Wróć do katalogu

Bramy - minicykl

Cykl czterech miniatur literackich. Proza poetycka.

rootsrat, opublikowano , 27 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{b}B R A M Y minicykl{/b}

{b}Brama pierwsza: NIEBO{/b} {i}Magdzie oraz wszystkim podążającym Drogą.{/i}

Znowu upadłem. Wycieram mordą bruk, a krew z rozbitego nosa zalewa szczeliny między kocimi łbami. Jedną ręką wylądowałem w rynsztoku, drugą w psich odchodach. Śmierdzę potem i wódą. Z okna kamienicy ktoś wylewa na mnie pomyje, a ja wymiotuję pod siebie. Zamykam oczy i wstaję. Nogi mi się rozjeżdżają, nie zgadzają mi się strony. Pod powiekami tysiące kolorowych kręgów i czwarty wymiar. Chwiejnym krokiem zaczynam wędrówkę. Od początku. W górę i w górę, do słońca, do nieba. Uparcie zdobywam kolejne metry - tak jak zdobywa się kobiety. Krok po kroku dotrzeć do sedna, wtedy sukces daje niesamowite poczucie spełnienia. Prawie-katharsis, oczyszczona strona, jak kameleon. Wtapiam się w barwy tła, ze mną sowa i pies, a obok wszyscy inni, którzy przytrafiają mi się po Drodze. Towarzysze doli i niedoli. Podróżnicy tacy jak ja - do słońca, do nieba. W górę głowy, w górę ręce. Kolejny krok kosztuje niemało. Nadzieja, wiara i miłość. Pierwszą żywię, drugą mam w sobie, trzecią roztaczam wokół. Zamaszystymi ruchami rozrzucam nasiona, sieję ziarno. Obsypuję świat złocistymi drobinkami, a te mienią się w słońcu. Każdy krok niesie pokój, wszystko błyszczy, wszystko kwitnie. Autostrady, pomniki i dachy. Chrom, metal i plastik. Spomiędzy płyt chodnikowych wychylają nieśmiało głowy zielone roślinki, wiśnie kwitną na biało, a brązowe kasztany spadają na ulice – istna kasztanowa powódź, która zabiera ze sobą samochody z parkingów i autobusy z przystanków. Tramwaje jeszcze się opierają, ale chyba tylko dzięki motorniczym. Ci z pasją szarpią swoje dźwignie w szaleńczej walce o maszyny. I przegrywają, tramwaje z oleistym mlaśnięciem odklejają się od torów i szybują ponad miastem - jak wielkie ptaki ścigają się z żelaznymi sterowcami, gdzie władcy świata niestrudzenie przędą zdradliwe sieci czarnej magii. Duch w maszynie, maszyna w duchu, pokój na ziemi. Każdy jeden krok. Nie ma drogi prowadzącej do pokoju. Pokój jest Drogą. Spokój jest Drogą. Na Drodze spotykam ciebie. Jesteś taka sama jak ja - też szamoczesz się w przestrzeni, nie możesz określić gdzie góra, a gdzie dół. Nie należysz tutaj, nie tu twoje miejsce. Otacza cię wielki mur, czerń i biel; opętana w te kolory musisz trwać. Łapię cię za rękę i od tej pory wszędzie idziemy razem, nic nas nie rozdziela. Dużo rozmawiamy, nie wypowiadając wielu słów. Chodzimy nie dotykając ziemi. Słowa jak neony unoszą się obok, a my delikatnie wodzimy opuszkami palców wzdłuż blizn i szram, liżemy rany, zszywamy serca. Sklejamy sens. Łamiąc paznokcie do krwi zdrapujemy stary tynk ze ścian kamienic i malujemy ludziom kolorowe obrazy w głowach. Bomby zegarowe w ustach bezustannie tykają, czekając na znak. Nasze serca uziemiają każdy zły piorun, a dłonie odnajdują się pośród burz. Ujeżdżamy te burze, a dzikie błyskawice rozświetlają noc krzykiem. Awaryjne światła gwiazd mrugają porozumiewawczo, kruki wydziobują martwe oczy wichrów. Obok nas, uwiązany do ogromnego koła ratunkowego, przetacza się los. A my wciąż: do słońca, do nieba. Byle dalej, byle nie po trupach. Każdy krok zbliża nas do tajemnicy, każdy jeden niesie pokój. Noc poddaje się nam, topnieje w oczach lód skuwający przejście. Jasny błękit twych oczu rozświetla cyfrową pustkę, aż słońce wychodzi zza chmury, a ja ci gram na waltorni albo może trąbie. I wciąż trzymamy się za ręce. Otwieram oczy.

Jest. Niebo. Ty jesteś. Ja jestem. Jesteśmy. Niebo. Ryzykuję szybkie spojrzenie w dół. Wysoko. Kiedy przeszliśmy taki kawał drogi? Do samego nieba? Białe chmury leniwie przechadzają się szlakami wytyczonymi przez białe orły. Wokół pachnie marcepanowo, a zachód ma kolor czerwonego wina. Słońce tu jest wieczne. Słońce jest nasze. My jesteśmy wieczni. {i}¿Qué hora es mi corazón?{/i} Tu nie ma czasu, moje serce. Czas się tu nie liczy. Tu jest niebo.

Im wyżej się jest, tym niżej i boleśniej się upada. Ktoś wciska mi do ręki tanie wino owocowe. Szczerzę zęby. Z drugiej strony, myślę, im głębszego dna się dotknęło, tym wyższe niebo do zdobycia. Pociągam z butelki. Biorę całkiem spory łyk, słodki płyn powoli ścieka do żołądka, po którym rozlewa się przyjemne ciepło. Odstawiam wino na chodnik i zaczynamy nową wędrówkę. W mojej dłoni twoja – czuję każdy nerw. Z głębi naszych serc dochodzi przytłumione tykanie zegarów. Czekamy na znak. Cierpliwi. Spokojni. A wokół pachnie marcepan.

{i}Leeds, o6-25.o8.2oo9{/i}

{b}Brama druga: PIEKŁO{/b}

Marcepanowy zapach jest wszędzie. Wypełnia tutaj każdy atom, łącznie z naszymi ciałami. Uprawiamy marcepanową miłość przez pół dnia, a popołudnie spędzamy leniwie spacerując i pracowicie wymieniając marcepanowe wolne myśli. Zachód ma kolor czerwonego wina; po chwili wstaje słońce. Bo słońce tu jest wieczne. Słońce jest nasze. My jesteśmy wieczni. Czas to tylko kolejny wymiar, pozostawiony daleko w dole, skąd przybyliśmy. Kiedyś dostajemy znak. Nie widzimy go, nie słyszymy, nie ma on zapachu, nie możemy go dotknąć ani tym bardziej posmakować, ale obydwoje wiemy, że został nam dany. Czujemy go w sobie. [i]To [/i]zaczyna płynąć naszymi żyłami, w [i]to [/i]zamienia się krew, mamy [i]to [/i]zamiast płynów ustrojowych, każda komórka naszych ciał i każdy neuron w naszych mózgach wypełnia się [i]tym[/i]. Bomby domowej roboty, ukryte głęboko na dnie wciąż bijących serc, zaczynają drgać. Ich jednostajne, cichutkie i ledwie wyczuwalne tykanie narasta.

Czas…

To teraz.

To już.

Nastał nasz czas. Nie wypowiadając ani jednego słowa zbieramy się do drogi. Nie mamy tu nic, prócz szczęścia, więc bez zwłoki ruszamy. Zabieramy tylko ze sobą trochę marcepanowego zapachu w skórzanych woreczkach, które chowamy głęboko w kieszeniach. Schodzimy z zielonych szczytów, opuszczamy złote równiny, białe chmury żegnają nas czule, odprowadza nas donośny krzyk orłów. Słyszymy go jeszcze, gdy wchodzimy między metal, szkło i plastik, między wieżowce i biurowce, między machinacje i eksterminacje, wojny i pokoje, między krew i łzy, strach i nienawiść, przepych i pogardę, między młoty i kowadła. Skaczemy po dachach, biegniemy przez puste parkingi, czołgamy się kanałami, ulatujemy z dymem, spadamy w milionach kropel deszczu. Nadszedł nasz czas. Ten czas jest nasz! Jest nas coraz więcej, wszyscy słyszymy zew, zbieramy się. Są nas miliony, imię nasze Legion, a każde z nas ma w sercu swój własny ładunek. Każde ma swój koktajl, zamiast benzyny gniew. Brudna szmata wetknięta w szyjkę czeka na dotkniecie palącego wzroku. To jest nasz czas, to jest czas ognia! Metafizyczna rewolucja, eteryczne powstanie, słońce w zenicie, zenit w oku cyklonu, odwrotność zera absolutnego, mistycyzm przemiany. Nasza krew wrze. Hektolitry bulgoczącej, gęstej czerwieni wypełniają przestrzeń i barwią szkarłatem trzy wymiary. Powoli pęcznieją i pękają, mlaszcząc, krwiste bąble, a z każdego uwalniają się molekuły żywiołu ognia - drżące fluidy, ledwo widoczne istotki mieniące się gamą gorących barw i pulsujące falami ciepła. Ulice zapełniają się. Ludzie wychodzą z domów, z fabryk, z biur, samochody zatrzymują się na ulicach, zdziwieni policjanci nawet nie zauważają, kiedy kajdanki same zapinają im się na nadgarstkach. My czekamy. Na ustach mamy jeszcze ciepłe uśmiechy. Ludzka masa otacza nas, unikając dorastających płomyków. Górne wargi tłumu unoszą się, ukazując ostre kły, z których powoli kapie piana. Czekamy. Wszędzie wokół ludzie. Bez słowa gotujemy im piekło, uśmiechając się szeroko. Widzimy wszystko. Słyszymy wszystko. Wszystko możemy powiedzieć, znamy odpowiedź na każde pytanie. Wszystkiego możemy dotknąć. Nie czujemy już nic. Nic, prócz tłustej fali gorąca, która nagle spowija wszystko gęstą masą. Płomienie przelewają się przez ulice zabijając winnych i spalając mrok w ich duszach. Stalowe szkielety biurowców składają się jak scyzoryki, z brzuchatych cystern wylewa się ropa i wsiąka w ziemię, do której należy. Wielkie, trójstope przekaźniki radiowe łamią się jak modele z zapałek, odbiorniki telewizyjne plują ogniem, płonie cały świat. W powietrzu topią się majestatyczne, żelazne sterowce dostojnie szybujące ponad nami. Władcy tego świata w panice wyskakują przez okna bogato urządzonych kabin, zostawiając krosna, które nieustannie przędą czarne sieci. Spadając, otwierają spadochrony z czerwonych dywanów, mając nadzieję na ratunek, który nie nadchodzi. Nadchodzą za to fale wrzącego powietrza, wdzierają się bezlitośnie do płuc, wypalając nieczyste wnętrzności tak, że na ziemię docierają jedynie sflaczałe, martwe, nadpalone powłoki cielesne, i po to tylko, aby zaraz utonąć w płomieniach. My mamy uśmiechy na twarzach i szeroko rozłożone ramiona. Obejmujemy cały świat, chronimy przed pożogą. Milczymy, a w oczach odbija się nam czerwień. Żadne słowo nie przedostaje się przez zaciśnięte gardła. Żadne przez zaciśnięte pięści. Płoniemy żywym ogniem, imię nasze Legion. To jest nasz czas! Zegar na wieży pobliskiego kościoła zatrzymuje się, a wszystkie trzy wskazówki wskazują niebo nad nami. Jest północ. Powoli wszystko się studzi, krew wraca posłusznie do naszych żył i zaczyna z powrotem mozolny krwiobieg, a serca zaczynają bić żwawiej. Rozchodzimy się, nie zwracając uwagi na zwęglony szkielet potęgi leżącej u naszych stóp ani na czarne szkielety cesarzy, królów, pierwszych ministrów i prezydentów. Nasza brać topnieje, rozchodzi się, wracając do swoich legowisk. Przytuleni do domowych ognisk, będą podgrzewać powoli krew, napełniać puste butelki i podtrzymywać ogień. Będą czekać na znak.

A my? My chowamy słowa na dno naszych serc. Zaczynają cichutko tykać. Milcząc, wdychamy zapach spalonego Miasta. Nasze oczy spotykają się. Umiera galaktyka obok. Rodzi się gwiazda po drugiej stronie wszechświata. Odwracamy od siebie wzrok i jednakowym ruchem wyciągamy małe, skórzane woreczki z najgłębszych czeluści kieszeni. Ostrożnie je rozsupłujemy i z troską wysypujemy na dłonie po kilka małych ziarenek w kształcie łez. Marcepanowe morze zalewa nasze nozdrza. Ziarenka skrzą się złociście w pożodze. Mocno zaciskamy dłonie, żeby nie uronić ani jednego i zgodnym krokiem ruszamy w świat, sadzić Wielki Las. Droga wiedzie zewsząd i dokądkolwiek. Nie boimy się, znamy przecież odpowiedź na każde pytanie. Sekundowa wskazówka zegara na wieży przesuwa się. Wiemy: ten czas jest nasz.

{i}Leeds, 26-28. o8. 2oo9{/i}

{b}Brama trzecia: WIELKI LAS{/b} {i}„Wielki las – nieprzeniknione nasze sny. Konary drzew z zachłannością będą kąsać nasze dni.” Post Regiment – „Wielki las”{/i}

Kroczymy różnymi ścieżkami: wzdłuż pól zboża, maków i kukurydzy (złoto-czerwono-zielone migawki po obu stronach drogi); wzdłuż rzek i jezior (broczymy po kostki w krystalicznie czystej wodzie, a później suszymy gołe stopy na słońcu, majtając nogami i śmiejąc się beztrosko); przez wzgórza i doliny (falujący krajobraz działa usypiająco, więc zwykle zwalniamy tu tempa, nabieramy sił). Miasta omijamy szerokim łukiem, a nasze strzały czuwają w kołczanach, gotowe wyskoczyć na najlżejszy szelest obutej stopy w pobliżu. Rozmawiają z nami zwierzęta, gwiazdy i wiatr. Droga wiedzie zewsząd i dokądkolwiek. W prawych dłoniach drżą kostury, mocno już wytarte od spodu. Jesteśmy zmęczeni. Ty często wołasz żebym zwolnił kroku i że chętnie odpoczęłabyś chwilę. Kładziemy się wtedy na ziemi, przytulamy do niej twarz i słuchamy historii, które ma do opowiedzenia. O bratobójczej walce do ostatniej kropli ropy, o zjednoczonych stanach agresji, o zderzeniu wielkich religii i ludziach ślepo podążających ich ścieżkami. O tym, jak ludzki ród tracił resztki godności, jak podcinał gałąź, na której siedział, jak nie chciał słyszeć odgłosów piły jednostajnie szorującej o drewno i jak nagle zawaliła się nie gałąź, ale cały las runął i umarł. Ziemia opowiada nam też o wolności wśród bezkresu nieba wykrzyczanej przez orły, o przytulnej ciszy nocy szeptanej przez koty powracające z łowów, o kołysankach śpiewanych ptakom przez prastarą puszczę w czasie wichury, której opierają się dwustuletnie dęby. O podwodnych szlakach, którymi wędrują żółwie stare jak dno najgłębszych mórz. O okrągłej twarzy księżyca, którą opiewają watahy wilków, wyjąc do nieba każdej nocy. Ziemia ma nieskończenie wiele historii do opowiedzenia. Wystarczy przytulić się do niej, zamknąć uszy na hałas i posłuchać. Kiedy nasycimy się już i odpoczniemy, zwykle ruszamy dalej. Bacznie rozglądamy się na boki, patrzymy pod nogi i wytężamy wzrok, świdrując niebo. Szukamy Miejsc. W najgłębszych czeluściach naszych kieszeni delikatnie wibrują woreczki wypełnione ziarenkami w kształcie łez. Woreczki cudownie pachną marcepanem, a ziarenka są szorstkie i bardzo ciepłe w dotyku. Gdy jest szczególnie zimno w nocy, przytulamy się do siebie i kładziemy je ostrożnie obok; ogrzewają nas przez całą noc. Raz podkradł się do nas ryś i – nie budząc ani mnie ani ciebie – wśliznął się między nasze ciała i spędził tak całą noc. Rano wiatr powiedział, że ryś był umierający i jego czas nadszedł o północy. Podziękował nam za odprowadzenie starego kota na Wielkie Łowy i powiał w świat. Kiedy odwróciliśmy głowy w stronę legowiska, drapieżnika tam nie było - za to zza pobliskiego wzgórza wybiegło kilka saren i zaczęły dla nas tańczyć. Pamiętam jak mówiłaś, że to będzie dobry dzień. I faktycznie, znaleźliśmy wtedy Miejsce – tuż obok naszego obozowiska -

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych