Wróć do katalogu

* MYŚLI NIEUCZESANE * Rozdz.13 - ostatni

Ostatnia już część.

hermenegilda, opublikowano , 43 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

*MYŚLI NIEUCZESANE* Rozdział 13, ostatni.

Delikatnie uniosłam głowę z zagłówka i spojrzałam za okno. Migały tam światła dziesiątek samochodów, pomieszane z błyskami latarni. Ziewnęłam okazale. -Jaka ja jestem padnięta!- westchnęłam i spojrzałam na Rafała. Nie spuszczał oczu z drogi, ale przynajmniej się uśmiechnął. -Długo spałaś. Padłaś od razu przy wyjeździe z Krakowa- stwierdził. Byłam padnięta do granic możliwości. Szkolna wycieczka do Zakopanego wykończyła mnie zupełnie. Rano, musiałam wstać o szóstej, by na siódmą być już pod szkołą. Autobus wyjechał wpół do ósmej. Autobus był pełny, bo na wycieczkę było mnóstwo chętnych. Z Aśką ulokowałam się tuż za siedzeniami nauczycieli – to jest, za Rafałem. Przed Asią siedziała pani Kasia, chemiczka. Kręciła nosem na moją propozycję spoczęcia na początku autobusu, ale dla dobra sprawy się zgodziła. Zawsze jeździła w ostatnim rzędzie, gdzie zawsze kwitło życie towarzyskie. Ja odstawałam jak zwykle od nich. Nie dla mnie były śpiewy i swatanie przez siedzenia, co było rytuałem podczas wycieczek z naszą klasą. Chciałam tylko usiąść za Rafałem. Przez całą drogę trzymaliśmy się za ręce. Położyłam plecak na kolanach i rękę poprowadziłam wzdłuż szyby. Rafał zrobił to samo, więc przez kilka godzin jazdy mogliśmy subtelnie przeżywać swoją obecność. Bawił się moimi palcami przerzucając je i splatając ze swoimi. Na początku pochwalił mój staranny maniquir. Wczoraj spędziłam prawie godzinę, aby zrobić sobie upragnionego frencha. Wedle planu wycieczki, przewodnik i chemiczka rozpoczynali kolumnę uczniów, a kończył ją Rafał. Znał te tereny dobrze, bo bardzo lubił chodzić po górach. Prawdę mówiąc bardziej ulubował sobie Pieniny, ale Zakopane i okolice również nie było mu obce. Ja rzecz jasna również trzymałam się z tyłu. Bardzo lubiłam te niekontrolowane rozmowy z gronem pedagogicznym podczas wycieczek. Często wspominali jak tu byli ostatni raz, opowiadali jakie wspomnienia mają związane z tym miejscem, lub po prostu normalnie rozmawiali. Wokół Rafała jak zwykle był wianuszek dziewcząt z pierwszej klasy. Z drugiej i trzeciej też kilka osób się znalazło. Był bardzo bezpośrednim pedagogiem i chyba tym zaskarbił sobie przychylność młodzieży. Zrobiłam masę zdjęć. Ponadto przemoczyłam buty, bo Michał wepchnął mnie do Morskiego Oka. Ześlizgnęłam się z kamienia pod jego naporem i wylądowałam w wodzie po kostki. Przeszłam niepomiernie wiele kilometrów, więc nie trudno zgadnąć, że byłam nie do życia. A teraz? Teraz jechałam do Szynwaldu Górnego. Do rodzinnej miejscowości Rafała. Hipotetycznie byłam z Aśką na imprezie u Filipa, którego unikałam jak tylko umiałam. Nadal nie odważyłam się na oczywiste zerwanie, ale znając życie miało to niebawem nastąpić. Nie widywaliśmy się, bo zawsze znajdowałam jakąś wymówkę. Gdy rozmawialiśmy, to tylko o nieistotnych rzeczach. Taki związek nie miał racji bytu. Filip to wiedział. Zapewne szykował się do poważnej rozmowy, lub zerwania ze mną. -Mogę włączyć radio?- spytał i już zaczął jeździć palcami po panelu radia. -Oczywiście. Już nie zasnę. Nastawił na jakieś komercyjne radio pełne reklam i wiadomości. Ale nie to było istotne. Ważne było to, żeby coś grało. -Nie mów mi, że Zakopane cię tak wykończyło... -Zgadnij. Nie wiem jak można takie chodzenie nazwać rozrywką. A buty nadal mi nie wyschły. -Dla niektórych to jest pasja!- powiedział poważnie. –Trzeba było zdjąć te buty i zmienić na inne. Teraz marznąć będziesz. -Nie mogłam zostawić tych butów, bo one są jedyne, które nadają się na dyskotekę. Poza tym inne były brudne. -Też mi wyjaśnienie. -Powinno być wystarczające. Z domu zabrałam tylko mały plecaczek z najpotrzebniejszymi rzeczami. Po zakończeniu wycieczki, to jest o godzinie 19, wpadłam do domu jak po ogień i żegnając się ze wszystkimi oznajmiłam, że idę się bawić. Popukali się znacząco w czoło, że jeszcze mam ochotę na tańce, po takim wycisku, jaki nam pewnie przewodnik zafundował. W biegu złapałam plecak, wrzuciłam jakieś ubranie i niepotrzebne bibeloty. Nawet wzięłam plan Warszawy, który nieopatrznie kiedyś do tego plecaczka włożyłam. Po prostu nie miałam czasu na jego opróżnienie. Wszystko w biegu i wszystko na łapu-capu. W radiu zaczęła lecieć jakaś smętna piosenka, a mój ośrodek mózgowy odpowiadający za odbieranie bodźców od razu przyjął, że to jest kołysanka. Oczy same zaczęły mi się kleić. -No nie śpij już, nudzi mi się- zaprotestował Rafał, kiedy głowa bezwładnie opadła mi w dół. Momentalnie się zerwałam i zupełnie rozstrojona znów zapomniałam gdzie jestem. Przyjemny mrok otaczał mnie z każdej strony, a dźwięk rozgrzanego silnika i trzeszczącego radia rozpraszał tą już i tak niezbyt romantyczną atmosferę. -Daleko jeszcze? -Wiesz... dopiero do Tarnowa dojeżdżamy. -No to daleko czy nie!?- walnęłam tekstem ze „Shreka” i jak na komendę roześmialiśmy się. -Pół godzinki, może mniej. To zależy czy ten facet, co przede mną jedzie będzie się pieprzył, czy nie. Jak na razie jedzie ze dwadzieścia kilometrów mniej nić powinien. Przecież to droga ekspresowa! -Spokojnie- zaśmiałam się. –Jeszcze się nerwicy nabawisz. -Jadę na wieś. Mam się cieszyć? -A czy to jest taka prawdziwa wieś. Taka wiesz... krowy, konie, kozy, barany... -No dalej... jakie jeszcze znasz zwierzęta hodownale? -Okropny jesteś! Ja się po prostu pytam, a ty od razu się śmiać ze mnie zaczynasz. Ja dziecię miasta jestem i nigdy nie byłam budzona przez koguta, chyba że tego z „Teleranka”. -Wstyd. Już nie spałam, choć siedzenie miałam rozłożone prawie poziomo. Zabawialiśmy się nawzajem rozmową. Rafał opowiadał mi co nieco o swoim dzieciństwie. Do liceum już jeździł do Tarnowa. Kiedy zaczął studiować, przeprowadził się na stałe do Krakowa. Dziś miał na zadanie pilnowanie domu. Dzisiaj, rano, jego rodzice pojechali gdzieś do sąsiedniej wsi na wesele. A wiejskie wesele – wiadomo. Trwa cały weekend, a ci najbardziej spici, balują, lub odchorowują jeszcze w poniedziałek. Grzeczny syn chętnie się zgodził motywując wypad tym, że bardzo chętnie odwiedzi stare śmieci. A że przy okazji kogoś wziął ze sobą, to dodawało jeszcze atrakcyjności staromodnemu, drewnianemu domkowi na skraju wsi. Przez okno prawie nic nie widziałam. Wiejskie drogi nie były takie jak w mieście – to logiczne. Samochodem nieprzyjaźnie telepało, a ja bałam się, że na kolejnym zakręcie nie wylądujemy na drodze, ale jakimś przydrożnym drzewie. Zero latarni, tylko światła w domach i reflektory wiśnowego samochodu. W końcu zatrzymaliśmy się. Rafał wyszedł otworzyć bramę, a potem wjechał samochodem na podwórko. Nie wiedząc czego się spodziewać po otoczeniu, wysiadłam z samochodu i delikatnie przytrzymałam się maski. Rafał podszedł i wziął mnie za rękę. -Zgubić to się nie zgubisz, ale pozwól, że cię poprowadzę. Ostrożnie tylko, bo są tutaj wystające kamienie. Delikatnie macałam stopami podłoże. Opierając się na jego ramieniu jakoś dotarłam na werandę. Drewno zaskrzypiało złowieszczo, a ja dłonią wypacałam drzwi. Delikatnie, aby nie pokaleczyć się ewentualnymi drzazgami. -Chole.ra! W takiej ciemności za nic w świecie nie trafię kluczem do zamka!- warknął. –Poczekaj! Pobiegł do samochodu potykając się o wystający kamień. Zaklął, a potem usłyszałam piknięcie alarmu samochodowego. Włączył światła, oświetlając werandę. Moim oczom ukazał się malutki domek z drewna, pokryty czerwoną dachówką. Przestraszyłam się, kiedy w tym samym momencie, co Rafał zapalił światła, z parapetu obok mojego ramienia, zeskoczył kot i czmychnął gdzieś w ciemność. To miejsce miało w sobie coś przerażającego. Może tego nieznanego tak bardzo się bałam. -Spokojnie, to tylko kot sąsiadów. Zawsze tutaj siadał, siada i pewnie będzie siadać. Nic się tutaj nie zmieniło!- zaśmiał się i objął mnie ramieniem. Wyjął z portfela klucz i otworzył drzwi. Wkroczyłam za nim w ciemność trzymając kurczowo rękaw jego płaszcza. Aż krzyknęłam, kiedy usłyszałam warczenie i jakieś obce ciało ocierające się o moje spodnie. -Barbarzyńcy- szepnął Rafał. –Psa samego w ciemnościach... Chyba go pogłaskał bo usłyszałam odgłos adekwatny do tej czynności. Nic nie widziałam. Chwyciłam jego rękaw, bo najzwyczajniej się bałam. Od zawsze miałam awersję do psów. -Nie bój się- kucnął i powitał się z pieskiem. –To tylko zwykły kundel. -Jak się wabi? -A jak się może wabić? Ursus! -Spodziewałam się Burka, albo Rexa- odparłam szczerze i zapragnęłam, by w końcu zaświecił światło. A może tu nie ma elektryczności? I wody? A za domem jest uroczy wychodek z pięknym wydłubanym kółeczkiem. A myje się tutaj wodą czerpaną ze studni, a potem przelewaną do miednicy! -No wiesz! O takie coś mnie podejrzewać! To ja mu nadawałem imię i nie splamiłbym takiego uroczego kundla, takim pospolitym imieniem. Tak nisko mnie cenisz! Odszukał dłonią włącznik światła i w końcu pomieszczenie zaczęło wyglądać. Mały przedsionek z którego było widać kuchnię, jakieś schody w górę i kilka drzwi. Przy ścianie stał stoliczek, a na nim leżało kilka słoików i miska jabłek. Na ścianie zawieszone były głowy góralki i górala, który palił fajkę. Podłoga pokryta była brzydkim linoleum, ale pomieszczenie ze ścianami obitymi drewnem robiło wrażenie. Było tak... swojsko, a zarazem tak egzotycznie. Piesek nadal nie przestał szczekać i warczeć, choć Rafał stale go uciszał. Poprosił, abym znów poczekała i pobiegł zgasić światła samochodu. Piesek rzecz jasna rzucił się za nim. Delikatnie powiodłam palcami po lnianym, szarym obrusie. Zajrzałam w głąb kuchni. Mała lodówka, kuchenka gazowa, kilka blatów i kilka szafeczek. Ot, cała, malutka kuchnia. Stąpałam po niezbadanym lądzie, chłonąc nowe doznania. Gdzieś, z którejś szafki kuchennej pachniał chleb, a wazon stojący na lodówce, wypełniony był suszonymi kwiatami. Uśmiechałam się cały czas. Czułam się jakbym trafiła do minionej epoki. Rafał w końcu wrócił i otrzepał buty przy wejściu. Ja o tym zapomniałam – pomyślałam ze wstydem. Zdjął płaszcz i powiesił na wieszaku, tuż przy wejściu. Ursus podbiegł do mnie i zaczął na mnie szczekać. Zrobiłam bezradną minę. Wychowawca odciągnął go ode mnie za obrożę i usadowił pod schodami. Miał tam koc i dwie miski. -Co tam jest?- wskazałam na drzwi w kuchni w dziurą na przejście dla psa. -Ogród. Ale teraz nic nie zobaczysz niestety, zbyt ciemno, a światła tam nie ma. Jak się podoba domek mojego dziecięctwa? -No... całkiem całkiem- przyznałam i przytuliłam się do niego. -Nie ma tu dużo do zwiedzania, ale oprowadzę cię- powiedział i szarpnął mnie za rękę. W kuchni były jeszcze jedne drzwi. Drewniane, z licznymi zdobieniami. Otworzył je, zaświecił lampkę i przed moimi oczami pojawiła się przyjemna sypialnia. Czarno-biały telewizor stał na stoliku przykrytym koronkowym obrusem, a łóżko pokrywała kwiecista narzuta. Nad nią wisiała makatka prawie identyczna jak dywan. –To jest pokój mojej siostry, Karoliny. -Śliczny- podsumowałam. -Dalej...- wyszliśmy z pokoju z powrotem na korytarzyk. Odbiliśmy w drzwi pod schodami. –Tu jest łazienka. -Super, bałam się, że masz tylko wychodek. -No coś ty! Tutaj wszystko jest na wysokim poziomie. Kanalizacja, gaz, elektryczność. Tylko wanny nie mamy, bo miejsca nie było. Tylko skromna kabina prysznicowa. Ku mojemu zdziwieniu, łazienka była bardzo normalna. Kafelki, płytki i inne sztampowe, łazienkowe akcesoria. Spodziewałam się cofniętego w rozwoju domku, a tu proszę! Niespodzianka! Dalej weszliśmy do pokoi do których wejście było tuż przy drzwiach wejściowych. Karmelowe ściany i panele podłogowe dodawały pomieszczeniu ciepła. To był pokój gościnny, przechodni w którym spała mama Rafała. W pokoju tuż obok, oddzielonym od tego pierwszego tylko ażurową zasłonką, spał dziadek. W każdym z pokoi były idealnie złożone tapczany. Usiadłam w tym ostatnim pokoju. Był tu cudny piec kaflowy, a obok niego stał wielki wiklinowy kosz z drewnem. Na środku stał stół z lnianym obrusem w delikatne, niebieskie chabry, a wokół niego stały cztery, drewniane i z pewnością niewygodne krzesła. -Miałeś szczęście, że mieszkałeś w takim cudzie- byłam pod wrażeniem. Nigdy nie przepadałam za wsią, ale nigdy tak naprawdę jej nie smakowałam. Ursus chwilę drapał drzwi wejściowe do pierwszego pokoju. Rafał bezwzględnie zatrzasnął je przed nim, widząc, że ani ja, ani on nie przypadliśmy sobie do gustu. -Wiesz jak ja nienawidziłem tego domu. Dopiero teraz, kiedy mieszkam w kłębie smogu, odkryłem jaka wieś była ładna. Jestem po prostu dziecię wsi na emigracji. Na obczyźnie. -Jak Mickiewicz- powiedziałam, a on przytaknął. Usiadłam na jednym z niewygodnych krzeseł i zaczęłam przeglądać zawartość plecaka. Zdjęłam buty i wyciągłam świeże skarpetki wraz z bielizną. Pidżamę też. -Wybacz, ale jestem padnięta- oznajmiłam. -Nie przejmuj się, widzę. Ja też- zaczął rozpalać w piecu. Oparłam się o ścianę, aż zreflektuje się o co mi chodzi. Najpierw włożył kawałek jakiejś gazety, a potem cienkie drewienka. Wrzucił zapałkę i wszystko nagle zajaśniało złotym płomieniem. Spojrzał na mnie z konsternacją. -Co ty tutaj jeszcze robisz? -Ursus...- powiedziałam bezradnie, a on tylko się zaśmiał. Zamknął na chwilę piecyk i wyprowadził mnie na korytarz. Zaczął demonstrować pieskowi, że na mnie ma nie szczekać. Nie działało. Nie lubił mnie. Z wzajemnością zresztą. W końcu zamknęłam drzwi łazienki na okrągłą klamkę i przejrzałam się w małym lusterku. Siódme nieszczęście. Zdjęłam brudne ubranie i weszłam do kabiny. Gorący strumień wody uderzył w moje ciało i poczułam przyjemne rozluźnienie. Wszystkie mięśnie rozchodziły się i przestawały istnieć. Po 10 minutowym prysznicu sięgnęłam po ręcznik i zakręcając wodę, owinęłam się nim. Odsunęłam zaparowane drzwiczki kabiny i zeszłam na lodowate płytki. Zaczęłam się śmiać, gdy zobaczyłam Rafała opartego o drzwi. -Zero intymności- powiedziałam żartobliwie poważnym tonem. -No a czego oczekiwałaś?- spytał. –Tak pomyślałem sobie, że będziesz się bała wracać. Ursus jeszcze nie zasnął- uśmiechnął się szelmowsko i podszedł do mnie. Pogładził mój policzek i pocałował obojczyk. Chwycił górny kraniec ręcznika, aby ten spadł na podłogę. Powstrzymałam go, przytrzymując miękki, biały ręcznik fortte. -Przepraszam, ale mówiłam, że jestem... -Padnięta- dokończył. -No właśnie- przytaknęłam i wycisnęłam włosy nad umywalką. Od tyłu objął mnie w talii i znów zaczął całować szyję. -Na dobry sen, co?- zaproponował. -Nie dzisiaj... Pocałowałam go w czubek nosa i szybko czmychnęłam do pokoju korzystając z tego, że Ursus na moment wyszedł na dwór. Błyskawicznie przebrałam się w pidżamę i wskoczyłam do przygotowanego już łóżka. Przyłożyłam twarz do poduszki pachnącej świeżym, ostrym, zimnym powietrzem. Pewnie była niedawno wietrzona. Kilkanaście minut potem przyszedł Rafał. Myśląc, że śpię, zgasił światło i położył się obok mnie. Gdy leżał na wznak z rękami splecionymi pod głową, oparłam głowę na jego łokciu i ręką objęłam klatkę piersiową. -Dziękuję- szepnęłam. -Za co? -Za to, że nie nalegasz. W podpowiedzi dostałam długi i soczysty pocałunek. -Kiedy masz jechać? -Jutro. -Jutro? Zrób coś, żeby jechać w niedzielę. Taki ładny program na jutro przewidziałem! Zagryzłam wargi i zaczęłam się zastanawiać co zrobić. Nie miałam żadnego pomysłu.

Otworzywszy oczy zobaczyłam spokojną twarz Rafała, który w najlepsze mnie obserwował. Przez chwilę witaliśmy się w najlepsze, słuchając odgłosów trzaskającego pieca. Na stole już leżał chleb, a obok, na talerzu, różne prepitety do przyrządzania kanapek. -Kocham cię...- pogładził mnie po policzku. Powiedziałam to samo, choć i bez słów rozumiał mnie doskonale.

Nie było możliwości zostanie dłużej w tej uroczej wsi. Chciałam, ale po porannych, zwiadowczych telefonach rodziców nie miałam wyjścia. W południe wyjechaliśmy do Krakowa. Przed siedemnastą znalazłam się już w domu i żywo przekonywałam rodziców, że zasiedziałam się u Asi. Rodzice uwierzyli, czy Karolina... sama nie wiem.

***

Opadłam na kanapę i założyłam nogę na nogę. Zaraz potem do mieszkania wszedł Rafał i starannie zamknął drzwi. Zdjął płaszcz i odwiesił we wnęce do tego odpowiedniej. -Wiesz... o wiele bardziej lubię tutaj przychodzić, odkąd nie mieszka tu Artur. -To chyba logiczne- skwitował moją odkrywczą myśl. Włączył elektryczny czajnik, aby ugotowała się woda. Usiadł obok mnie i uśmiechem na ustach przełożył moją torebkę na fotel. Zbliżył się i odgarnął włosy z mojej twarzy. -Jak ładnie... -Sami... -Sami.- przytaknęłam i rozluźniłam mu krawat. Był piątkowy wieczór, czyli wieczór całkowicie dla nas poświęcony. Właśnie wróciliśmy z „Teatru Stu”, w którym byłam pierwszy raz w życiu. Wychowawca jednym ruchem odpiął haftkę mojej bluzki. -Nawet nie wiesz jak bardzo cię kocham... -Właśnie to jest piękne, że wiem. Przechylił mnie na kanapę i zaczęłam się śmiać bez opamiętania. Całowaliśmy się już nie delikatnie, ani nieśmiało jak za pierwszym razem. Dzisiejsze pocałunki były władcze i pewne. Poznawaliśmy swoje ciała na nowo przez nie delikatny, ale władczy dotyk. W pewnym momencie ciszę wieczoru przerwał dzwonek do drzwi. Zastygliśmy bez ruchu i spojrzeliśmy sobie z konsternacją w oczy. -Nie otwieraj- powiedziałam i pocałowałam go w usta z powrotem nakłaniając go do przyjęcia pozycji leżącej. Przy trzecim natrętnym sygnale dopiero wstał. -Muszę otworzyć. A jak to coś ważnego?- szybko z powrotem narzucił na siebie ubranie. Owinąwszy się w koc, poszłam do jego sypialni. Musiałam się usunąć z pola widzenia. -Rafał! Otwórz!- tym razem zdało się słyszeć pukanie. Na przemian z dzwonkiem. W końcu przekręcił klucz i otworzył drzwi. Nasłuchiwałam wszystkiego, oparta o uchylone drzwi. -Cześć- suchy głos wypełnił pokój, a potem usłyszałam stukanie obcasów. Gość usiadł na kanapie, bo usłyszałam odgłos sprężyn. –Musimy porozmawiać. -A jest o czym? Chcesz kawę, chyba przeczułem, że przyjdziesz i zagotowałem wodę? -A poproszę. Tylko mocną, poproszę. -Już się robi, pani dyrektor- odpowiedział i usłyszałam brzdęk szklanek. Pani dyrektor!? Czyżby wiedziała i dlatego przyszła? Zanosiło się na dłuższą rozmowę, więc zaczęłam się ubierać. Nim Rafał skończył przygotowywać kawę, już siedziałam całkowicie ubrana, po turecku na podłodze i nasłuchiwałam głosów. -Wiesz, że łamiesz zasady? -Ja?- spytał nieświadomym tonem. Grał. -Nie postępujesz zgodnie z regulaminem. -O co ci chodzi? -Nie zgrywaj idioty!- wybuchnęła i zaczęła mówić jakimś piskliwym głosem. -Chodzi mi o tą małą z II d. Wszyscy już wiedzą, że jesteście razem! -Ale... jak? -No nie kryjecie się z tym za bardzo! Ostatnio widziała was matematyczka, w sali do plastyki. Kilka dni temu przyszedł ten chłopak z II i powiedział mi, że jesteście razem i że to jest niemoralne i tak dalej. Że ją wykorzystujesz! Rafał, tak nie może być. -Nie będę zaprzeczał, że kiedyś, krótką chwilę była bardzo dla mnie uciążliwa. Chodziła za mną, błagała o spotkanie... wiesz jak jest. Nie mogłam uwierzyć w to, co właśnie usłyszałam. -Nie ma tak i wiesz dobrze o tym. Albo składasz w poniedziałek wymówienie, albo tak ci spieprzę papiery, że jak wcześniej, nigdzie cię nie będą chcieli do pracy przyjąć. Teraz zresztą też nie będą chcieli. -Ale... ty nie możesz tak postąpić. Mam umowę do końca roku. -Masz! Ale co z tego!? Podpisałeś się pod regulaminem! Przyjęłam cię tylko ze względu na to, że jesteś moją rodziną. W tym wypadku nie patrzyłam na twoje papiery. Obchodziło mnie tylko to, że masz studia i możesz uczyć. Nie obchodziła mnie twoja przeszłość. ALE. Ale kazałam ci złożyć deklarację, że nie będziesz już wiązał się z żadnymi uczennicami! Nie dotrzymałeś. Odetchnęła na moment i zapewne nabrała powietrza na dalszą część kazania. Nie rozumiałam niczego z tej rozmowy. Nie chciałam. Niepokój w sercu rósł. -Nie możesz już dłużej pracować u mnie. Jak to wypłynie, nasze liceum będzie skończone, a pozycja w czołówce miasta zagrzebana pod ziemią. -Jak mnie wywalisz, to nigdzie nie znajdę pracy. -Było nie romansować! Nic nie odpowiedział. Nie umiał się bronić. -Powiedz mi... dlaczego nie znajdziesz sobie żony w swoim wieku, nie stworzysz z nią wspaniałej rodziny, tylko obskakujesz uczennice!? To jest głupia gra na zwłokę, bo zawsze wychodzi! A potem nawet nie pamiętasz ich imion! Nie rozumiem po co się tak bawić! -Ja się nie bawię. -Wiesz jak to wygląda? Bierzesz, mamisz, gwałcisz, porzucasz. -Żadnej przecież nie zgwałciłem! -Otóż to! Otóż to! Mamisz i mamisz, że same ci wpadają w ramiona! I same się pakują do łóżka, bo wierzą w to, co im mówisz. Ty jesteś po prostu wstrętnym, niedojrzałym pedofilem. Nie ma już dla ciebie miejsca w mojej szkole. -Sam odejdę. -Może się załapiesz na czyszczenie rowów. -Nie ma to jak wsparcie w rodzinie. -Ja nie mogę cię w takim czymś wspierać idioto! Wszystkie brudy wychodzą na wierzch. A wiesz co ja się dowiedziałam? Specjalnie zainteresowałam się twoją sprawą. Nikt nie chciał ze mną rozmawiać na ten temat, ale wiesz, że kto jak kto, ale ja mam znajomości. Mówi ci coś nazwisko: Ostałowska. Julia Ostałowska? -Mówi- przyznał. Mętlik w głowie zagłuszał wszystkie inne myśli. Oszukiwał mnie... przez ten cały czas. Niemożliwe. -Była w drugim miesiącu ciąży, kiedy ją przerwała. Zgadnij kto był ojcem. -Najlepiej będzie kiedy już wyjdziesz. Wymówienie złożę w poniedziałek. -Doskonale wiesz, że ty. Nikomu się nie chciała przyznać do związku z nauczycielem. Jak wiesz, wywalono cię jak jeden z nauczycieli znalazł twój list do jednej z uczennic. I na dodatek to nie była Julia, tylko jeszcze inna dziewczyna.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych