewie, spodnie opadły mu do kolan i widać było białe, płócienne kalesony. Wiatr okręcał wisielcem i gałąź skrzypiała smutno, jakby się skarżył z zaświatów. Zapamiętałam tę skargę, bo baca zaciągnął mnie wtedy do lasu. Przyszedł późnym popołudniem, złapał za rękę i pociągnął w milczeniu. Tak mnie jakoś przymusił, że poszłam, a za mną ciocia Jakubowa i po drodze dołączyła ciocia Olga z wujkiem Serafinem, Natalce kazano zostać w domu. Kiedy zobaczyłam szubieniczne drzewo i zgromadzonych ludzi, chciałam bacy wyrwać rękę, ale nie puścił. - Przed sobą nie uciekniesz - powiedział. I tak doszliśmy do stojących przy wisielcu, oczy miał zamknięte, jakby nie chciał patrzyć na świat. - Chciał jej zrobić krzywdę i został ukarany za grzeszne myśli - powiedziała ciocia Olga, ale nikt nie przytaknął. - Człowiek jest odpowiedzialny nie tylko za te uczucia, które ma dla innych, ale i za te, które w innych budzi - powiedział gniewnie stary baca. Nikt na mnie nie patrzył, ale wyczuwałam wrogie nastawienie ludzi. Znowu próbowałam bacy wyrwać rękę, ale nie dałam rady. I narastało w złowrogiej ciszy napięcie, coraz bardziej narastało, i wtedy wujek Serafin powiedział, że głód miłości jest najsilniejszym głodem świata. - Błądzić rzecz ludzka, wybaczać boska - zakończył i wtedy stary baca mnie puścił. - Kiedyś za to zapłacisz - powiedział. - Zapłacisz, bo oprócz przebaczenia istnieje kara za grzechy. Uciekałam stamtąd jak szalona. Pobiegłam i schowałam się w opuszczonej chatce Babki pod lasem. Babcia już dawno nie żyła, złachmaniałe wisiory pajęczyn zagradzały drogę do izby. Kiedy do niej wbiegłam, wyraźnie usłyszałam żałosny płacz dziecka. W przeraźliwej pustce płakała nowonarodzona dziewczynka. Rzuciłam się półprzytomna na łóżko, z przetlałego siennika wzbiły się tumany kurzu. Kiedy spróchniałe łóżko zapadło się do środka, jak wieko trumny, zaczęłam histerycznie chichotać. Śmiech i płacz, to klapy bezpieczeństwa ludzkiego układu nerwowego, otworzyłam wtedy instynktownie obydwie klapy.

Jako samobójcę, który odrzucił dar życia, pochowano juhasa na podmokłej łące, po zewnętrznej stronie cmentarnego muru. Bez krzyża, bez tabliczki pochowano, bez księdza, nikt mu też nie dzwonił na ostatnią drogę. Na pogrzebie oprócz najbliższej rodziny było kilku juhasów, przyszedł też stary baca. Patrzył przed siebie i udawał, że mnie nie widzi, chociaż stałam niedaleko za drzewem. Przyszłam, bo coś mi kazało. Zbrodnia to niesłychana, pani zabija pana, zabiwszy, grzebie w gaju, na łące, przy ruczaju... Na łące... Na łące... Kołatały mi się natrętnie po głowie urywki ballady, nie mogłam się ich pozbyć przez wiele dni. Dzień pogrzebu był pochmurny i deszczowy, pod cmentarnym murem kwitły fioletowe wrzosy. Pamiętam też świergotliwy śpiew ptaków, imienia juhasa nie pamiętam.

Rozdział czwarty

Nadszedł kolejny wrzesień, złota jesień, chodziłam do ostatniej klasy szkoły podstawowej, po lekcjach gnałam krowę na pobliskie pastwiska. Niektórzy już tam paśli swoje od rana, szukali sobie z nudów zajęcia. Chłopcy albo grali w karty albo robili z puszek po konserwach kadzielnice. Dziurawili puszki gęsto gwoździem i przyczepiali do nich zrobione z drutu długie uchwyty. Napełniali potem puszki wyschniętą trawą i woskiem, podpalali i rozdmuchiwali kolistym ruchem. Uwiązane na drutach, wirowały coraz szybciej. Nagle wypuszczone z ręki, wylatywały, jak rakiety i znaczyły nad pastwiskami dymne smugi. Kiedy przychodziłam, chłopcy zaczynali rywalizować o moje względy i każdy starał się rzucić jak najwyżej. Nie interesowało mnie to zbytnio, patrzyłam za czym innym. Wybrałam sobie niedouczonego osiłka i kiedy miałam na niego ochotę, odchodziłam z krową coraz dalej, stawałam co chwila, kusiłam. I w końcu załapywał, o co chodzi, i odbijał w moją stronę, i szliśmy z krowami za wzgórza. Rozrzucone tarasami łąki poprzedzielane były wysokimi uskokami. Nieskoszona trawa opadała z nich zielonym wodospadem tak, że można się było pod nią schować. Mieliśmy taką jedną, ulubioną kryjówkę, my pod miedzą, a krowy sobie same jedzą. Wszystko było dobrze, dopóki obie cholernice nie odkryły w sąsiedztwie smaczniejszej koniczyny. Nie wiadomo, od jak dawna podjadały ją wtedy sołtysowi, ale wiadomo było, kiedy nadszedł. Najpierw zgonił ze swojej łąki nasze krowy, a potem odgarnął zieloną zasłonę i... No, tak... Tak patrzył, że szkoda gadać. Chłopak naciągając w pośpiechu spodnie, pomylił nogawki i nie wiedział, która noga do której. Powoli nagarnęłam na siebie złote włosy. Widziałam raz w książce obraz Botticellego „Narodziny Wenus”, na którym stojąca na muszli bogini nagarnia ręką na łono sploty złotych włosów. Śliczna, naga, niewinna, zasłania co powinna. Przypomniałam sobie teraz ten obraz i powiedziałam spokojnie: - Możesz, sołtysie, nie podglądać? Wstrząsnął się cały, ale dalej patrzył, więc znowu mu zwróciłam grzecznie uwagę, tym razem dla lepszego efektu rymowanym zaklęciem. - Sczerwieniały ci pysie, sołtysie, opuść te trawy, chłopie niemrawy, spieprzaj do domu, nie mów nikomu. Znowu się wstrząsnął, twarz mu się wykrzywiła nerwowym tikiem. - Dziecko moje... zaczął, ale mu wpadłam w słowo. - Nie jestem twoim dzieckiem, tatuś, pomyliłeś adresy. A propos, ile narobiliście, sołtysie, dzieci? - Propo? - nie zrozumiał. - No, propo, propo, nie słyszałeś, ojciec, o propolisie? - Diablica! - wysyczał. - Już mi to mówiono, ale nie ma tak dobrze, siostrą twoją też nie jestem. Patrzyłam na niego, jakbym patrzyła przez niego, a potem wyciągnęłam rękę z wystawionymi po włosku widełkami palców i strzeliłam w niego egzorcyzmem: - Apage satanas! Moje zachowanie zmobilizowało chłopca do działania. Właśnie rozwiązał problem nogawek i ubrawszy spodnie, kończył zapinać rozporek. - Nie słyszałeś, że masz iść precz? - przetłumaczył sołtysowi. Patrzył na sołtysa przygarbiony, z głową pochyloną do ataku jak u byka i wtedy sołtys spuścił z tonu, i odszedł. Odchodząc, oglądał się jeszcze za siebie kilka razy, dopóki się nie potknął. Zaimponował mi wtedy ten chłopak znajomością łaciny, egzorcyzmów, jednak spodnie to spodnie, dodają pewności siebie. Nie pozwoliłam mu odejść, dopilnowałam, żeby skończył, co wcześniej zaczął. Kilka dni później stanęłam z chłopcem przed poważnym problemem, co zrobić z krowami, kiedy będziemy się kochali. Wiadomo było, że znowu pójdą skubać sołtysowi koniczynę. - Może by je powiązać ogonami? - zaproponowałam. Od razu załapał, o co chodzi i już po chwili jedna krowa pasła drugą. Leżąc, trącałam nogą zwisające kurtyny traw, ot, tak trącałam, bez przyczyny, zachodzące słońce otulały wieczorne zorze, purpurowy Zegarmistrz Światła odmierzał do odlotu szczęśliwy czas. A potem nagle zagrały na łące harfy traw, przez przetlałe chmury spadły drżące smugi światła i po chwili było już po wszystkim. Wracałam niespiesznie z dalekiej podróży. - Słyszysz? - zapytałam chłopaka. Popatrzył na mnie z wyrzutem. Jakże mógł nie słyszeć, skoro krowy ryczały na całą dolinę? Wstał i poszedł zobaczyć, czemu ryczą. Właściwie, to ryczała wtedy już tylko jedna, ta ze zwisającym kikutem ogona, druga z dwoma skubała zadowolona koniczynę sołtysa. I tutaj chłopak znowu stanął na wysokości zadania. - Popilnuj krów i rozpal ognisko - powiedział i pobiegł do domu. Wrócił po chwili z kawałkiem smoły w blaszanej, psiej misce. Patrzyłam ciekawie, kiedy wiązał i klajstrował roztopioną smołą urwany ogon. Wyglądało na to, że wszystko w porządku, ale tylko tak wyglądało. Ogon urwał się krowie w oborze przy wieczornym dojeniu i wpadł gaździnie do wiadra z mlekiem. Przyszła do izby, trzymając oskarżycielsko w wyciągniętej ręce ociekający mlekiem ogon i najpierw przyłożyła nim kilka razy synowi, a później ojciec zerżnął mu tyłek pasem. Dosyć mocno zerżnął, skoro chłopak nie chciał później ze mną rozmawiać. Myślałam, że mu za jakiś czas przejdzie, ale nie przeszło, przeciwnie, po dobrosąsiedzkiej wizycie sołtysa, chłopak dostał od ojca drugie lanie i zaczął mnie całkiem unikać. Podobno przez tydzień sypiał na brzuchu. Tak cierpiał przeze mnie trzeci kochanek.

Czwartym był Janek, syn miejscowego aptekarza, chodził ze mną w miasteczku do jednej klasy. Był pierwszym moim chłopcem, który nie pozwolił sobą manipulować. Rok temu dostał ode mnie w pychol, bo pociągnął mnie w klasie za warkocz i nie odzywał się do tej pory. Podszedł do mnie teraz po roku na dużej przerwie, kapało mi z nosa, i zapytał, czy znam lekarstwo na grypę. - ??? - patrzyłam na niego pytająco. - Rumianek - doradził. - Rumianek? - No tak, rumianek - potwierdził. - Rum wygrzeje, Janek bzyknie i grypa zniknie. Patrzył na mnie smutno, żartowniś był z niego nietypowy. - No, to kiedy mnie bzykniesz? - chciałam wiedzieć, ale on wtedy zaczął znikać. No cóż, nie planował tak daleko, a ja faktycznie chciałam wiedzieć kiedy. Chłopak z pastwiska udawał, że mnie nie widzi, a Janek mi się podobał.

Nie podobał mi się natomiast nauczyciel historii, wysoki, łysy, podstarzały lowelas z obrzydliwie wystającym, tłustym brzuszkiem. Przypatrywał mi się lubieżnie już od roku i czekał przyczajony na okazję. Nieco mądrzejszy, ale tylko od głupich, nieco ładniejszy, ale tylko od brzydkich, opowiadał w towarzystwie stare, przeważnie sprośne dowcipy i sam się z nich śmiał. Okropieństwo, onanizm towarzyski! Przecież za to właśnie Kain zabił Abla, że mu stare dowcipy opowiadał. Mówiono w miasteczku o nauczycielu, że dawnymi czasy był instruktorem jazdy i że żadna kursantka u niego nie zdała, dopóki mu nie dała. Niejedno małżeństwo rozbił, zdobywca nieistniejących szczytów. Wiele porządnych kobiet rezygnowało przez niego z kursu. No cóż, dopóty dzban wodę nosi i tak dalej. Trafiła w końcu kosa na kamień, to znaczy mąż jednej z napastowanych kursantek, kapitan policji, podsunął instruktorowi na wabika zakonspirowaną policjantkę i to właśnie ona doprowadziła do ujawnienia rozpustnego zachowania instruktora. Wprawdzie jakoś sobie załatwił, że nie skierowano sprawy do sądu, ale wyrzucono go z pracy. Uczył teraz w naszej szkole historii i mieszkał w wynajętym nieopodal mieszkaniu. Mieszkał samotnie, bo ciągle zdradzana żona wzięła z nim w końcu rozwód. Próbował teraz zgrywać gieroja przed nastolatkami, próbował... Nie wiedział na kogo trafił, kiedy trafił na mnie! Pamiętam, jak to się między nami zaczęło, jak doszło do finałowej rozgrywki. Właśnie wtedy, po dużej przerwie na lekcji historii. Kapało mi z nosa, nie miałam chusteczki i z konieczności wycierałam ukradkiem ręką, i nauczyciel podszedł, i podał mi swoją. Rzecz jasna nie przyjęłam od zgreda tej jego pieprzonej chusteczki i tak to się właśnie zaczęło. Stał przede mną zadufany z tą wyprasowaną, kraciastą chusteczką, z tym swoim bezczelnym uśmiechem i prowokował. Nie patrzyłam na niego, żeby mnie szlag nie trafił, mnie albo jego, już o tym pisałam. Bałam się, że jak na niego spojrzę, to mu oczy wydrapię. Udałam, że nie widzę jego wyciągniętej ręki i zapytałam klasę, czy ktoś nie ma dla mnie chusteczki. Wyciągnęło się od razu kilka rąk, ale tylko Janek odważył się podejść i podać mi swoją. Uśmiechnęłam się do niego uwodzicielsko, wzięłam chusteczkę i zaczęłam w nią głośno trąbić. Trąbiłam tak długo, dopóki nauczyciel nie odszedł. Janek jeszcze na tej samej lekcji został wywołany do odpowiedzi i dostał niedostateczną ocenę, kiedy nauczyciel wpisywał ją do dziennika, popatrzył na mnie spod oka i powiedział: - Nie chciałaś ode mnie, Niczyja, przyjąć chusteczki. - Niczego od pana nie chcę - powiedziałam, żeby wszystko było jasne. - Ale ja chcę! - zaatakował. - Zaniesiesz mi dzisiaj po szkole do domu zeszyty - historyk uśmiechał się do mnie obleśnie. - A nie może być jutro? - zagrałam na zwłokę. - Powiem cioci Oldze, że jutro wrócę później. - Dobrze, niech będzie jutro - zgodził się od razu, kiedy usłyszał o cioci Oldze. O cioci Oldze słyszeli nawet w miasteczku.

Zaczekałam po lekcjach na Janka, powiedziałam, żeby mnie kawałek odprowadził, bo chcę z nim porozmawiać w ważnej sprawie. Staliśmy przed szkołą, czekał, co dalej powiem. - Dostałeś przeze mnie dwóję - powiedziałam. - I co z tego? - Zrobiłeś sobie z historyka wroga. - I co z tego? - A to, że on też jest moim wrogiem. - I co z tego? - A to, że mamy wspólnego wroga! Wrogowie naszych wrogów powinni zostawać naszymi przyjaciółmi. Właśnie dlatego dzisiaj na ciebie poczekałam, bo szukam sprzymierzeńca. Ka... pe... wu... aptekarza synku, z rynku? Stał przez chwilę zamyślony, zapatrzony gdzieś daleko, może tylko udawał, mężczyźni też potrafią czarować, w końcu powiedział: - Że na ciebie leci, to widać i widać, że ty go nie chcesz, ale powiedz mi, czego chcesz ode mnie? - Chcę, żebyś mi pomógł w rozgrywce, bo sama sobie z nim nie poradzę, zawsze co dwoje to dwoje. Pamiętasz, jak sobie poradziłam z tobą rok temu przy pomocy Natalki? Pociągnąłeś mnie za warkocz i dostałeś w pychol, Natalka skopała cię po kostkach. - No właśnie, trafiłaś w dziesiątkę, bo właśnie o tym myślałem. Nie mam już o tamto pretensji, ale umiem obserwować i wiem o tobie niejedno. - Co wiesz? - Jesteś bardzo ładna, bardzo inteligentna i bardzo niebezpieczna. Nie możesz również do nikogo należeć, bo jesteś niczyja. - Nie chcesz, żebym była twoja? - Nie będziesz, nawet jeżeli będziesz, taka już twoja natura, ale wiesz co? Pójdę z tobą kawałek, a potem znowu każde z nas pójdzie w swoją stronę. Rozstaniemy się, kiedy uznam, że trzeba. Nie pasowała mi ta jego filozofia, do tej pory ja wybierałam moment rozstania, ale na razie zmilczałam i zapytałam: - Wiesz, powiedziałeś przed chwilą trzy razy, że jestem bardzo, uważasz, że jestem nieprzeciętna? - Nieprzeciętna? No cóż, każdy człowiek jest inny, więc wszyscy jesteśmy nieprzeciętni, a że powiedziałem trzy razy... Powiedzmy, że do trzech razy sztuka. Przypuszczam, że poradzimy sobie z historykiem dopiero za trzecim razem. - Hmm, ciekawe, jak to wydedukowałeś? Jakaś metafizyczna logika. - Aptekarska, nie zważysz moich myśli na zwykłej wadze. - Marzyciel i alchemik. - To też, ale również strateg i optymista. Tacy mają w życiu większe szanse. - Tak myślisz? - Tak myślę, energia płynie tam, dokąd ją kierujemy i jeżeli istnieje, powiedzmy, pięćdziesiąt procent szans, to optymiści mają siedemdziesiąt, a pesymiści tylko trzydzieści, chociaż cały czas jest pięćdziesiąt. Nie będzie łatwo, ale poradzimy sobie. Ten silniejszy, kto ma rację, a że racja jest po naszej stronie, to nie podlega dyskusji. - No tak, to akurat nie podlega - przytaknęłam. - I do tego jest nas już dwoje. - Jak będzie trzeba, będzie dużo więcej - uśmiechnął się do swoich myśli. Pewny siebie, spokojny, patrzył gdzieś daleko, gdzie dozwolone tylko dla orłów. Staliśmy przed szkołą, nauczyciel siedział w swoim aucie na parkingu i patrzył w naszą stronę. Pomachałam mu ręką, patrzyłam na niego z lekkim uśmiechem, a on mi odmachał i też się uśmiechnął. Nie machałby mi, głupiec, gdyby wiedział, co u mnie takie pozdrawianie wroga znaczy. - Odprowadzisz mnie? - zapytałam Janka, a on kiwnął głową, że tak.

Szliśmy powoli w stronę wioski. Jakiś kilometr za miastem zaczynała się biegnąca przez łąki ścieżka, gdzieniegdzie widać było zapomniane kopki siana. - Pokochamy się? - zapytałem Janka, a on kiwnął głową, że tak. Wybrana przez nas kopka stała dosyć daleko na łące, gdyśmy ją rozwalili od niewidocznej ze ścieżki strony, zapachniało intensywnie świeżym sianem. Chaotycznie próbował przejąć inicjatywę. - Poczekaj - powiedziałam cicho. Pchnęłam go delikatnie i usiadłam nad nim pochylona. - Zadowolona? - zapytał ironicznie, ale szybko zrozumiał, że tak będzie lepiej i pozwolił mi ze sobą robić co chciałam, a chciałam niemało. Słońce z nieba złoto lało, słońce lało złoto z nieba wysokiego... Nie! Nie napiszę wszystkiego! Aaa, zresztą, spróbuję raz jeszcze. Spadało słońce złotym deszczem z wysokiego nieba... Nie! Kropki zostawić trzeba. Nie chciałam, żeby mnie odprowadzał, ale odprowadził prawie do samej wioski, wiadomo, syn aptekarza. Dopracowując ostatnie szczegóły przed jutrzejszą rozgrywką, staliśmy na ostatnim wzniesieniu. W dole, w zielonej, zalanej słońcem dolinie widać było góralskie zagrody, a między nimi chatę cioci Jakubowej. Mieszkała w niej ze swoim przybranym rodzeństwem niczyja dziewczyna, Berenike.

Rozdział piąty

Na drugi dzień wszystko przebiegło zgodnie z obmyślonym wcześniej planem. Nauczyciel przyniósł do klasy stertę zeszytów i powiedział, żebym mu je zaniosła po lekcjach do domu. Zaniosłam, położyłam na stole w pokoju i czekałam. Poszedł do przedpokoju i przekręcił klucz w zamku, a potem zaproponował mi herbatę. Kiedy odmówiłam, zaprosił, żebym usiadła na kanapie, ale też odmówiłam i wtedy podszedł i podciął mi nogi, i wziął mnie na ręce, ważyłam jakieś czterdzieści kilo, piękno nie waży. Śmiał się głupkowato, nieszczerze, wtulił we mnie głowę, patrzyłam na niego z lekkim uśmiechem. - Wiesz, Henryk - powiedziałam. - Możesz ze mną podejść do okna? - Do okna? - nie za bardzo zrozumiał. - No tak, popatrz, jaki piękny zachód słońca, chciałabym lepiej zapamiętać tę chwilę. Podszedł i wtulił we mnie głowę. - Córuchna moja kochana - mamrotał. - Ty łachudro popaprana! - wkurzona byłam coraz bardziej, ale powiedziałam spokojnie. - A teraz się, Henryk, odwróć do okna plecami. Zasłoń mnie, żeby ktoś z ulicy nie zobaczył. Odwrócił się, jak chciałam, oczy zaczęły mu się robić maślane, sięgnęłam ręką do tyłu i odsłoniłam w oknie firankę tak, jak to było wcześniej umówione z Jankiem. Zaczął mi powracać humor, kiedy pierwsze kamienie rozbijały szyby. Następne uderzyły w plecy nauczyciela, niektóre dolatywały do przedpokoju, to była prawdziwa kanonada. - Ukamienuję cię ty draniu - powiedziałam spokojnie, kiedy dostał kamieniem w głowę. Zeskoczyłam na podłogę, przekręciłam klucz w zamku i wyszłam na ulicę. Odchodząc, pomachałam kolegom Janka. Janek z Natalką czekali na mnie przed szkołą. Ot, takie dodatkowe asy w rękawie, czekali, siedząc na trawie. Wróciłam z Natalką do domu, Janek nas kawałek odprowadził.

Na drugi dzień nauczyciel przyszedł na lekcję z opatrunkiem na głowie. Spod przylepionej na ciemieniu gazy, widać mu było wygoloną tonsurę. - O! W kółko golony, jeszcze księdzem zostanie - skomentował półgłosem Janek. Od razu na samym początku dałam historykowi odczuć, że się go nie boję. - Co się panu stało? - zapytałam jadowicie słodziutko. - Wypadek - odpowiedział krótko. - Napadli pana, czy jak? Kiedy panu zaniosłam wczoraj zeszyty, miał pan jeszcze z głową w porządku. Pominął moją uwagę milczeniem. Uciekał spojrzeniem na boki, usta miał mściwie zaciśnięte. Po chwili wezwał Janka do tablicy i kazał mu wymienić daty koronacji wszystkich królów. Bez cudów! Nikt nas tego wcześniej nie uczył, Janek milczał. - No, więc ilu było koronowanych królów? - powtórzył nauczyciel dla pozoru, bowiem już wcześniej wyjął z biurka długą, drewnianą linijkę i kazał Jankowi wyciągnąć rękę. - Nie wiem. - A ja wiem - zaczął nauczyciel... - Wczoraj się pan nauczył, czy dzisiaj rano? - wpadła mu w słowo Natalka, ale nauczyciel udał, że nie słyszy, powtórzył: - A ja wiem ilu ich było. Wiem i tyle razy dostaniesz linijką, ilu ich było. Policz uderzenia, to też będziesz wiedział, cała klasa niech liczy. Tyle było tych szybkich uderzeń, że wszyscy potracili rachubę. Po egzekucji Janek bez słowa wrócił na miejsce. Wracając, pokazał nauczycielowi odchylony kciuk. - Jeden! - powiedział. - Co, przypomniałeś sobie jednego króla? - zapytał nauczyciel, ale Janek pokręcił przecząco głową, że nie o króla tutaj chodzi. Historyk popatrzył po klasie i kazał wszystkim pisać kartkówkę, Janek nie pisał. - Czemu nie piszesz? - zapytał nauczyciel. - Nie mogę - Janek wyciągnął w jego stronę w geście pozdrowienia spuchniętą rękę. Patrzył na historyka uśmiechnięty, przybladł trochę, ale nie ze strachu. Oczy mu drgały zmrużone w wąskie szparki. Też się tak czasem uśmiecham, kiedy ktoś mnie szczególnie mocno krzywdzi, już pisałam. Takie zachowanie, to ładowanie z mojej strony ostrej amunicji, Janek był w tym do mnie podobny, ale tego akurat historyk o nas nie wiedział. No cóż, tym gorzej dla historyka. Który skrzywdziłeś człowieka prostego, nie bądź bezpieczny, bo Anioł pamięta. Puka z krzywdą do niebieskiej bramy, smutny, śliczny, chmurnie zagniewany, niesie krzywdę przed oblicze Pana, wniebowzięta, będzie zapisana. Zapisana, będzie odpłacona, taką samą miarą odmierzona. Istnieje bowiem sprawiedliwy Bóg, który za dobre wynagradza, a za złe karze.

Dwa dni później była następna lekcja historii. Nauczyciel znowu wywołał Janka do tablicy i zapytał o królów, a Janek mu znowu powiedział, że nie wie i że się nie będzie uczył. - Nie będziesz? - zapytał ucieszony nauczyciel. - Nie będę. - Dawaj rękę - Janek wyciągnął prawą. - Lewą, żebyś mógł pisać - warknął nauczyciel. Sytuacja miała podobny przebieg jak za pierwszym razem, tyle tylko, że końcówka była trochę inna. Wracając na miejsce, Janek pokazał nauczycielowi odchylone z zaciśniętej pięści dwa palce, kciuk i wskazujący i powiedział dobitnie: - Dwa! - Czemu nic nie robisz, przecież on cię zamęczy? - zapytałam Janka po lekcjach. - Jak chcesz, to powiem cioci Oldze, już ona sobie z nim poradzi. - Nie wtrącaj się, Berenike, myślisz, że mój ojciec by sobie z nim nie poradził? A mój wujek pracuje w komendzie wojewódzkiej milicji. Ale ja tak nie chcę, sam sobie z nim poradzę, mam swój plan. - Co to za plan, skoro już drugą rękę masz spuchniętą? - To jest właśnie część mojego planu, mój gniew musi najpierw dojrzeć. Jeszcze trzeci raz od historyka dostanę, a potem zrobimy zamianę. Mówił spokojnie, lodowato uśmiechnięty, patrzyłam zmrożona. - Wiesz - powiedziałam. - Ten twój uśmiech przed chwilą... - Co? - Zimno mnie otrzepało, czterdzieści stopni poniżej zera, rtęć zamarza. - Miewasz podobny, więc wiesz co on znaczy. Kiwnęłam głową, że wiem, uśmiechnęłam się do Janka ciepło. - Odprowadzisz mnie? Milczał, zastanawiał się co zrobić. - Odprowadź, a wcześniej przytul, przytul teraz! - ??? - zdziwieniem był cały. - Historyk patrzy przez okno. - Aaa, skoro patrzy... Objął mnie ramieniem, przytulił i pocałował w policzek. A potem poszłam z Jankiem w stronę nie tak znowu odległych kopek siana, przed kopkami powiedział, że zawraca. - Zawracasz? - powtórzyłam zawiedziona. - Kopki już widać - kusiłam. - Widać i właśnie dlatego zawracam. Też mi się podobasz, ale nie lecę na ciebie byle kiedy. Pamiętasz, jak ci powiedziałem, że to ja będę za siebie decydował? Jesteś, Berenike, ciągle głodna seksu, zarażasz kochanków swoim głodem, a potem ich niszczysz. Zastanawiam się czasem, czy nie ciąży na tobie jakaś klątwa. - Boisz się klątwy? - Nie wiem, czy się boję, ale w tym wypadku nie o klątwę akurat chodzi... - A o co? Boisz się mnie? - Też nie, pozwól mi powiedzieć. Chodzi o to, że sam seks to dla mnie za mało. Seks powinien być zwieńczeniem miłości, jak chorągiew na szczycie wieży. Inaczej jest tylko papierową chorągiewką, która prędzej czy później ląduje w koszu. - Myślałam, że w sercu. - Nie, ludzkie serce, to nie kosz na śmieci i dlatego nie chcę samego seksu. Jestem po nim rozczarowany i wypalony przez wiele dni, mam wyrzuty sumienia, jakbym rozmienił na miedziaki i roztrwonił złotego suwerena. Nie mogę sobie na to w tej chwili pozwolić, bo potrzebne mi są siły do walki z historykiem, poczekaj do środy. - Do środy? Czemu do środy? We wtorek jest następna lekcja historii... nie dokończyłam. - No, właśnie... nie dokończył.

Zamilkłam, przypomniałam sobie, jak po śmierci juhasa pobiegłam do chatki Babki pod lasem, ledwo ją wtedy odnalazłam w zaroślach. Zagubiona była, zarośnięta, okna powyrywane. Babcia już dawno nie żyła, z przygarbionej ściany spoglądały na mnie czarne oczodoły powyrywanych okien. - Gdzie się podziały czerwone pelargonie na parapetach? - pytałam nie wiadomo kogo. - Utonęły, utonęły w czasie - odpowiadał nie wiadomo kto. Szept przeraźliwy, ledwie słyszalny. - Nieee! - wołałam. - Taaak! - słyszałam. - Przyszłość w przeszłość bezpowrotnie płynie, nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki. - Tak mi smutno. Biegłam tutaj. Wstrętne, porosłe mchami, oślizgłe karczowisko. Kikuty zapleśniałych pni. Pajęczyny. Potykałam się po drodze, upadałam. - No tak, niepotrzebnie tutaj przybiegłaś. - Niepotrzebnie? - No, niepotrzebnie... Dziedzictwo swe zastałaś wywrócone na nice i wyrąbane poręby zamiast dawnych lasów, nigdy nie trzeba wracać w dawne okolice, jeśli nie można wrócić do minionych czasów. - A nie można? - Tylko w czerwonej chuście. - Kto to szepcze? - Ciii! Jeszcze nie pora. Szmer w przeraźliwej ciszy, szept poza czasem, tylko ona go słyszy, w chatce pod lasem. Z otwartej księgi losu nie wie, że czyta, nie zrozumiała głosu i dalej pyta. - Zawrócić? - Nie możesz. Płacz dziecka słychać w ciszy, w zaroślach chatka, siebie z przeszłości słyszy, umiera matka. Strasznie tam było w tej izbie, uciekłam wtedy stamtąd przerażona. Nie wiedziałam, jak teraz Jankowi o tym powiedzieć. - Wiesz - zaczęłam. - Byłam kiedyś w starej chatce Babci pod lasem... urwałam. - I co? - Strasznie! Zzieleniałe gonty na zapadłym dachu, drzwi rozbite na jednym zawiasie wiszące. Skrzypiał żałośnie zardzewiały czas i płakała nowonarodzona dziewczynka. Myślę, że słyszałam siebie z przeszłości, myślę, że to były moje pierwsze narodziny. - Pierwsze? Myślisz, że będą drugie? - patrzył na mnie uważnie. - Tak powiedziałam? No, nie wiem, może i będą, samo mi się tak powiedziało. Wydął po swojemu usta w podkówkę i kiwał w zamyśleniu głową. Przytuliłam się do niego, a on poczekał aż się odtulę, a potem zawrócił.

We wtorek na lekcji historii nauczyciel znowu zapytał Janka o królów. Oczywiście pytanie było czysto retoryczne, bowiem kiedy go zadawał, jednocześnie wyciągał z biurka linijkę. - Mam iść na środek? - Tak, tak, synku, chodź! - nauczyciel poklepywał się linijką po ręce. - Synku? Szkoda, że nie córuchno - na twarzy Janka zagościł zimny, nieustępliwy uśmiech, ja już znałam ten uśmiech. Nauczyciel najpierw sczerwieniał, a potem zaczął bić bez opamiętania linijką, a kiedy się złamała, bił złamaną, ostrą połówką. Przestał, kiedy z ręki Janka pociekła krew. Tak cierpiał przeze mnie czwarty chłopak, rówieśnik. Uśmiechał się nikle, coraz bardziej blady, do końca nie powiedział ani słowa. Dopiero, kiedy odchodził na miejsce, wyciągnął w stronę nauczyciela w geście pozdrowienia zaciśniętą rękę z odgiętymi w górę trzema palcami, kciukiem, wskazującym i środkowym, i powiedział dobitnie: - Trzy! Na jego twarzy znowu zagościł zimny, nieustępliwy uśmiech, rtęć zamarza, ja już znałam ten uśmiech. Po egzekucji Janka cała klasa wrogo milczała, wydawało się, że chłopcy zaraz skoczą, że zlinczują nauczyciela i historyk to wyczuł, i zbladł. Nie wiadomo, co by się stało, gdyby nie Janek. Popatrzył po kolegach i powiedział tylko jedno słowo: - Spoookój! Tak to powiedział, że napięcie od razu zelżało, a Janek uśmiechnął się i wyszedł, i więcej tego dnia nie wrócił.

W środę huczało w całym miasteczku od rana, że ktoś pobił nauczyciela wczoraj wieczorem na plantach. Nikt nie wiedział, kto. Podobno pobity wyglądał tak strasznie, jęczał, że bano się go ruszać z miejsca. Leżał więc na ziemi, dopóki nie przyjechała karetka, lekarz dał mu zastrzyk z morfiny. Tak cierpiał przeze mnie piąty mężczyzna, stary samiec, jebaka. Nauczyciel przeleżał w szpitalu dwa miesiące, do pracy z młodzieżą już nie wrócił, wyrzucono go ze szkoły. Jakieś przecieki o jego sadystycznych skłonnościach i o molestowaniu uczennic docierały do dyrekcji już wcześniej, ale zareagowano na nie dopiero teraz, po nagłośnieniu. No cóż, lepiej późno, niż później. Inna sprawa, że to wstyd dla dorosłych, żeby młodzież musiała sama wymierzać sprawiedliwość. Po wtorkowym wyrównaniu rachunków z historykiem, Janek uznał sprawę za zakończoną. Odprowadził mnie w środę po lekcjach do domu i najpierw kochaliśmy się na rozwalonej kopce siana, a później pod osiką. Znowu się zatrzęsła osika... Spotykałam się z Jankiem do końca roku szkolnego, przeważnie co tydzień w sobotę po lekcjach. Leżeliśmy pod kopką, staliśmy pod osiką. Z nikim mi tak dobrze, jak z Jankiem, nie było, zaczęło się jesienią, wiosną się skończyło.

Rozdział szósty

Oczy czarne, zamyślone, oczy harde, oczy śliczne, oczy smutno zapatrzone, dwie otchłanie nostalgiczne, oczy straszne, w jednej chwili, utonęli, co patrzyli. W wieku czternastu lat miałam na sumieniu cierpienie pięciu kochanków, byłam dla nich jak lep na muchy. W okamgnieniu potrafiłam się przeistoczyć z ładnej w śliczną, przyciągałam ich do siebie, jak piorunochron pioruny, iskrzyli na mnie przez chwilę. Widzieliście nocą piorun w pełnej krasie? Uderzali, potem nikli w czasie. Pierwszy chłopak, którego uzależniłam od siebie był ode mnie o dwa lata starszy, zaczynał powtarzać siódmą klasę, kiedy zaczynałam chodzić do szóstej. Uzależnił się już za drugim razem. Nie mógł o mnie zapomnieć i kiedy go odtrąciłam, wyniósł się z wioski, żeby przeze mnie nie cierpieć. Drugim był juhas, wakacyjna namiętność. Ten się powiesił w lesie jesienią, wisiał na pasku nad ziemią, wiatr nim okręcał na drzewie, co z jego duszą? Nie wiem. Trzecim był pastuch, kładłam się z nim się pod miedzą, w nosie miałam, co ludzie powiedzą. Kiedy krowa urwała ogon krowie, dostał od ojca lanie, od matki ścierką po głowie i zaczął mnie unikać, i to było dla niego najlepsze. Czwartym był Janek, syn aptekarza, jaka jestem, wiedział, odszedł jak zapowiedział, kiedy uznał, że trzeba. Gdzie jest? W drodze do nieba. Cierpiał jeszcze przeze mnie piąty, małośliczny, dinozaur historyczny, ten dostał porządne lanie, za gwałt, za usiłowanie. Baj, baj, baju, baju, nie byłeś ze mną w raju.

Po rozdaniu świadectw nawet z Jankiem nie rozmawiałam. Nie powiedzieliśmy sobie ani żegnaj, ani do widzenia, tak się jakoś złożyło. Janek poszedł do prowadzonego przez zakonników liceum, zamieszkał w odległym mieście w przyklasztornym internacie. Ja, jako uzdolniona artystycznie sierota, dostałam państwowe stypendium i zostałam przyjęta do liceum plastycznego, zamieszkałam w internacie w górskim uzdrowisku.

Odkąd pamiętam, od zawsze lubiłam i umiałam rzeźbić. Byle kawałek drzewa, korzeń, byle kawałek kory wzięłam do ręki i widziałam w nich zaraz rzeczy przed innymi zakryte. Rzeźbiłam scyzorykiem o dziwnie powyginanym ostrzu, samo mi się rzeźbiło. Specjalny, snycerski scyzoryk przywiózł mi swego czasu wujek Serafin z prawosławnego klasztoru na Rusi. - Rzeźbić musi - tak wtedy powiedział, skąd wiedział? Zapytałam o to ciocię Olgę, a ona powiedziała, że wujek Serafin wie o wiele więcej niż inni. - W młodości studiował w Republice Mnichów - wyjaśniła. - W Republice Mnichów? - Tak, w Grecji - zakończyła krótko. Stały moje rzeźby i u cioci Olgi, i u cioci Jakubowej, i jeszcze choć gdzie stały, niektóre wujek Serafin zabrał do cerkwi, a figurkę frasobliwego Chrystusa umieścił w przydrożnej kapliczce. Nie pamiętam, kiedy wyrzeźbiłam coś pierwszy raz. Pamiętam tylko, że kiedy byłam malutka, wyrzeźbiłam w znalezionym kawałku kory nie wiadomo czyją twarz, sama mi się wyrzeźbiła. Pokazałam wtedy rzeźbę Babci, a ona popatrzyła na nią w zamyśleniu i powiedziała, żebym ją pokazała cioci Oldze. Pobiegłam więc do cioci Olgi i ciocia też popatrzyła na nią z uwagą, a potem powiedziała: - Ecce homo. I popatrzyła na mnie tak jakoś dziwnie. Powiedziała, że potrafię dostrzegać cierpienie nawet w zwykłym kawałku kory. - To nie był, ciociu, zwykły kawałek kory, ta twarz już w nim była - wyjaśniłam. Patrzyła na mnie w milczeniu. Zdawało mi się, że jeszcze chce coś powiedzieć, ale nie powiedziała. Odezwała się po chwili innym głosem. - Pan Bóg cię obdarował wieloma talentami. Nie trwoń, nie rozmieniaj ich na drobne. - Nie trwoń, nie rozmieniaj... To co ja mam, ciociu, z nimi zrobić? Zakopać? - Nie wiem, myślę, że powinnaś je pomnożyć. Może komuś pomóc, kogoś uratować... - To może ja jestem, ciociu, jak Eliza? - Eliza? - No tak, ciociu, Eliza. Dorota opowiadała, że zła czarownica zaczarowała w łabędzie siedmiu braci Elizy i Eliza musiała upleść dla nich z pokrzyw koszulki, żeby ich odczarować. I nie wolno jej się było przy tym pleceniu odzywać, żeby odczarowanie było ważne. Bardzo cierpiała, płakała, zamknęli ją nawet w piwnicy, bo oczernili ją przed królewiczem, a ona się nie mogła bronić, bo musiała milczeć, ale w końcu uplotła te koszulki i odczarowała swoich siedmiu braci, i wszystko skończyło się dobrze. - To tylko bajka, Berenike. - Życie też jest bajką - powiedział wujek Serafin, stał w progu i słuchał nie wiadomo od kiedy. - Życie jest bajką, którą śnimy na jawie - powtórzył. A mnie się wtedy przypomniała legenda o śpiących pod Giewontem rycerzach króla Chrobrego, którzy mają się obudzić na hasło: już czas! Żeby ocalić będącą w potrzebie Ojczyznę. Czułam, że ciocia Olga chce sobie tę rzeźbę zatrzymać. -Weź ją sobie, ciociu - powiedziałam. - To dla ciebie.

Kiedy miałam wyjechać do internatu, ciocia Jakubowa zabrała mnie w ostatnią niedzielę wakacji do cioci Olgi. To było piękne, świąteczne popołudnie. Prześwity w chmurach słońcem iskrzyły, elfy po łące cienie goniły, w upojnej ciszy brzęczały pszczoły, miałam wyjechać dalej do szkoły. No, tak to wtedy mniej więcej było, kiedy poszłam z ciocią Jakubową do cioci Olgi. W izbie oprócz cioci Olgi zastałam sąsiadkę cioci, tę, która była przy moich narodzinach oraz wujka Serafina. I on, i one, wszyscy byli tacy jacyś uroczyści, chyba się wcześniej umówili. Ciocia Olga podeszła w milczeniu do dębowej szafy i wyjęła z niej stertę bielizny. Oderwawszy deskę, wyciągnęła spomiędzy podwójnego dna szafy zawinięte w szary papier zawiniątko, rozwinęła. W środku była czerwona, moherowa chusta pleciona w misterne, ażurowe wzory. Ciocia rozsupłała dwa zamotane jeden na drugim węzły i wyjęła ze środka różaniec ze złota. Wiedziałam o nim! Wiedziałam, ale go do tej pory nie widziałam, dopiero teraz. Wujek Serafin założył mi go przez głowę na szyję, sięgał prawie do pasa, złote ziarenka różańca uformowane były w regularne sześciościany, ale to nie one przyciągnęły moją uwagę. Nie mogłam oderwać oczu od twarzy Chrystusa na krzyżu różańca. Ja tę twarz znałam. Nie mogłam przestać na nią patrzeć i w końcu zaczęłam płakać, za mną zaczęła płakać ciocia Olga, a pozostali patrzyli na nas zdziwieni. I wtedy ciocia Olga zdjęła ze ściany moją dziecinną rzeźbę. Wyrzeźbiona przeze mnie w dzieciństwie w kawałku kory nie wiadomo czyja twarz była twarzą Chrystusa ze złotego krzyża różańca. Patrzyły na nas dwie bliźniacze twarze, dwa oblicza z zastygłym na nich cierpieniem ukrzyżowanego Boga. Ciocia Olga wiedziała o tym podobieństwie od dawna, ja zobaczyłam je dopiero teraz, a po mnie zobaczyli pozostali. I już było wiadomo, czemu wszyscy płaczą, bo teraz płakali już wszyscy. Wujek Serafin przestał pierwszy. - Nieprzypadkowy to zbieg okoliczności - powiedział. - Za dużo tych zbiegów okoliczności, jak na zbieg okoliczności. Myślę, Berenike, że jesteś pod specjalną opieką Boga. Pan Bóg, jak chce kogoś uratować, to w odpowiedniej chwili postawi na jego drodze odpowiedniego człowieka. Wielu takich ludzi postawił na twojej i myślę, że jeszcze wielu postawi. Nie mijaj ich obojętnie. A teraz pójdę się za ciebie pomodlić do cerkwi - zakończył i poszedł. Po odejściu wujka ciocia Olga zarzuciła mi na ramiona czerwoną, moherową chustę, na mojej piersi wisiał złoty różaniec. I tak stałam, jakby pasowana na dalszą drogę życia, i patrzyły na mnie trzy kobiety, ciocie kochane, które pamiętały moje narodziny i śmierć mojej mamy. Posiwiały już wszystkie, a najbardziej posiwiała ciocia Jakubowa, była zresztą najstarsza. - Czternaście lat - przerwała ciszę sąsiadka - minęło, Berenike, od twoich narodzin czternaście lat. Wyrosłaś i jesteś coraz piękniejsza, a myśmy się postarzały - przestała mówić. - Jesteś już taka duża, jak twoja mama - wtrąciła ciocia Olga. Powiedziała to z dumą, sama była niska i krępa, ale nie zazdrościła nikomu. Pan Bóg dobrze wiedział, co robi, kiedy ją stawiał na mojej drodze, bardzo lubiłam kochaną ciocię Olgę. To była moja ostatnia niedziela w wiosce. W poniedziałek wyjechałam do uzdrowiska, do internatu liceum plastycznego i do wioski przestałam przyjeżdżać. Miałam tutaj kiedyś wrócić po złoty różaniec mamy, został na przechowaniu u cioci Olgi.

Rozdział siódmy

Obwarowane wypiętrzonymi szczytami uzdrowisko położone było wysoko w górach. Wiatr rozbijał chmury o skalne urwiska i wtedy padały z nich ulewne deszcze. A później znów padały i znów jeszcze. Liceum stało na peryferiach w dużym parku, ogrodzonym drewnianym płotem. Za nim zaczynała się spadzista skarpa, a pod nią szumiał w dole wartki potok, nad którym rosły srebrne świerki, ładnie tutaj było. Drewniany, dwupiętrowy budynek opleciony był rytami rzeźbień, jak stare zamczysko dzikim winem. Miodowe, ciemnozłote ściany klas i świetlic, korytarze, sufity, balkony, filary, wszystko, wszędzie pokrywały ryte w drzewie ornamenty, runy góralskie. Ostro spadzisty dach, jakby zbudowany z jaskółczych skrzydeł, poszyty był lotnymi piórami drewnianych gontów. Ze strzelistych załamań wyfruwały jak kolorowe motyle barwne witraże okienek. Internat dla chłopców był na pierwszym piętrze, dziewczyny mieszkały na drugim. Każde piętro posiadało świetlicę do nauki i łazienkę, a w niej umywalki, prysznice i toalety. Na szeroko rozbudowanym parterze mieściły się sale lekcyjne, pracownie, biblioteka, kuchnia i sala gimnastyczna, w piwnicach była kotłownia centralnego ogrzewania. No, jednym słowem, gracja, arystokracja, pełna kultura jak na owe czasy. Może tyle o tym miejscu, które na najbliższe cztery lata miało stać się moim nowym domem. Dodam jeszcze tylko, że w internacie mieszkało trzydzieści osiem dziewcząt, a chłopców tylko siedemnastu i dlatego byli w cenie, ale nie dla mnie. Mądra lisica nie buszuje w pobliżu własnej nory.

Nie pamiętam, ilu miałam przygodnych kochanków przez te cztery lata, kiedy mieszkałam w internacie. Pięćdziesięciu? Stu? Nie wiem, nie liczyłam, królową nie interesują trutnie. Wpatrywałam się w takiego upatrzonego, piękniałam wtedy momentalnie. Szedł za mną zauroczony, zapominał o bożym świecie. Wabiłam ich przeważnie wieczorami nad potok. Stawałam w półmroku oparta o drzewo, ludzie patrzyli na mnie z daleka, niepewni co widzą. To mi podnosiło poziom adrenaliny, szczytowałam. Potem stawałam się dla trutni wroga. Moja psychika włączała hamowanie i oni to wyczuwali, i odchodzili. Wracałam do internatu. Lotem ćmy przemykałam bezszelestnie po mroczonych korytarzach, wlatywałam do pokoju i zasypiałam... Śni się lasom las, śnią się deszcze, pójdę z jakimś znów, pójdę jeszcze. Nocna ćma, nocna ćma, nocna ćma...

W połowie grudnia sypnęło znienacka śniegiem. Na ferie Bożego Narodzenia pojechałam do koleżanki, do krainy tysiąca jezior, siedemset kilometrów pociągiem, zaprosiła, więc pojechałam. Miała bogatych rodziców, zapłaciła nawet za mój bilet. Białe, zamarłe równiny i zawiane śniegiem pola. Willa rodziców Magdy stała nad brzegiem jeziora, skute lodem, spało w letargicznym śnie... Śni się wodzie wir, śni się słońce, skute lodem śnią, fale śpiące. Wiatr przerzucał po lodzie tumany śniegu, tworzył nierealne dziwadła. Słychać było pędzące renifery i rżały konie przy saniach Królowej Śniegu. Jej pocałunki skuwały lodem serca kochanków, szkoda Kaja. Szkoda? Eee tam, spieszy mu na pomoc Gerda, dobrze będzie. Zbudowana z ciemnoczerwonej cegły willa wyłożona była w środku ciemnoczerwoną, mahoniową boazerią. Magda miała swój pokój na piętrze, wiodły do niego z hollu wyłożone czerwonym dywanem schody. Z pokoju było wyjście na taras, z tarasu widok na jezioro, pod ścianami stały dwie wersalki, ale myśmy spały na jednej, ssałam Madzi górną wargę. - Co ci się, Madziu, zrobiło na wardze? - pytała nazajutrz mama. - Zimno - odpowiadała Magda krótko. Starszy brat Magdy chrząkał wtedy znacząco, a mama patrzyła na niego gniewnie. Myślę, że wiedziała, skąd się kobietom robi na wargach takie gorące zimno, myślę, że wiedziała, ale... No tak... To się nazywa lesbijska miłość, tak się kochały przed wiekami kobiety na greckiej wyspie Lesbos... Miłosne liryki pisała Safona, półleżąc na skałach z lirą rozmarzona.

Na ferie wielkanocne znowu pojechałam do Magdy. Wielkanoc wypadała późno i wiosenne, gwiaździste noce budziły nienazwane tęsknoty. Długo stałyśmy na tarasie pierwszej nocy po przyjeździe... Przytulone ciała i błądzące ręce, i serca bijące dla siebie w podzięce. I tęskne wołanie z niezmierzonych dali, coś lśniło, mamiło, coś drżało na fali. Ktokolwiek będziesz nad jeziora wodą, gdy wiosna roztopi lody, zobaczysz gwiazdy świecące pod tobą, zobaczysz je w lustrze wody. Poszłyśmy spać spełnione dobrze po północy. Owinięte kołdrami wyszłyśmy na taras pewnej księżycowej nocy. Księżyc świecił hipnotycznym światłem, bajdurzył baśniowo, jakieś sny się śniły na jawie, jakieś sny, jak śmiech przy zabawie, na tafli jeziora tańczyły rusałki. Najpierw spadły z nas kołdry, potem nocne koszule i w ogóle... Więcej do Magdy nie pojechałam. Nie pojechałam, bo starszy brat Magdy właśnie tej nocy wracał z baciarki i widział nas nagie na ganku, i następnej nocy wdrapał się do mnie przez balustradę. Wszedł do pokoju, obudził mnie po cichu i wyszłam z nim na taras. A potem przyszła Magda i strzeliła brata w pysk. Byłam wtedy mniej więcej w połowie szczytu i zjechałam na łeb na szyję. Więcej do Magdy nie pojechałam, no tak...

Czerwiec, noc świętojańska, skończyłam piętnasty rok życia i dobiegł końca pierwszy rok nauki w liceum. Porozjeżdżali się z internatu na wakacje, ja zostałam w uzdrowisku z poznanym wcześniej czterdziestolatkiem. No, może miał trochę więcej, ale niewiele. Wysoki, przystojny, miał na imię Leszek i mówił, że jest rok po rozwodzie. Zamieszkałam z nim w wynajętym u gazdy pokoju, Leszek powiedział gaździe, że jestem jego córką, a przebiegły i chytry na pieniądze góral oznajmił, że raczej wyglądam na żonę. Mieszkaliśmy u górala przez cały lipiec i może byśmy mieszkali i przez sierpień, gdyby gazda nie próbował mnie przed Leszkiem pochwalić. - Ładną macie, panie, córkę - pochwalił. - I co z tego? - zapytał Leszek. - I tak umrze! - Umrze? - gazda nie bardzo zrozumiał. - No, pewnie, wy też, gazdo, umrzecie - powiedział Leszek i gazda się obraził. I w taki to sposób wyprowadziliśmy się od gazdy i pojechałam z Leszkiem na cały sierpień nad Morze Czarne do Bułgarii. Z wynajętego pokoju wychodziło się prosto do pełnego kwiatów ogrodu, a z ogrodu na plażę i do morza. No właśnie, niby czarne, a niebieskie i migotało wieczorami w odcieniach złota i czerwieni. Dancingi były w pobliskim hotelu, opowiem o jednym. Bose tancerki tańczyły przed hotelem na rozżarzonych węglach, a potem my w hotelu na dancingu. Wcześniej Leszek kupił mi za dolary śliczną sukienkę z szafirowej tafty. Aksamitna jak skrzydła motyla, czarowała grą światłocieni, wiecie, jak tafta się mieni. Krótsza od moich włosów sukienka miała w talii prześwitującą wstawkę z żorżety. I do tego te moje długie nogi, i krótkie, trzyćwierciowe rękawy sukienki. Z białych, koronkowych mankietów wychylały się moje opalone ręce, cóż więcej? Wszyscy na mnie patrzeli, nawet jak patrzyć nie chcieli, a mój Leszek był zazdrosny. Głupol! Nie rozumiał, że ładne kobiety wozi się na wczasy dla innych.

Wzrok Araba poczułam na sobie wcześniej, ale spojrzałam na niego dużo później. Tak spojrzałam, że od razu wiedziałam. - Idę do toalety - powiedziałam do Leszka i poszłam. Nie zdążyłam zamknąć za sobą drzwi do kabiny, Arab je za nami zamknął. Zadarł do góry białą galabiję i od razu przystąpił do gwałtu, koniecznie chciał wepchnąć. - Jaaasny gwint! - pomyślałam spanikowana. - Stracę cnotę w takim zasranym miejscu. Wciśnięta w kąt kabiny, odetchnęłam z ulgą, kiedy zaczął to robić tak, jak chciałam. No, cóż, odpuściłam za wcześnie! Złapał mnie nagle z tyłu głowy za włosy i wepchnął. Zabolało i ból przemienił moje zalęknienie we wściekłość. - Niedoczekanie twoje, ty draniu! - pomyślałam. Czekałam przyczajona i w odpowiednim momencie rzuciłam się do tyłu, i jednocześnie uderzyłam z przodu rękami, patrzyłam zadowolona... I wtedy Arab podniósł mnie jedną ręką do góry, a drugą zamierzył się do uderzenia. Nie mogło mu się w głowie pomieścić, że oto ja, niewierna, wygoniłam z pastwiska czystej krwi Araba. Żeby nie patrzeć w jego zaślepione wściekłością oczy, złapałam za pieluchę na jego głowie i naciągnęłam mu aż po brodę, a potem tak kopnęłam w drzwi kabiny, że wyleciały z zawiasów, wrzeszczałam przy tym jak opętana. Na ratunek ruszyły mi z odsieczą cztery uzbrojone w torebki turystki. Jedna torebka na pasku wiele potrafi, ale cztery, każda z innej parafii... Ooo! To w kobiecych rękach straszna siła, na kolana Araba rzuciła. Podczas walki wylatywały z torebek jakieś monety, pincety, puderniczki, nożyczki... No właśnie, nożyczki! Kiedy Arab zaczął uciekać, jedna z turystek wbiła mu nożyczki w tyłek. Odwrócił się i uderzył ją w twarz, upadła na muszlę skrwawiona, wstała jeszcze bardziej wkurzona, jakby podmuch uderzył w Araba, to już był koniec draba. Atakowany wściekle przez kobiety, w pełnej rozpaczy obronie, szarpnął się, przedarł, uciekł z toalety, próbował zmylić pogonie. Pościg za drabem pierwsza prowadziła (larum, panika na sali), ta, co nożyczki do tyłka mu wbiła, zwątpił, czy coś go ocali. Uderzony torebką w głowę, potknął się na progu przy wyjściu z hotelu i tutaj go przyblokowali portierzy. Reszta to już była sprawa wezwanej milicji.

Leszek skakał po tym wszystkim, jak nie przymierzając pijany zając po miedzy. Chciał iść, szukać, atakować. Co? Gdzie? Kogo? - Uspokój się - powiedziałam w końcu. - Przecież ja mam dopiero piętnaście lat. Chcesz, żeby ciebie zamknęli, a mnie wyrzucili ze szkoły? Pomogło, kiedy przyjechała milicja, już nas w hotelu nie było. Można powiedzieć, że właśnie wtedy uciekałam po raz pierwszy w życiu, że sytuacja mnie przerosła. Wróciliśmy do mieszkania około czwartej nad ranem. Popatrzyłam w lustrze na swoją nie tak dawno śliczną sukienkę, porozrywaną teraz i poplamioną, wymiętą, szkoda gadać... szmata w szmacie. Nalałam sobie szklankę koniaku, wypiłam duszkiem i po chwili odleciałam. Obudziłam się skacowana późnym popołudniem, Leszek wyglądał przez okno. Ogolony był, odświeżony, pogwizdywał. - No, teraz już jesteś moja - powiedział, kiedy zobaczył, że się obudziłam, uśmiechał się zadowolony. Nic nie odpowiedziałam, włożyłam szybko rękę pod kołdrę i... No tak... - Zgnijesz w kryminale jak zajdę w ciążę - powiedziałam spokojnie. - Nie zajdziesz, a jak zajdziesz, to usuniemy. - Nie usuniemy. - Nie? A to czemu? Czyżbyś jednak chciała mieć ze mną dziecko? - Nie chcę, ale jakby co, to nie usunę. - Nie? A można wiedzieć dlaczego? - Bo nie jestem kurwą. - Nie jesteś? - Nie! Nie ta kurwa, co się kurwi, tylko ta, co zabija nienarodzone dzieci. Jak będzie trzeba to urodzę, a tak w ogóle, to jesteś kawał gnoja. - No, to zrobisz, jak zechcesz, kochana moja. - Twoja? kochana? Niczyja jestem! Rozumiesz? Niczyja!

W nocy przyśniła mi się mama, wiedziałam, że to ona. Na ramiona spływały jej sploty złotych włosów, z pięknej wyrazistej twarzy patrzyły na mnie duże, czarne oczy. Jakbym samą siebie widziała. Mama stała w narzuconej na ramiona czerwonej, moherowej chuście, w ręce trzymała wyciągnięty w moją stronę, złoty różaniec. - Będę miała dziecko, mamusiu! - zawołałam z płaczem. Pokręciła przecząco głową, że nie, że nie będę miała, stała, nie dotykając ziemi, mgły się pod nią mgliły ulotnie, niebieściły prześwitami. - Pan Bóg czuwa nad Berenikami - powiedziała łagodnie i dodała. - Dwie części różańca już zostały odmówione, kończymy odmawiać trzecią. Powiesz, amen, kiedy skończymy? - podawała mi ciągle różaniec. Wyciągnęłam po niego rękę, ale mama pokręciła przecząco głową: - Najpierw musisz powiedzieć, amen. - Powiem, mamusiu, powiem! - zawołałam. I wtedy nagle zaczęły bić dzwony, i mama zaczęła się oddalać, coraz bardziej oddalać i w końcu znikła. I tylko te dzwony ciągle biły i biły, jakby pytały: - Powiesz, amen, Berenike? Powiesz, amen? Powiesz...? Obudziłam się cała zapłakana.

Wytrzymałam z Leszkiem do końca wakacji, oczywiście o seksie nie było mowy. Po powrocie poszłam prywatnie do ginekologa. Ubrał gumowe rękawiczki, badał, to było dla mnie coś przyjemnie nowego. Po badaniu powiedział, że wszystko w porządku, na koniec pobrał do badania jakieś próbki, wymazy. - Przyjdź jeszcze po wyniki - powiedział, kiedy wychodziłam. Podobnie jak Leszek mógł mieć jakieś czterdzieści kilka lat. Szpakowaty na skroniach, patrzył na mnie niebiesko przez złote okulary, jego biały fartuch pachniał czystością. Na szyi miał zawieszone słuchawki, jakby miał zamiar słuchać muzyki. - Przyjdź za kilka tygodni po wyniki - powtórzył, kiedy zamykałam za sobą drzwi. Nie odpowiedziałam, żeby nie wiedział, czy przyjdę czy nie, też nie wiedziałam. Uśmiechnęłam się więc tylko do niego uwodzicielsko, zaczarowałam tak na wszelki wypadek, żeby mnie zapamiętał. Po tej wizycie definitywnie zerwałam z Leszkiem, już dawno mi się znudził, chciałam tylko być pewna, że nie jestem w ciąży. Nie wiem, czy się we mnie zakochał, czy nie, w każdym razie nalegał na spotkania, odmawiałam stanowczo. Opowiedziałam mu w końcu o pobitym nauczycielu, postraszyłam kumplami, a na koniec dałam do wyboru: - Masz przed sobą, mój drogi, trzy drogi. - Jakie? - zapytał z nadzieją. - Jedna do więzienia, druga do szpitala, a trzecia... zawiesiłam głos. - A trzecia? - patrzył na mnie z nadzieją. - Zjeżdżaj, gdzie pieprz rośnie! - powiedziałam radośnie. - Zjeżdżaj, znikaj, nie tykaj! Im szybciej znikniesz, tym szybciej zapomnisz. - Ciebie się nie zapomina - westchnął. - No to sobie pamiętaj. - Przecież tyle ci nakupowałem... - O! Ty sknero jedna! - przerwałam. - To ty myślałeś, że mnie kupujesz? Nie wiesz, że mnie nie można kupić, bo jestem Niczyja? - No, wiem, tylko... - Tylko co? - Nooo... - Przestań stękać! Dawaj za ten gwałt pięć tysięcy i znikaj! Dał w końcu te pieniądze, ale dalej mnie nachodził. Raz nawet przyszedł pod internat z kwiatami, że niby mam imieniny. Całkiem sfiksował, nie wychodziłam przez niego. - O, ty draniu! - pomyślałam w końcu. - Myślisz, że będę przez ciebie więźniarką w swoim własnym domu? Niedoczekanie twoje! Namówiłam kolegów z internatu, żeby za nim gwizdali z okien. Gwizdali, gwizdali i w końcu go wygwizdali z miasta. Zanim wyjechał, napisał do mnie w liście, że wydał na mnie dwadzieścia jeden tysięcy pięćset czterdzieści złotych. Jak to sobie, kutwa, dokładnie wszystko wyliczył. Nie wiem po co mi o tym napisał, zresztą myślę, że wydał za mało. Zapamiętałam Leszka, bo był pierwszym strzelcem, który mi strzelił gola. Strzelił wprawdzie do pustej bramki, spałam pijana, ale strzelił... Strzelił mi gola o porannej porze, słońce czerwono wschodziło, chłopiec był strzelcem nad bułgarskim morzem, dziewczyny przy tym nie było.

Rozdział ósmy

Kończył się wrzesień, chodziłam do drugiej klasy liceum, właściwie to poszło wtedy o modelkę, chociaż z tego nauczyciela też był niezły model. Konkretnie chodziło o to, że zaczęliśmy rzeźbić z natury, pozowały nam nago młode dziewczyny z miasta, którym za pozowanie płaciła szkoła. Dziewczyny były pełnoletnie, spisywano z nimi oficjalne umowy i dalej by spisywano, gdyby nasz nauczyciel nie wymyślił, żebyśmy pozowały sobie same. Nie pytając żadnej o zgodę, zaczął wyznaczać do pozowania taką czy inną uczennicę. Wyznaczona rozbierała się do naga, siadała na podwyższeniu i przez resztę klasy była rzeźbiona. Mnie wyznaczył do pozowania za trzecim razem. - Będziesz pięknym modelem - powiedział na samym początku. - Ja już nim dawno jestem, panie profesorze. Nie zrozumiał, co miałam na myśli, ja natomiast już go dawno przejrzałam. Przypuszczalnie chciał mnie wyznaczyć do pozowania za pierwszym razem, ale dla niepoznaki wyznaczył dopiero za trzecim. Upozowywał mnie ciągle od nowa, a to włosy, a to ręce inaczej układał, ciągle coś mu nie pasowało. Najpierw więc siedziałam na okrytym czerwoną materią podwyższeniu. Siedziałam we włosów złotej koronie, ręce miałam złożone na łonie, ale po chwili doszedł do wniosku, że powinnam je trzymać na piersiach. No cóż, kiedy je trzymałam na dole, u dołu nie miał śmiałości dotykać, za to u góry dotykał coraz śmielej. Trącał mnie w piersi niby to przypadkowo, drżały mu ręce, to jedną pierś odsłaniał, to drugiej więcej, w końcu wszyscy pogłupieli, w jaki sposób rzeźbić mieli. Wszyscy, ale nie ja! Wstałam i powiedziałam, że idę do higienistki, bo mi niedobrze. I poszłam tak jak pozowałam, udrapowana dla przyzwoitości w czerwoną materię. Poszłam, jako namacalny dowód rzeczowy, corpus delicti, i to był właściwie koniec rzeźbiarza. Rzeźbił, rzeźbił, aż wyrzeźbił. Jeszcze przed rozprawą został zwolniony z liceum, a na rozprawie sądowej dostał rok w zawieszeniu na dwa lata, ot i cała jego zapłata.

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia i w góry zjeżdżało coraz więcej turystów, turystek. No właśnie, turystek, niektóre były piękne i zgrabne, a niektóre tylko zgrabne, takie co to z tyłu liceum, a z przodu muzeum. W krótkich, plisowanych spódniczkach ze skrzyżowanymi na plecach szeleczkami ciągle chodziły w koktajlbarach do toalety. Podrzucały przy tym kuperkami jak kaczki dziwaczki. Po twarzach spływało im rozmazane graffiti makijaży, kremy, pudry, szminki... brzydkie muminki. Czas chciały cofnąć nieszczęśliwe, zatrzymać chciały niemożliwe. Osiadłe na mieliznach złudzeń, wczorajsze kobiety dzisiejszego dnia. Ej, turyści, turyści, jak na planie statyści, patrzyli po sobie taksującym wzrokiem i szpanowali noszonymi na pokaz nartami. Do południa szpanowali, po południu leżeli z nogami w gipsie. Nie dla mnie były takie bajery, interesowały mnie ogiery i właśnie trzech takich wybrałam sobie pewnej przedświątecznej niedzieli. Niedźwiedzia, fircyka i zbója, chociaż ten fircyk... ale po kolei. Pogodnego, niedzielnego przedpołudnia wyszłam z internatu na spacer z kolegą, kiedy wszedł do sklepu po papierosy, zahaczyłam wzrokiem pozującego do fotografii białego niedźwiedzia. Cichodajki tak potrafią bez przyczyny, biały miś, biały miś dla dziewczyny. Poszłam powoli na tyły chaty, za mną przyszedł miś włochaty, przyparł mnie do ściany miś kochany, wytarł później futrem rękawa. - Ale zabawa - mruknął na odchodnym, jak uczą, misie nie mówią, tylko mruczą. Zapinając guziki, powoli dochodziłam do siebie i tak właśnie zawarłam wstępną znajomość z fircykiem. W sięgającym do kostek czarnym płaszczu z satyny przechodził biegnącą nade mną poziomo po zboczu góry ścieżką i aż się potknął, kiedy mnie omdlałą zobaczył. Udając, że go nie widzę, wróciłam do kolegi na deptak, rozglądał się za mną ogłupiały. - Gdzie byłaś? - zapytał. - W toalecie - machnęłam ręką w stronę restauracji, której nie było. Widziałam, jak kolega zaczyna się powoli zamieniać w słup soli, ale nie dodałam nic więcej, w takich sytuacjach przeważnie milczałam. Zatajenie prawdy to najtrudniejsze do udowodnienia kłamstwo. Milczące kłamstwo, milczące kłamstwo, milczące kłamstwo... Pozujący do zdjęcia niedźwiedź pomachał mi przyjaźnie ręką, odmachałam, a kolega patrzył na nas zbaraniały. Nie potrafił poskładać swoim zdrowym umysłem mojej chorej układanki. - Barany mają futro podobne do białych niedźwiedzi, ale są od nich dużo mniejsze - powiedziałam całkiem logicznie, a kolega zbaraniał do reszty.

Położyłam się po obiedzie odpocząć, ale nie mogłam zasnąć, koleżanki pokazywały sobie zdjęcia chłopców, czytały jakieś tam bzdurne dedykacje. Słuchałam przez chwilę ich paplaniny, a potem wstałam i podeszłam do okna. Przez wychuchany w zaszronionej szybie prześwit patrzyłam na zasypany śniegiem świat. Być może tak patrzyła kiedyś za Kajem Gerda... za mną patrzył teraz fircyk. Stał na chodniku po drugiej stronie ulicy i przytupując z zimna nogami, spoglądał z zadartą głową w okna internatu, przywlokło go tutaj widać za mną. Narzuciłam na ramiona zrudziałą, sukienną opończę i naciągnęłam na włosy kaptur. Wyszłam i poszłam, i weszłam w pobliski las, i czekałam oparta o drzewo. Pospieszał w moją stronę, białe śnieżki wirowały strącone, prószył z gałęzi śnieżny puch, z fircykiem będzie dziś dwóch. - Widziałem cię rano z niedźwiedziem - zaczął i nie dokończył. Niepotrzebnie spojrzał w moje wielkie na pół twarzy, czarne oczy i zauroczony, przestał prawidłowo kojarzyć. Rąbkiem białego szalika się bawił, złoty sygnet na palcu wystawił. Och, jak ja nie lubiłam takiego szpanu. - Nie ten palec mnie interesuje - powiedziałam, patrzyłam gdzieś obok niego. - Jestem aktorem filmowym - powiedział w końcu nie wiadomo do czego. - I co z tego? - mruknęłam niezbyt przychylnie. - Nie jestem aktorką na planie i olewam udawanie. Zaczął się w końcu do mnie dobierać niemrawo, do dupy z taką zabawą, nie pomagałam, powiedziałam po chwili zniechęcona, żeby przestał i żeby sobie poszedł. Jego zachowanie było dla mnie dosyć krępujące. Blado zachodziło zimowe słońce, mroczniał zmierzchem las zaśnieżony, iskrzyły jeszcze drzew korony, robiło się coraz bardziej ponuro, krzyk orła niósł się górą. Hen daleko, gdzieś wysoko nad szczytami, hardy ptak szybował w locie zakosami, widziałam w chmurach orła cień, mijał kolejny dzień.

Nie lubię spraw niedokończonych, pożądań, pragnień niespełnionych. Staję się wtedy nieswoja, spięta, i znarowiona, i zrywam pęta. I dźwięczy we mnie szaleństwa struna, i bije piorun do pioruna. I pada śnieg, i niebo się chmurzy... W poszukiwaniu burzy, wymknęłam się wieczorem do miasta, no, bo ten fircyk, niebożę, szkoda z nim było stać na dworze, w ogóle szkoda gadać, nim zaczął, zaczął wysiadać. Mogłam z byle kim, byle gdzie, byle kiedy, ale nie byle jak. Ciekawe, jak się bzyka na wznak, robiąc orła na śniegu. Świecą lampy na deptaku w szeregu. Szarość szarością szaro szarzyła, dzień jeszcze jaśnił, noc już mroczyła, a śnieg cicho padał i padał, jakby się skradał. Ludzie mówili, że będą ładne święta i że organista na pewno zagra na pasterce Cichą noc na dobranoc. Wschodzący nad szczytem góry ogromny, złoty księżyc hipnotyzował namiętnym, urocznym światłem. Wejście do nocnego klubu było prosto z deptaka, gorączkowo podnieceni ludzie kręcili się przy tancbudzie, krążyli tam i z powrotem, szukali na potem, a ja szukałam od razu, po drugim, trzeciego razu. Podpiera cichodajka latarnię, kto podejdzie, kto przygarnie? Podszedł zbój, kawał chłopa, spojrzał groźnie z wysoka, koszula mu się szeroko rozchyla, pierś zarośnięta jak u goryla, latarnia oświetla mu drogę, omdlewam, już dłużej nie mogę, jakby uderzenie gromu, stchórzyłam, wracam do domu. Trącił mnie mocno łokciem w plecy i zaczął schodzić nad potok, a widząc, że za nim nie idę, zawrócił, złapał za rękę i pociągnął za sobą. Nie wiem, co potem było, uderzona narkotyczną dawką hormonów straciłam świadomość. Oprzytomniałam w jego objęciach nad potokiem, już mnie chyba wcześniej... Widząc, że na niego patrzę przytomnie, zaczął to robić po raz drugi i po raz drugi odleciałam. Ponownie odzyskałam przytomność otrzeźwiona jego biciem po twarzy. Zaczęłam krzyczeć i uderzył, zasłonił mi usta ręką, krew z rozciętej wargi rozkwitała czerwono na śniegu... Po ten kwiat, po ten kwiat czerwony, skoro przyszedł na to czas. Rozmyły się moje granice, wstrząsały mną spazmy, dreszcze, lampy na deptaku świeciły, jeden szereg, drugi, trzeci, czwarty jeszcze? Cholera wie czym to się je! Radość obsceniczna, wściekła, nirwana w siódmym kręgu piekła. Pod lasem stoi babci chata, a obok potok płynie, coś się zwiduje, coś się zwiduje dziewczynie. Przekroczyła granice istnienia i ulega rozproszeniu w niebycie. Niewysoko nade mną świecił Warkocz Bereniki i wyciągnęłam po niego rękę, i po raz trzeci straciłam świadomość. Są granice ludzkich możliwości.

Ocknęłam się porzucona na śniegu. Leżałam rozebrana na sukiennej pelerynie, telepało mną na wszystkie strony. Zimno, wargi zsiniałe, rozbite... Szkoda mówić. Zbója już dawno nie było, poszedł sobie, wiadomo, zbóje lubią dyskrecję. Jak cicho, już późno i nie ma nikogo. I tylko potok szumi po kamieniach, i szumi. Na wyludnionym o tej porze deptaku latarnie świecą Panu Bogu w okno. Wysoko na niebie świeci warkocz Bereniki, nieosiągalny. I tylko potok szumi po kamieniach, i szumi. Jak cicho, już późno i nie ma nikogo. Przy ubieraniu nie znalazłam jednej pończochy, schowałam pod kaptur przemoczone włosy i zawlokłam się powoli do internatu. Prześlizgnęłam się przez kotłownię, palacz spał w kącie na kufajkach, lotem ćmy przemknęłam po uśpionych korytarzach. Wleciałam do pokoju, ale koleżanki nie spały. Jedna za drugą podnosiły głowy, pytały: - Co ci się stało, Berenike? Napadli cię? Zgwałcili? - Sama siebie przeleciałam - powiedziałam. Nie pytały więcej, zasypiały jedna po drugiej. Zabrałam spod poduszki piżamę i poszłam do łazienki, długo stałam pod gorącym prysznicem. - Przeleć mnie w tej koniczynie, przeleć mnie w tej koniczynie jeszcze raz - prześladowały mnie hulaszcze słowa rajdowej piosenki. Inni ją tylko śpiewali, a ja... No, tak... Uśmiechnęłam się gorzko, bo od pasa w dół byłam schizofreniczką. Zwinięta w kłębek skuliłam się później w łóżku pod kołdrą, jakbym się na powrót chciała stać embrionem i narodzić na nowo. Na drugi dzień nie poszłam na zajęcia, koleżanki przynosiły mi ze stołówki posiłki.

Rozdział dziewiąty

Mijały dni, miesiące, a ja ciągle nie mogłam odzyskać równowagi. Odetchnęłam z ulgą, kiedy dostałam okres, ale ciągle żyłam na granicy dwóch światów, niczyja, niecała. Budziłam się w nocy ogarnięta paniką, serce mi kołatało, wyczuwałam czające się w pobliżu zło i żegnałam się trwożnie, przerażona. Zdawało mi się pewnej nocy, a może i nie? Że wstaję i próbuję zaświecić światło, ale nie mogę dosięgnąć ręką do kontaktu, jakbym była sparaliżowana. Sen to był, czy jawa? Wychodziłam z ciała? Do dzisiaj nie wiem, co to było. Widziałam przed oczami jakieś migoty, błyski, jasna, poszarpana smuga rwała się i strzępiła w ciemnościach, jakby pękał łączący duszę z ciałem srebrny sznur. Ciekawe, jaki łączy duszę z Bogiem? Złoty? Nie umarłam, nie ogarnęło mnie też szaleństwo, ale przez kilka tygodni czułam na plecach jego oddech. Opętanie i obłęd czaiły się na odległość kilku, może już tylko jednego orgazmu, mówi się, że jak Pan Bóg chce kogoś pokarać, to mu odbiera rozum. Koleżanki chyba wyczuwały czające się w moim pobliżu szaleństwo, bo odsuwały się wystraszone, kiedy wchodziłam do pokoju. Milkły, schodziły mi z drogi i omijały wzrokiem. Jedynie Bożena obserwowała mnie uważnie. Umiała patrzyć i dostrzegała o wiele więcej niż inni, przypominała mi w tym Dorotę. - Jedź do mnie, Berenike, na Boże Narodzenie - zaproponowała. - Jedź, jeszcze nie byłaś w takim dużym mieście - zachęcała, widząc, że słucham. - W moim mieście sto kościołów, a jeden starszy i piękniejszy od drugiego, w wielu ruchome, bożonarodzeniowe szopki, śliczne. Jedź ze mną, Berenike, na ferie - zachęcała Bożena.

Pojechałam. Miła, spokojna rodzina z wielowiekową, chlubną tradycją, która pozwalała przetrwać niejedno. Krzyże na ścianach, a w sercach Bóg, Honor i Ojczyzna. I Matka Polka stojąca na straży domowego ogniska, i rycerze z nad kresowych stanic w rodzinnych opowieściach. Rodzina mieszkała we własnej zabytkowej kamienicy przy głównym rynku miasta. - Wiesz, Bożena - powiedziałam do koleżanki. - Ja już w tym mieście kiedyś byłam z ciocią Jakubową. Byłam w klasztorze u jej córki, Doroty, Dorota powiedziała wtedy, że się jeszcze spotkamy. Pomożesz mi odszukać ten klasztor? - Jasne, tylko opowiedz mi o nim trochę więcej. Opowiedziałam, ile pamiętałam, czyli tylko tyle, że stoi za miastem na zboczu góry. Szukałyśmy go dosyć długo, w końcu znalazły. Klasztor, ale nie Dorotę, Doroty już w nim nie było. - Miała się ze mną spotkać w połowie wysokiej góry - powiedziałam prawie z płaczem. - Jak masz na imię? - zapytała rozmawiająca z nami zakonnica, patrzyła na mnie uważnie. Od samego początku patrzyła prawie tylko na mnie, teraz pytała o imię. - Berenike - powiedziałam, bo niby czemu miałam nie powiedzieć? - I przyszłaś się widzieć ze swoją przybraną siostrą, Dorotą, tak? - skąd ta siwa, drobna zakonnica wiedziała, że Dorota jest moją przybraną siostrą? Przecież jej tego nie powiedziałam. Kiwnęłam głową, że tak, a zakonnica powiedziała wtedy, że Dorota to teraz siostra Łucja i że mieszka gdzie indziej. - Gdzie indziej? - powtórzyłam zawiedziona. - Mówiła, że się spotkamy w połowie wysokiej góry. - Jest w Italii - powiedziała zakonnica. I widząc, że za chwilę zacznę płakać, dodała, jakby już tego mówić nie powinna: - Może chodzi o inną, wyższą górę? Zatęskniłam nagle za Dorotą. Zatęskniłam tak bardzo, że więcej nie można, bo więcej już nie ma. I nie wiem dlaczego zaczęłam płakać. - Nie wiem, dlaczego płaczę - powiedziałam do zakonnicy zdziwiona. - Jeszcze przed chwilą nie płakałam. Patrzyła na mnie, jakby wiedziała czemu i powiedziała z wahaniem, jakby się zastanawiała, ile może powiedzieć: - Przypuszczam, że spotkanie z Dorotą jest alternatywną częścią twojego przeznaczenia, za którym podświadomie tęsknisz. - Alternatywną? - Tak, wędrując przez życie, człowiek co pewien czas staje na rozdrożu i wybiera jedną z dróg, na każdej czeka go inne przeznaczenie. Myślę, że podświadomie pragniesz wybrać tę drogę, na której czeka na ciebie Dorota. Nie wiedziałam, co powiedzieć. - Nie mów nic - zakonnica, jakby czytała w moich myślach. - Nic mów teraz nic, a kiedy staniesz na rozdrożu, wtedy wybierz właściwie. Módl się do Boga o rozeznanie, módl się o poznanie Jego woli. I módl się o siłę do jej wypełnienia, będzie ci potrzebna - szepnęła w zamyśleniu, jakby sama do siebie. - Kiedyś potrafiłam się modlić... - Słyszałam, podobno jako dziecko modliłaś się bardzo ładnie, klękałaś, składałaś rączki. Życzę ci, żebyś dojrzała do dzieciństwa - zakonnica patrzyła na mnie ciepło. - Jestem siostrą przełożoną tego klasztoru i zapraszam was obie na obiad - dodała po chwili. - Siostra Łucja mówiła, żeby ciebie zaprosić, kiedy przyjdziesz. - Żeby mnie zaprosić na obiad? - Tak powiedziała. Powiedziała, że przyjdziesz smutna i zmęczona, być może głodna.

Siedziałyśmy z Bożeną i siostrą przełożoną w refektarzu, były też inne zakonnice. Słońce świeciło w wysokie, gotyckie okna. U góry wieńczyły je kute w kamieniu, misterne rozety, maswerki. Pod nimi ożywały na witrażach postacie świętych. Na pokrytym freskami, ostrołukowym sklepieniu trzepotały skrzydłami jasne anioły. Trzepotały? No tak, po obiedzie człowiek robi się senny. - Obudź się, Berenike - Bożena trąciła mnie lekko łokciem. - Przebudź - dopowiedziała siostra przełożona. Tak to jakoś dziwnie powiedziała. - Czy siostra coś o mnie wie? – zapytałam impulsywnie, sama nie wiem, czemu tak zapytałam. - Siostra Łucja pisała do mnie z Italii - powiedziała wymijająco przeorysza, a potem odprowadziła mnie i Bożenę do klasztornej furty. - Siostra Łucja dalej czeka na ciebie w połowie wysokiej góry - powiedziała na pożegnanie i zamknęła klasztorną furtę. Została po drugiej stronie, odgrodzona od moich pytań. Dwa dni później byłam z Bożeną na Pasterce w zamkowej katedrze, była z nami jej młodsza siostra i rodzice. Kiedy o północy zapłakało w żłóbku nowo narodzone Dziecię, ożyło na zamkowej wieży serce królewskiego dzwonu, a za nim rozdzwoniły się w kraju nad Wisłą i we wszystkich innych krajach, wszystkie inne serca, wszystkich innych dzwonów świata. Zwiastowały Dobrą Nowinę aż po najdalsze krańce ziemi.

Wróciłam do internatu wyciszona, nienazwane tęsknoty sprawiły, że zaczęłam rzeźbić więcej niż zwykle, koleżanki otaczały mnie dyskretną opieką. Szukając nowych środków wyrazu, sięgnęłam po stalowe rylce i zaczęłam rzeźbić w miedzi, przypominała swoim kolorytem ciemnoczerwone złoto. Rzeźbiąc twarze, myślałam czasem o złotym różańcu mojej mamy. Pogrążona w pracy przestałam myśleć o seksie i tylko czasem, kiedy sobie przypominałam wieczorne szaleństwo nad potokiem, ogarniało mnie przerażenie i obrzydzenie do samej siebie. Co to wtedy było? Całkowicie utraciłam nad sobą kontrolę i popadłam w totalne zaćmienie zmysłów. Przeczuwałam, że w przyszłości może być jeszcze gorzej, bo każdy nałóg potrzebuje coraz silniejszych dawek, aż do zatracenia! - Jakby piorun we mnie wtedy uderzył - myślałam przerażona. - Skąd we mnie te nieokiełznane żywioły? Powracały czasem te myśli okropne o tym, co było i o tym, co być może, i wiedziałam, że powinnam przestać i nie wiedziałam, czy przestanę.

Przyszła wiosna, w maju poszłam do ginekologa niby po te wyniki, ale moja wizyta miała też inny cel. Zbliżały się wakacje i szukałam sponsora. Miał prywatny gabinet w stylowej, drewnianej willi przy deptaku, wchodziło się z chodnika po kilku drewnianych schodkach z rzeźbionymi poręczami. - Poręcze są po to, żeby ciężarne pacjentki miały się czego przytrzymać, a rzeźbione są po to, żeby im się ręce nie ślizgały - pomyślałam całkiem logicznie, tylko nie wiadomo po co. Myślę, że byłam trochę zdenerwowana i starałam się myśleć o niczym. W poczekalni było kilka pacjentek, ale nie zamierzałam czekać. - Przyszłaś - powiedział zdawkowo ginekolog, kiedy stanął w drzwiach gabinetu, żeby poprosić następną pacjentkę. Wcześniej wyszła młoda kobieta, oddaliła się szybko, nie patrząc na nikogo. - Musisz poczekać, Berenike - zapamiętał moje imię. - Nie, nie - pokręciłam przekornie głową. - Co nie? - Nie muszę i nie poczekam. Popatrzył i zrozumiał, że nie poczekam. - Wejdź - powiedział i weszłam, a pan doktor zamknął za nami drzwi. - Mam dla ciebie dwie wiadomości, dobrą i złą, którą chcesz najpierw usłyszeć - zapytał. - Złą. - No, więc pamiętasz, jak ci pobrałem próbki... zawiesił głos. - Pamiętam. - No, więc jesteś bezpłodna i nie będziesz mogła mieć dzieci. - To jest dla mnie akurat dobra wiadomość, dawno już tak sobie postanowiłam. A jaka jest ta, twoim zdaniem, dobra? - Nie mogę przestać o tobie myśleć. - Ta jest akurat zła. - Zła? - Tak, dla ciebie! Będziesz za mną tęsknił, będziesz do mnie wydzwaniał... - Żebyś się nie doczekała - mruknął. Nic nie odpowiedziałam, żeby go nie wypłoszyć, powiedziałam grzecznie, do widzenia i poszłam.

Rozdział dziesiąty

Minęła kolejna wiosna i drugi rok nauki, skończyłam szesnaście lat, trwały wakacje. Zanim się zaczęły, poszłam znowu do ginekologa. - Zygmunt mam na imię - przedstawił mi się tym razem. - Nie siadasz? - zaprosił na fotel. - Nie po to przyszłam. - A po co? - Chcesz ze mną, Zygmunt, jechać na wakacje? - Siadaj na fotelu, porozmawiamy. Popatrzyłam na niego pobłażliwie. - Mówiłam, że nie po to przyszłam - powiedziałam, a on na to, że musi się zastanowić, że to tak nagle i że w ogóle. - Daj znać, jak się zastanowisz - rzuciłam, jakby od niechcenia, zmierzając do drzwi i dodałam już z ręką na klamce: - Tylko z konkretną, zagraniczną propozycją mnie szukaj. Przez wakacje będę mieszkała w internacie, trzecie okno od lewej strony na drugim piętrze. Na odpowiedź będę czekała do połowy lipca, potem nie będę. - Do połowy lipca? - chciał przedłużyć rozmowę. - A co będziesz robiła później? Nie odpowiedziałam, nie bawiłam się z nim w żadne ceregiele, bo już za pierwszym razem zauważyłam, że tak właśnie lubił. Myślę, że miał w sobie coś z masochisty, być może lubił w łóżku sadystki, taka zamiana władzy po pracy. Załatwiłam sobie na lipiec dorywczą pracę w pensjonacie jako pokojówka, dwadzieścia pięć złotych dniówka i całodzienne wyżywienie. Całkiem nieźle jak na owe czasy dla uczennicy. Pomagałam w kuchni i sprzątałam pokoje, a mieszkałam nadal w internacie, tak to sobie fajnie ułożyłam. Pracowałam i czekałam na odpowiedź Zygmunta.

Wyczekał do samego końca, odezwał się dokładnie piętnastego lipca. Przyszedł wieczorem pod internat i rzucał kamykami w okno. Wyszłam i powiedziałam, żeby więcej nie rzucał, a potem pozwoliłam się zaprosić na lody. Zamówiłam sobie w koktajl barze duży puchar lodów z bitą śmietaną, z biszkoptami i wiśniami. On też sobie jakieś zamówił, ale nie pamiętam jakie. Ja wybrałam sobie trzy kolory: zielony, niebieski i czekoladowy. Najbardziej mi smakował zielony, pistacjowy, potem niebieski, a najmniej czekoladowy, najzwyklejszy w świecie smak czekolady. Kiedy lizałam czekoladę, Zygmunt zapytał, czy lubię lizać lody? Tak na niego spojrzałam, że od razu przeszedł do konkretów. - No więc, Berenike, możemy jechać - powiedział. - Tyle to ja wiem, skoro przyszedłeś. Powiedz, gdzie proponujesz i na ile? - Może być Turcja na dwa tygodnie? - Na dwa tygodnie? - powtórzyłam. - Na czternaście dni? - Na czternaście. - To znaczy dziesięć dni nad morzem koło Stambułu i cztery na drogę w obie strony. No, powiedzmy, że maksimum piętnaście dni. Tak sobie myślałam, że Turcja, chciałam jechać do Stambułu po ciuchy, ale na razie nic nie mówiłam, czekałam, że może jeszcze coś powie. - Nie mogę jechać na dłużej, bo właśnie w tym okresie wysyłam żonę z dziećmi na dwa tygodnie nad morze. A poza tym pacjentki, jestem już z nimi umówiony po urlopie. Kiwnęłam głową, że dobrze. - Może być, Zygmunt, Turcja. A o twojej żonie i o twoich dzieciach nie chcę więcej słyszeć. To twoja żona, twoje dzieci i twój problem. - Masz paszport? - zmienił temat. - Mam, byłam rok temu w Bułgarii. - Turcja ładniejsza. - Zobaczymy. Przypomniał mi się arabski Don Juan z toalety i zamilkłam. - Kiedy mi przyniesiesz paszport? - zapytał. Wyciągnęłam paszport z przewieszonej przez ramię, czarnej, aksamitnej, wyszywanej koralikami torby i podałam mu przez stolik. Wyjął z aktówki wniosek o turecką wizę i wypełniłam na poczekaniu. Wziął go i trzymał w ręce, i tak na mnie jakoś patrzył, jakby jeszcze na coś czekał. - Dobrej nocy, Zygmunt - powiedziałam. - Jutro muszę wcześnie wstać do pracy. - Nie pytasz czym pojedziemy? - No, chyba twoim starym moskwiczem? Patrzył na mnie zdziwiony, że wiem, że ma moskwicza. Chyba mu jednak czegoś brakowało, skoro myślał, że nie wiem. Jak mogłam nie wiedzieć, skoro brałam go pod uwagę jako potencjalnego sponsora? - Żona z dziećmi pojedzie nad inne morze pociągiem, kuszetką. Nie wiadomo, po co mi to powiedział, prosiłam, żeby mi o niej nie mówił. Zmilczałam i wstałam, odchodząc, rzuciłam mu na pocieszenie kilka cieplejszych słów. - Daj znać, jak załatwisz wizy, tylko mi więcej nie rzucaj kamykami w okno, smarkaczu. Szłam do wyjścia, a za mną ciągnęły się, jak guma do żucia, pożądliwe spojrzenia mężczyzn. Siedzące z nimi kobiety udawały, że tego nie widzą, jeżeli zaś chodzi o mnie, to mnie to wszystko latało, domyślacie się gdzie. Zygmunt został przy stoliku, zapłacić rachunek, na dnie mojego pucharu zostały resztki roztopionych lodów, też mi to latało.

Wyjechaliśmy na wczasy pewnego rześkiego poranka w piątek. Ptaki spijały z liści pierwsze krople rosy, świergotały radośnie, nad ziemią wschodziło ogromne, czerwone słońce, no po prostu było ślicznie. Radość o poranku, radość o poranku, radość o poranku... Trasa wiodła przez Słowację, Węgry, Rumunię i Bułgarię, pierwszy postój zrobiliśmy na campingu na Węgrzech. Słońce miało jeszcze do ziemi kilka pięter, schodziło niespiesznie po schodach czasu, termalne kąpielisko było otwarte i poszliśmy się wykąpać. Niebiesko lśniąca woda w basenie była ciepła jak w wannie, podczas kąpieli dopracowaliśmy pewne dosyć istotne szczegóły, co do dalszej podróży. Przede wszystkim uzgodniliśmy limit wspólnych nocy, pięć, początek i koniec każdej miały wyznaczać zachody i wschody słońca. Boczył się trochę, kiedy mu to wszystko wyklarowałam, siedział jak nadąsane dziecko i chlapał ręką w wodę. - Pac, pac, pac... tak sobie chlapał. - Przecież jedziemy, Zygmunt, na wczasy - powiedziałam w końcu wkurzona. - Czy tobie się aby coś nie pomyliło? - No tak, ale tylko pięć nocy i tylko od zachodu do wschodu słońca. Nie wiem, Berenike, czy wiesz, ile w Turcji trwa w lipcu noc? - Mam nadzieję, że nie więcej niż godzinę. - Nooo, godzinę - przeciągnął. - A za dnia, Berenike? - Co za dnia? - No, za dnia bym może... urwał. - Za dnia, to ty raczej nie, prędzej inni. Spochmurniał, kiedy usłyszał o innych i od razu wyczułam, że tego punktu nie ma co wstawiać do umowy. - Ciągle tylko, Zygmunt, myślisz o jednym. Ciekawa jestem, czy faktycznie dasz radę tyle razy. Nie odpowiedział, tylko nadąsany chlapał dalej. - Pac! Pac! - tak sobie chlapał. - Pac!!! - chlapnął silniej. - No, więc dobrze - powiedziałam w końcu ugodowo. - Ty nie, ale może ja cię kiedyś za dnia... Wypogodniał. - W gabinecie - dokończyłam. Spochmurniał. - Aleś ty, Zygmunt, uparty. - Konsekwentny. - No dobrze, jak będziesz grzeczny, to cię może w samochodzie. - A potem w gabinecie? - Zobaczymy. Przyjemnie było tak siedzieć w gorącej wodzie. Co jakiś czas pompa tłoczyła z dna basenu powietrze i bąbelki powietrza wędrowały do góry, i łaskotały po gołym ciele. Łóżko w dwuosobowym domku było piętrowe, ja spałam na górze, a Zygmunt na dole, coś jak Paweł i Gaweł. Kiedy Zygmunt wylazł do mnie na górę i zaczął harcować, wykorzystałam moment, kiedy stracił równowagę i zwaliłam go z łóżka. Coś tam mówił z podłogi o nocy poślubnej, ale mu powiedziałam, że noc poślubną to on miał wtedy, kiedy mnie jeszcze nie było na świecie. Pościel pachniała świeżością, zwinęłam się ciasno w kłębek i wsunąwszy ręce między nogi, przytuliłam się sama do siebie. Przed zaśnięciem dołączyłam jeszcze do umowy niepisany aneks, że pierwsza i ostatnia noc w podróży podlega karencji. Oczywiście nikt Zygmunta do akceptacji aneksu nie zmuszał, ale musiał zaakceptować. - Umowa, aneks, karencja... Czego ty jeszcze, Berenike, nie wymyślisz? - próbował mruczeć, że nie wyraża zgody, ale szybko wypuściłam wyprzedzającą kontrę. - I jeszcze jedno, Zygmunt, dzisiaj w nocy masz cały czas trzymać ręce na kołdrze! - No, wiesz Berenike - zaczął podniesionym głosem, ale mu znowu wpadłam w słowo, żeby mi w każdym razie nie trząsł łóżkiem, bo się chcę wyspać. I wtedy się na dobre obraził, i zamilkł.

Następnego dnia przecięliśmy na ukos Rumunię. Najpierw graniczące z Węgrami, rumuńskie miasto Oradea, potem otoczony górami Kluj Napoca, a potem przedarliśmy się przełęczą przez poszarpane szczyty Karpat. Późnym popołudniem przemknęliśmy obwodnicą koło Bukaresztu z gazem do dechy, sto dziesięć kilometrów na godzinę, więcej radziecka limuzyna nie wyciągała. Przed wieczorem wjechaliśmy do granicznego miasta Giurgiu, granica biegła środkiem Dunaju, na drugim brzegu było bułgarskie miasto, Ruse. Oba miasta spinał klamrą długi most z mijankami. Gdzieś tam wcześniej wielka rzeka przepływała przez wielką dolinę, zamontowane w jej poprzek Żelazne Wrota wstrzymywały na chwilę spiętrzone wody i tworzyły ogromne, długie na sto czterdzieści kilometrów jezioro. Postanowiliśmy zahaczyć o tę dolinę w powrotnej drodze. Siedzieliśmy wieczorem przed domkiem na rumuńskim campingu, niebo czerwieniało, każde z nas myślało o czym innym. - Dobrze, kiedy się tak dojedzie za dnia i stanie - powiedziałam. Zygmunt ocknął się z zamyślenia, chyba wyłowił tylko ostatnie słowo, że stanie i skojarzył nie tak, jak trzeba. - Dzisiaj jestem zmęczony - powiedział ponuro. - Ale w powrotnej drodze pojedziemy wolniej. Wiedziałam o czym myślał, ale on nie wiedział, o czym ja. I dobrze, że nie wiedział, bo właśnie myślałam, że na pewno uda mi się w Turcji uśpić jego czujność i poznać bliżej kilku Turków. Nie mogłam się doczekać, aż mnie w dołku ściskało na samą myśl. - Chodźmy spać - powiedziałam. - Dobrze by było jutro dojechać na miejsce, nie mogę się doczekać. - Doczekasz się, Berenike, doczekasz - dodawał mi otuchy, Samarytanin się znalazł. Samarytanin? Jeleń nad jelenie! Jego żona też go jeleniła, podobno miała trzech kochanków, jego trzech kolegów do brydża, nazywano ich szwagrami. Posuwali mu żonę i jeszcze wygrywali od niego w karty. Dobrze mieli, pani doktorowa też miała, co chciała i myślała, że nikt o tym nie wie, bo najciemniej pod latarnią. Ale sąsiedzi wiedzieli i czatowali na panią doktorową wieczorami pod śmietnikiem, i kiedy wysypywała śmieci, dochodził od tyłu ten czy tamten i pomagał jej te śmieci wysypywać. A ona je wysypywała i wysypywała, i trzymała się dla lepszej stabilizacji śmietnika. A potem odchodziła mdlejąca, nieobecna, jakby w ogóle nie wiedziała, że tam stała. Specjalnie tak wychodziła wieczorami, jak na umówione spotkania. No, tak...

Jak już pisałam, granica między państwami biegła środkiem Dunaju, łączącym je mostem, wjechaliśmy wczesnym przedpołudniem z Rumunii do Bułgarii. Niezbyt duża ta Bułgaria, ruch w niedzielę na autostradzie niewielki i dlatego już kilka godzin później zobaczyłam na stacji benzynowej pierwszego Turka. Wjechaliśmy i stanęli na wyżwirowanym parkingu, obok była restauracja. Obwieszony girlandami kolorowych żarówek budynek przypominał skrzyżowanie pawia z papugą. Na drzewach wisiały jakieś chorągiewki, koraliki, wstążeczki, dzwoneczki. Wiatr leniwie kołysał niedzielną ciszą i pobrzękiwało to wszystko delikatnie, ale tylko do momentu, dopóki Turek nie pobiegł do gospody i nie puścił na cały regulator muzyki. Z rozwieszonych na drzewach głośników rozwrzeszczały się wtedy jakieś piszczałki, drumle, liry i tym podobne świry, coś okropnego! - Benzin? - Turek wrócił i pokazywał na dystrybutor. Zygmunt pokręcił przecząco głową, że nie, a Turek zrozumiał, że tak i pokazywał, żeby podjechać pod dystrybutor. Kiedy do niego dotarło, że tankowania nie będzie, wyciągnął z kieszeni paczkę tandetnych, białych skarpetek i wtedy spod ziemi wyrósł drugi Turek z dwoma puszeczkami pepsi. Jednym słowem, pomieszanie z poplątaniem. Nie można było zrozumieć, na ile nas chcieli oszukać, ale można się było domyśleć, że na ile się da. Bombardowali słowami, nacierali spoconymi ciałami, zaczynało nas ogarniać coraz większe zniecierpliwienie i niepokój. Pepsi, wyłowiłam w końcu z tego całego jazgotu. - Pepsi? Po ile? - zapytałam niepotrzebnie. Wyczułam, że zrozumiał, ale wiedziałam, że się do tego nie przyzna. Stał przy mnie tłusty i spocony, trącał brzuchem i mierzył wzrokiem, wciągnęłam podniecona powietrze i piorun uderzył. Uśmiechnęłam się do niego zachwycająco. - Żołądek mnie boli - rzuciłam do Zygmunta, wysiadając z samochodu. Wzięłam prawie pełny, plastikowy kanister i poszłam po wodę. Ciekła z kranu na ścianie budynku, ale kiedy chciałam nabrać, cieknąć przestała. Stojący w drzwiach gospody Turek patrzył na mnie zadowolony, a ten przy samochodzie uśmiechał się głupkowato. Chyba faktycznie głupol myślał, że poszłam po wodę. Uśmiechnęłam się więc do niego po raz drugi i tym razem zaskoczył, przyszedł i przycisnął mnie do zlewu, a potem nagle zrezygnował i odszedł. Co jest grane?! - pomyślałam wkurzona. Zrozumiałam, kiedy zobaczyłam stojącego z tyłu Zygmunta. Nic nie mówił, ale tak na mnie patrzył, że wróciłam do samochodu. Udawałam, że nie widzę stojących z boku Turków, prowokowali Zygmunta kpiącymi uśmieszkami, a kiedy usłyszeli zapalany silnik, ruszyli w naszą stronę biegiem. Jeden krzyczał po polsku, że pepsi po pięć dolarów, nie dosłyszałam, po ile drugi sprzedawał skarpetki.

Zła byłam i rozdrażniona, wyjęłam ze schowka w samochodzie czekoladę, zjadłam i zapytałam Zygmunta, czy nie ma drugiej. - Przecież przed chwilą mówiłaś, że cię boli żołądek. Zmilczałam i zaczęłam bębnić palcami po szybie. - No tak - dopowiedział sobie. - Jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma. - Żałujesz mi głupiej czekolady? - Nie o czekoladę tutaj chodzi, tylko o tę wodę, której się nie napiłaś. Znowu zmilczałam, niepotrzebnie zapytałam o tę czekoladę. Rozłożyłam mapę i patrzyłam gdzie jedziemy. Najpierw była cieśnina Bosfor, potem jakiś mały niebieski staw, za nim cieśnina Dardanele. - Widziałeś kiedyś, Zygmunt, dardanelskiego osła? - zapytałam niewinnie. - Widziałem oślicę. - Masz szczęście, że tak powiedziałeś, bo gdybyś powiedział, że nie widziałeś, to bym ci kazała spojrzeć w lusterko. - Rozumiem, a potem byś wzięła prawie pełny kanister i poszła po wodę. Myślę, że nie spoczniesz, dopóki jej nie nabierzesz. - Jeszcze tego nie przegryzłeś? - Nie o mnie tutaj chodzi, Berenike. Ja sobie bez ciebie poradzę, ale ty sobie bez siebie, nie! - Ja bez siebie? Czyżbyś uważał, że jestem, ale mnie nie ma? Nie masz ty, Zygmunt, aby czasem odchyłek? Pominął moje ostatnie pytanie milczeniem, nawiązał do wcześniejszego. - Tak właśnie uważam, Berenike, że jesteś, ale cię nie ma, jesteś rozproszona, jak ciemna materia w kosmosie. - Ja cię! Jestem, ale mnie nie ma, bo jestem ciemna kosmitka. Aleś mi dowalił! Teraz to już całkiem! I to wszystko z powodu głupiego kanistra na wodę, po którą w ogóle nie byłam. - Wiem, po coś była. Jeżeli myślisz, że tak ci się będzie ciągle w życiu udawało, to wychodzi na to, że jesteś głupsza niż wyglądasz. - No, proszę, proszę, coraz lepiej. Jestem nieistniejącą, ciemną kosmitką, głupszą niż wyglądam. Jeszcze mi tylko powiedz, co mi się nie będzie udawało i będzie to wszystko dla mnie proste jak obręcz. - Nic ci się nie będzie udawało, bo twoje myślenie jest chore. - No tak! I jeszcze do tego mam chorą głowę. - Nie głowę, tylko myślenie! Zaprzeczasz realiom, idziesz w zaparte na przekór oczywistym faktom. Żeby móc rozładować swoje chore emocje, schowałaś się za plastikowym kanistrem, jak za parawanem, a kiedy nie mogłaś się napić tej swojej kranówy, to zjadłaś w zastępstwie całą czekoladę i jeszcze chciałaś drugą. Zgodnie z zasadą, że na bezrybiu, rak rybą, nimfomanię zastąpiłaś obżarstwem. Bębnisz palcami po szybie, jak zaklinająca rzeczywistość szamanka, a od upartej oślicy tylko tym się różnisz, że nie ryczysz. - Na razie, Zygmunt, na razie. Wiesz co? Myślę, że jednak powinieneś się leczyć. - Nie ja, tylko ty! Usiłujesz przenosić swoje winy na innych, żeby sobie zapewnić komfort grzechu. Prędzej czy później miarka się jednak przebierze i wtedy zapłacisz z odsetkami cały rachunek. Tak to jakoś powiedział, że mnie ciarki przeszły i zapytałam żartobliwie, żeby załagodzić. - Chcesz powiedzieć, że trafi kosa na kamień? - Mniej więcej. - Na ciebie? - Mam nadzieję, że los mi tego oszczędzi, myślę, że sama na siebie trafisz. Twoje wewnętrzne rozdarcie będzie się ciągle powiększać, jakby cię olbrzym chwycił za nogi i rozdzierał. Twoje cierpienie będzie w końcu tak straszne, że nawet śmierć od ciebie ucieknie. Tylko Bóg cię może wtedy uratować. Jedyny ratunek dla ciebie, to narodzić się wtedy z Jego pomocą na nowo. - No proszę, proszę, ale kazanie. Wiesz, myślę, że jednak powinieneś się leczyć. - Już się wyleczyłem. - Z czego? Nie odpowiedział, dodał gazu i przyspieszył. Rozpalone powietrze drgało, falowało ulotnie, tworzyło nad autostradą nierealne zwidy, kształtów rozproszenia. Przed nami biegła prosta aż po horyzont droga, do Stambułu było niecałe dwieście kilometrów.

Rozdział jedenasty

Mieliśmy zapłacone wczasy na campingu nad Morzem Marmara. Ot, takie sobie niewielkie morze, zwornik między dwoma dużymi. Z jednej strony połączone z Morzem Czarnym poprzez cieśninę Bosfor, z drugiej z Morzem Egejskim poprzez cieśninę Dardanele. Brudny i śmierdzący camping rozrzucony był bez ładu i składu na dużej, zacienionej drzewami powierzchni. Nasz malutki, sklecony z dykty, byle jaki domek stał w grupie innych do niego podobnych. W jednym malutkim pokoiku stały pod ścianami dwie spartańskie prycze z czystą na szczęście pościelą, z sufitu zwisała na drutach brudna żarówka. W domku nie było wody, łazienki i ustępu. Do sklepu chodziło się kilkadziesiąt metrów w jedną stronę, do toalety mniej więcej tyle samo w drugą, wejście do łazienki było prosto z plaży. Toalety usytuowano na północnym skraju campingu, kucało się nad dziurami w betonowej posadzce. Panowie mieli miejsca do kucania z jednej strony budynku, panie z drugiej, ponieważ przy kucaniu bolą nogi, każdy starał się kucać jak najkrócej. Pobielony złuszczającym się wapnem budynek nie posiadał dachu i do środka wlatywały duże, tłuste muchy, niepokojąco bzyczały. Wokoło śmierdziało uryną, fekaliami i zgniłymi odpadkami z pobliskiego śmietnika. Nie, to miejsce zdecydowanie nie zachęcało do dłuższych medytacji. Obok ustępów i wysypiska śmieci było obłożone kamieniami palenisko, gdzie pieczono nad otwartym ogniem obdarte ze skóry barany, obracano je na rożnie. Wiatr roznosił po campingu obrzydliwy zapach spalonego mięsa i trzeba było wtedy wypieprzać na daleki spacer. Podczas spacerów po piaszczystych ścieżkach, do butów wsypywał się ciągle wszechobecny piasek. Pobytowi na campingu towarzyszyło ciągłe poczucie niechlujstwa i brudu. Oprócz tego wszystkiego było całkiem przyjemnie.

Tej nocy Zygmunt spał ze mną swoją pierwszą noc z pięciu uzgodnionych. Nie mógł przeboleć za trzecim razem, że nie może. - Nie wiesz, Berenike, o której tutaj wstaje słońce? - O ósmej. - Nooo, o ósmeeej! - przeciągnął niedowierzająco. Wrócił do swojego łóżka i każde z nas zasnęło u siebie, a potem nagle zadzwonił ten cholerny budzik i po chwili Zygmunt już wkraczał do akcji. - Skąd do cholery wytrzasnąłeś ten cholerny budzik? - Kupiłem w Rumunii po tym jak wymusiłaś na Węgrzech ten cholerny aneks. Muszę się pospieszyć, muszę się pospieszyć - świergotał. - Miałam nadzieję... zaczęłam. - No tak, nadzieja matką głupich - dokończyłam zrezygnowana. - O! Nie, Berenike, nadzieja umiera ostatnia, ja też miałem nadzieję i widzisz. Widziałam i czekałam. Pogodzona z losem, leżałam na plecach z rękami zaplecionymi nad głową i patrzyłam przez okno na ciemnogranatowe morze. Coraz bardziej rozmigotane zorzami niewidocznego jeszcze słońca, zwiastowało nadchodzący świt. Zastanawiałam się, czy uda mu się skończyć przed wschodem słońca, koniecznie chciałam uchwycić moment jego narodzin, ale pojawiło się tak nagle, że nie wiadomo kiedy... Na granicy cienia, na granicy zorzy, wschodnią stroną nieba widać kraniec słońca, nowy dzień w kołysce jutrzenki gaworzy, czerwienieją chmury, ale nie do końca. Nie do końca jeszcze, nie do końca... No cóż, pozwoliłam mu dokończyć, podarowałam mu trochę czasu, tych dodatkowych chwil kilka. Czyż to w końcu aż takie ważne, skoro granica chwili nie istnieje?

Szliśmy po plaży, szukając odpowiedniego miejsca. Nie zachęcało do rozmowy niemiłosiernie prażące słońce i do tego nie mogłam sobie znaleźć miejsca, bo dzisiejszej nocy nie byłam na szczycie. W nocy nie, o wschodzie słońca nie, wcześniej na stacji benzynowej też nic, do dupy z takimi wczasami! Nie mogłam sobie znaleźć miejsca. - Tutaj! - powiedziałam, kiedy zobaczyłam siedzącego samotnie na plaży Turka. Rzuciliśmy klamoty kilkanaście metrów od niego i kiedy zmęczony nocnymi harcami Zygmunt zasnął, zaczęłam powoli odsłaniać piersi. Dopiero za którymś razem odsłoniłam je całkiem. Wstał i pokazał, żebym za nim poszła w zarośla. Rozpalony piasek parzył w plecy, osiągnęłam prawie natychmiastowe spełnienie. Kiedy wróciłam do Zygmunta, siedział niespokojny na kocu. - Gdzie byłaś? - zapytał. - W krzakach - wyjaśniłam. Pobiegłam do morza, brodziłam bez celu po wodzie dotykając fal. Wokół pływały utkane z białego tiulu meduzy i co jakiś czas zanurzałam rękę, i podnosiłam jakąś na dłoni. Piękna w wodzie, jak panna młoda w welonie, na dłoni była taka, jakby jej w ogóle nie było, zsuwałam ją z powrotem z ręki. - Dzięki - może by powiedziała, gdyby mówić umiała. - No, wiesz, Berenike - zaczął Zygmunt, kiedy wróciłam. - Wszystko widziałem. - Wszystko? Co widziałeś? - Przecież dzisiaj ze mną przez całą noc... nie dokończył. Zmilczałam. Powinien był wiedzieć, że prędzej czy później z jakimś pójdę, powinien był wiedzieć, że piękne laski wozi się innym na igraszki, powinien był wiedzieć... Eee, tam, nie powinien. - Wiesz - powiedział Zygmunt na trzeci dzień wieczorem. - Jak byłaś przed chwilą w sklepie, był tutaj ten Turek z plaży. - Tak? A czego chciał? - Chciał, żebym mu ciebie sprzedał, dawał pięć tysięcy dolarów. - Musisz mnie więc pilnować. - Albo sprzedać. Zmrużyłam oczy w wąskie szparki, patrzyłam na niego uważnie, tej nocy spał ze mną swoją drugą noc.

Nadszedł w końcu taki dzień, że pojechałam z Zygmuntem do Stambułu. Z nieba buchało gorąco, jak z rozpalonego pieca, i trzeba było tym żarem oddychać, w meczecie było o wiele chłodniej. Przed wejściem należało zdjąć buty, leżało ich mnóstwo na posadzce, ktoś mi nakrył chustką włosy. Posadzka była wyłożona zakurzonymi dywanami, wszędzie panowała dostojna cisza, Bóg Arabów jest cichy i niewidzialny. Piękne arabeski, ornamenty, żadnych posągów, obrazów. W centralnym miejscu meczetu paliła się w ściennej niszy oliwna lampa, Święte Światło uosabiające Boga. Ktoś się przed nim modlił. Po wyjściu z meczetu, stałam jeszcze przez chwilę z zadartą do góry głową i podziwiałam harmonizujące ze złotą kopułą świątyni cztery wysmukłe wieżyce minaretów. Z jednej dobiegało śpiewne nawoływanie muezina do modlitwy. Przejechaliśmy później mostem nad cieśniną Bosfor, spinał kontynenty Europy i Azji, na azjatyckim brzegu Zygmunt zrobił mi pamiątkowe zdjęcie pod tablicą z napisem, Azja. Wróciwszy do Europy, poszliśmy robić zakupy na Złoty Bazar, dżinsowe kurtki, płaszcze, spodnie, spódnice, koronkowe bluzki i sukienki, damska bielizna... Do wyboru do koloru i wszystko tanie jak barszcz, kupiłam sobie tego trochę za pieniądze Zygmunta. Tej nocy spał ze mną swoją trzecią noc. Leżeliśmy nazajutrz od rana pod plażowym parasolem, tłoczno było na plaży, no cóż, sobota, pełnia sezonu, Zygmunt liczył na palcach. - Jeszcze mi zostało z tobą dwie noce - odgiął do góry jeden, potem drugi palec. - Cztery będziemy spali na campingu, dwie w drodze powrotnej, razem sześć, dwie na sześć... - Liczysz, Zygmunt, i liczysz. - Ty nie liczysz? - Liczę na siebie! A jeżeli chodzi o te sześć nocy, to ostatniej nie licz, bo zgodnie z aneksem podlega karencji. Zmilczał, kiedy usłyszał o karencji i machnął ręką, jakby odpędzał dokuczliwego komara.

Od morza wiała orzeźwiająca bryza. Wiatr przesycony zapachem wodorostów niósł ze sobą nieokreśloną tęsknotę, pieśń nostalgiczną, daleką i zwiewną, zadumaną i smutną, pełną niedopowiedzianych pytań i marzeń niespełnionych, oczekiwań i pragnień. I zaczęła się rodzić w Berenike jakaś baśniowa opowieść, legenda dawna, zaczęta i niedokończona, coś się w niej próbowało obudzić, rozśpiewać, coś, jakby złote serce zatopionego w morzu czasu, baśniowego dzwonu. Coraz głośniej, coraz dźwięczniej uderzało serce Bereniki, odpowiadało na zew przeszłości, i zatęskniła Berenike, tak bardzo zatęskniła, że więcej nie można, bo więcej już nie ma, ale nie wiedziała za czym i po chwili zapomniała. - Jeszcze za wcześnie - coś westchnęło, coś szepnęło cichutko, coś, co się zaczęło dawno temu, przed wiekami nucić. Od morza wiała orzeźwiająca bryza.

Zygmunt co chwila podnosił z koca głowę. - Sprawdzasz, czy jestem? - zapytałam. - A sprawdzam, sprawdzam, chociaż nie wiem po co, bo i tak to nic nie da. Prędzej czy później znowu gdzieś znikniesz. - Raczej prędzej. - Nie wątpię. Chyba, że cię ktoś wcześniej kupi albo ukradnie. - Sama się ukradnę. - Na to też cię stać - mruknął i czuwał dalej. - Ciekawe, Zygmunt, jak długo tak wytrzymasz? - Właściwie, to zaczynam cię mieć dosyć - mruknął. Poszliśmy w południe na obiad, a po obiedzie wrócili na plażę, zasnęłam pod plażowym parasolem obok czytającego książkę Zygmunta. - Niech sobie czyta - pomyślałam, zasypiając. Ocknęłam się znienacka, cała spięta, coś mnie nagle obudziło. Chylące się ku zachodowi słońce spowijały czerwone chmury, niebo płonęło krwawym ogniem, zostawiłam śpiącego Zygmunta i poszłam na dziką plażę nudystów. Słyszałam o niej od dawna i właśnie teraz tam poszłam, jakieś półtora kilometra. Brzegiem morza, plaży krawędzią, powędrowałam w nieznane, nadbiegające fale rozmywały ślady moich stóp.

Z sięgającą do bioder złotą grzywą stanęłam w samym środku skupiska nagich samców. Tyłem do słońca, do słońca stałam, światło we włosach, we włosach miałam, wskroś prześwietlone, tak się mieniły, jak aureola, choć nią nie były. Siedzieli kołem, palili z namaszczeniem wodną fajkę. Fantazyjnie powyginana, inkrustowana masą perłową, zakończona była u góry srebrnym ustnikiem. Przy pociągnięciu dym z fantazyjnie powyginanego, sięgającego do ziemi cybucha przepływał z cichym bulgotem przez będący częścią fajki szklany zbiornik z wodą, widać było unoszące się w wodzie bąbelki. - Czyżby sami kochający inaczej? - pomyślałam zaniepokojona, nie widząc między nimi kobiet. - Eee, tam, co mi tam! Miałam, co chciałam! Popatrzyłam po milczących wrogo mężczyznach i chyba miałam widzenie. Zobaczyłam, jak na pokrytą śniegiem plażę skapują z rozciętej przez zbója wargi krople krwi. - Niemożliwe - pomyślałam, dotknęłam wargi i zobaczyłam krew na palcach. Cicho było i pusto dookoła, jakbym płynęła w przestworzach wyizolowana w szklanej kuli i tylko potok szumiał po kamieniach, i szumiał. I ta pokryta śniegiem plaża w samym środku lata. - Co się dzieje? I zmroziła mnie fala lęku, i zalała go ogniem fala pożądania. Bije piorun do pioruna, a nad morzem ognia łuna. Oszalałam i tyle, coś się stanie za chwilę. - Gaz do dechy, pełna mobilizacja! - szły rozkazy z czakramu kundalini, wężowa energia przepływała do podległych centrów dowodzenia. - Zniszczyć, rozbić, podpalić, na atomy rozwalić! Nim księżyc wzejdzie blady, sięgnąć samozagłady! Serce tłoczyło do głowy hektolitry krwi, szumiało mi w uszach i ciemniało przed oczami, momentami przestawałam widzieć i słyszeć, i spazmatycznie łapałam zaschniętymi ustami powietrze. Potrzebowałam coraz więcej tlenu, żeby coraz więcej płonąć. Seks! Seks! Seks! Seks i wyuzdanie!

Jednym szarpnięciem zdarłam bikini i usiadłam naga w samym środku skupiska samców. I zaczęli wstawać siedzący na ziemi, i otaczali mnie w milczeniu wrogim kołem. Jak już mówiłam, palili z namaszczeniem wodną fajkę, odprawiali narkotyczny rytuał. Upiorna czerwień zmierzchającego nieba, głupawe chichoty i słodkawy zapach dymu tworzyły nierealną scenerię. Niektórzy kaszleli ochryple, patrzyli na mnie przekrwionymi oczyma i przegryzali kaszel chałwą. Podszedł do mnie wysoki, opalony blondyn i bezwiednie wzięłam podawaną mi fajkę. Pociągnęłam jeden raz i drugi, a potem pociągnęłam zachłannie jeszcze wiele razy. Pociemniało mi w oczach i popłynęłam na Pola Elizejskie Hadesu, i było mi wszystko jedno, dokąd płynę i po co. Zwidy, majaki kołysanie, przez dzielącą dwa światy rzekę płynęłam w łodzi Charona do krainy cieni. - Masz dla mnie obola? - zapytał Charon. - Obola? - No tak, obola, takiego małego pieniążka. Wkładają go zmarłym do ust, żeby mi mieli czym zapłacić za przewóz na drugi brzeg Styksu, nie słyszałaś? - Słyszałam, ale to było ponad dwa tysiące lat temu w starożytnej Grecji! - No i co z tego? Świat zmarłych istnieje poza czasem i przestrzenią, masz dla mnie obola? - Nie mam. - Nie masz? No, to czym mi zapłacisz za przewóz? - Przecież ja nie umarłam! - Nie umarłaś, nie masz czym zapłacić... Musisz wracać! Zerwałam się w panice, żeby uciekać i wtedy dostałam silne kopnięcie w głowę, i upadłam na piasek. - Uderzył mnie wiosłem, bo nie miałam czym zapłacić za przewóz - myślałam przerażona. - Wiosłem? No tak, wiosłem, przecież nogi by tak wysoko nie podniósł. Inni też mnie kopali, bili, słyszałam, jak na siebie krzyczą. Nie wiem skąd wiedziałam, że jedni chcą mnie zabić, a drudzy mnie bronią i że dlatego się biją. Leżałam na piasku i zasłaniałam głowę rękami, słońce już dawno zaszło i zrobiło się całkiem ciemno. Drapieżne zjawy tworzyły nade mną w mroku odurzone narkotykami kłębowisko szaleńców. - Znikąd ratunku! Znikąd! Zabiją, zakopią mnie mamo na śmierć, Maamooo! Przy kolejnym kopnięciu, zobaczyłam unoszące się nad plażą światło. - Berenike! - zawołało ze światła przenikliwym szeptem. Poczołgałam się w tamtym kierunku, światło prowadziło, kiedy odgłosy walczących ucichły, znikło. Wstałam i zaczęłam uciekać. Brzegiem morza, plaży krawędzią, uciekałam pod osłoną ciemności. Wicher przewalał bałwany po wzburzonym morzu, czerwony księżyc oświetlał fale upiornym blaskiem. Na niebie kotłowały się złowieszczo rozbłyskujące chmury i stawało się coraz straszniej. Noc rozwiesiła nad ziemią czarne płachty mroku i wiedziałam, że gniewa się na mnie cały świat.

Zygmunt siedział w samochodzie z głową opartą na kierownicy i czekał, opowiedziałam mu wszystko. - Marihuana albo haszysz - powiedział. - Jesteś niesamowicie zwariowana, boję się o ciebie i o siebie też się boję, jutro wracamy do domu. - Dzisiejszej nocy możesz spać ze mną po raz czwarty - przytuliłam się do niego. - Akurat - mruknął bez entuzjazmu. - Nie chcę! Kiedy zaczęłam płakać, ustąpił, ale przestał się kochać po pierwszym razie. - Przytul mnie chociaż - poprosiłam. - Przytulić? Po tym wszystkim, co narozrabiałaś? - Boję się, Zygmunt. - Boisz się? Czego? Nie wszystko mi powiedziałaś? - Wszystko! Wszystko ci powiedziałam i wszystkiego się boję. - Marihuana tak działa - powiedział. - To bramowy narkotyk. - Bramowy? - Bramowy, bo otwiera bramę do piekła, a z piekła się nie wraca. - Chyba, że światło wyprowadzi. - Światło? - Ja je naprawdę, Zygmunt, widziałam, unosiło się nad piaskiem plaży. Skinął potakująco głową. - Nielicznym udaje się wrócić - powiedział - ale nie z piekła, tylko z jego przedsionka i tylko z boską pomocą, bo ludzkie siły nie są w stanie zwalczyć tak silnych, krzyżowych uzależnień. - Krzyżowych? - Uzależnienie od seksu skrzyżowałaś z zatruciem narkotykami. - Boję się. - Niewiele ci tutaj mogę pomóc. - Umrę! - A mnie wtedy zamkną - powiedział, a później już nic nie mówił i po jakimś czasie zasnął. Ja nie spałam do rana, serce mi waliło nierównomiernie, momentami przestawało i bałam się wtedy, że umrę i wtedy bałam się jeszcze więcej.

Jeżeli nazajutrz zamieniłam z Zygmuntem kilka słów, to wszystko, poszliśmy jednak na plażę, zamiast wracać do domu. Leżeliśmy obok siebie w milczeniu, każde z nas przeżywało własne niepokoje. Powoli przychodziłam do siebie, a Zygmunt czekał spokojnie. Wieczorem dał mi jakąś tabletkę i zasnęłam na wiele godzin, następnego dnia spałam dalej na plaży. - Dziękuję - powiedziałam po obiedzie. - Za co dziękujesz? - No, za obiad. - No, tak, dobre i tyle. Wygląda na to, że zaczynasz być bardziej ludzka - powiedział. - Znaczy się, że do tej pory nie byłam? - zapytałam swoim zwykłym, zaczepnym tonem, dobre samopoczucie wracało. Podniósł głowę z koca i popatrzył na mnie uważnie. - Masz, Berenike, piękne, duże oczy... - Wielkie na pół twarzy. - Tak, wielkie na pół twarzy, ale małpiatki mają większe. A teraz posłuchaj. Człowiek, który dobrowolnie rezygnuje z wolnej woli, staje się na powrót kierowanym instynktami zwierzęciem. Nie musiałaś tam iść. - Tak pięknie zacząłeś o tych oczach... - Nie musiałaś tam iść! Naprawdę był zły, nie znałam go dotąd od tej strony. - Co komu pisane... zaczęłam, ale znowu mi ostro przerwał. - Nie chrzań! Nie usprawiedliwiaj swojego uzależnienia przeznaczeniem! Nie musiałaś tam iść! Rozumiesz, uparciuchu?! Nie rozumiałam, kiedy zasnął, nasypałam mu piasku do slipek i uciekłam do morza. - Jak dziecko - mruknął, kiedy po godzinie wróciłam. Wieczorem nie jadłam kolacji, nie zaproponował, więc nie jadłam, każde z nas poszło spać osobno, rano na stole leżała kartka: - Jestem na plaży. Poszłam na plażę, leżał pod parasolem i czytał książkę, kiedy mnie zobaczył, zaczął udawać, że śpi. - Jestem głodna - zasłoniłam mu słońce. - A ja nie - dalej nie otwierał oczu. - Jestem głodna! Dalej udawał, że nie słyszy, więc zagroziłam, że zaraz zacznę krzyczeć. Otworzył na chwilę jedno oko i zaraz zamknął z powrotem. Po omacku wyciągnął z kieszeni leżących obok spodni pięć dolarów i podał mi bez słowa. Poszłam i kupiłam w campingowym sklepie dwie duże, wędzone makrele i cztery bułki. - Ciekawe czy to ma mi wystarczyć do obiadu czy do kolacji? - pomyślałam. - Może zostawić sobie połowę na później? Eee tam, co mi tam, zjem! Usiadłam na trawie koło sklepu i zjadłam, a później wróciłam do Zygmunta. - Ryby? - pociągnął nosem. - Ryby. - Dobre? - Bardzo! I bardzo dziękuję. - Jednak stajesz się bardziej ludzka. - Bardzo cierpiałam. - Cierpienie uszlachetnia, tak? - chciał się upewnić. - Właśnie. Milczał przez chwilę, a potem popatrzył na mnie uważnie i zapytał: - A właściwie, to za co ty mi przed chwilą tak bardzo dziękowałaś? - No, za te pięć dolarów, bo bardzo cierpiałam z głodu. Westchnął zrezygnowany. - Ciężka sprawa - pokręcił głową. - Czemu ciężka? Ważę pięćdziesiąt dwa kilo. Machnął ręką i przytulił mnie do siebie, znowu było prawie dobrze. - Chcesz lody? - zapytał po obiedzie. Kiwnęłam głową, że chcę. - Możesz kupić zielone? Dzisiaj zielona noc. Nie odpowiedział, przyniósł zielone, a wieczorem pierwszy zasnął. - Faktycznie, śpi cholernik! - pomyślałam, kiedy zachrapał. Księżyc świecił lunatycznym światłem, hipnotyzował, wiecie jak to jest, nie mogłam zasnąć i obudziłam Zygmunta. - Gratisowa noc - zaproponowałam. - Możesz mnie kochać. Patrzył na mnie ogłupiały. - No, możemy się kochać - powtórzyłam. - Lunatyczka - westchnął i powiedział, że nie chce. A potem znowu zasnął.

Rozdział dwunasty

Staliśmy wieczorem nad brzegiem Dunaju, wracaliśmy do kraju. Tak jak było wcześniej zaplanowane, zahaczyliśmy w powrotnej drodze o Żelazne Wrota wielkiej rzeki. Zapora była bardzo długa i bardzo wysoka, szokowała ogromem. Potężne turbiny przemieniały siłę prądu rzeki w prąd elektryczny. Rzeka przepłynęła już przez cztery kraje, granicą dwóch innych teraz płynęła, potem miała jeszcze przepłynąć przez dwa kolejne i rozpłynąć się w Morzu Czarnym. Wielka rzeka wielu wielkich krajów. Z tureckiego campingu wyjechaliśmy poprzedniego ranka, w Bułgarii napotkaliśmy po południu weselny orszak. Wesele szło przez wioskę całą szerokością drogi i musieliśmy stanąć, żeby przeszli. Przodem ogromny Bułgar walił w wiszący na brzuchu bęben, za nim chłopiec niósł na przykrytej serwetką tacy dwie literatki, a za chłopcem szedł jeszcze jeden Bułgar i dźwigał plastikowy kanister bimbru. I tak sobie szli gęsiego, a za nimi młoda para i reszta weselnych gości, napotkanych częstowano bimbrem. W przypływie sympatii dałam pannie młodej turecką, jasnozieloną bluzkę i to był, jak się okazało, nasz ślubny prezent, zostaliśmy zaproszeni na wesele. Zaraz na początku Zygmunt zatroszczył się o spanie na później, a potem to już była balanga do północy. Od północy kochałam się z Zygmuntem do rana po raz piąty na wczasach. W dalszą drogę wyjechaliśmy koło południa i dojechaliśmy pod wieczór aż tutaj nad zaporę.

Po dwustu kilometrach dalszej podróży, nieprzytomni ze zmęczenia, zasnęliśmy późną nocą w samochodzie na oświetlonym parkingu w centrum dużego, rumuńskiego miasta. Zaparowane szyby samochodu

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych