Wróć do katalogu

Ostatni martwiec

Ile w Polsce jest wampirów? A jeżeli ostatniemu tylko wydaje się, że jest ostatni?

go24, opublikowano , 51 min czytania, 4,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Drzwi piwnicy uchyliły się. Na szczycie schodów stał mężczyzna trzymający w ręku do połowy opróżnioną butelkę nalewki. Schodził chwiejnym krokiem, podtrzymując się ściany. Z każdym pokonanym stopniem nabierał rozpędu i tracił równowagę. Ostatnie kroki w dół były jedynie daremną próbą utrzymania się w pionie. Spadł z ostatniego stopnia prosto na zimną piwniczną podłogę. Butelka z nalewką wyślizgnęła mu się z ręki i rozbiła o beton. Cała jej zawartość stworzyła lepką kałużę pełną szkła. - O kurwa… - zaklął pod nosem pijaczek. Próbując podnieść się z podłogi, oparł jedną z dłoni na kawałku szkła. Skóra pękła i z rany zaczęła sączyć się krew. W cieniu na końcu korytarzyka coś poruszyło się. Mężczyzna był jednak zbyt pijany, żeby to zauważyć. Nie zwrócił nawet uwagi, kiedy w cieniu zapłonęły dwie malutkie czerwone plamy. Zebrawszy resztki sił pijaczek podniósł się i wsparty o ścianę przeszukiwał kieszenie ciężko sapiąc. Wyciągnął zmiętą paczkę tanich papierosów bez filtra. Włożył jednego do ust i zaczął szukać zapałek. Krew wolno sączyła się z rany brudząc i tak już utytłane ubranie i skapując na podłogę. Na końcu korytarza ponownie coś się poruszyło, tym razem gwałtowniej. Czerwone plamki stały się wyraźniejsze, zdawały się błyszczeć, świecić. Tego nawet pijaczek nie mógł przeoczyć. – Hej! – zawołał słaniając się na nogach – Jez tam kto?

Odepchnął się od ściany i wolnym krokiem ruszył w kierunku czerwonych światełek. Ranną ręką podpierał się ściany, na której zostawiał krwawe ślady. Po kilku krokach przypomniał sobie, że w ustach ma nieodpalonego papierosa. Zatrzymał się i wspierając plecami o ścianę wyciągnął jedną zapałkę z pudełka trzymanego w ręku. Ruch w końcu korytarza nasilił się. Pijaczek był zbyt skupiony na odpalaniu zapałki, żeby zaprzątać sobie głowę czymś takim. Na wysokości oczu na trzymanym patyczku z siarką pojawił się ogień i w tym momencie mężczyzna zobaczył przed sobą twarz. Była trupio blada, niemal kredowa i bardzo chuda, wysuszona. Oczy zdawały się świecić na czerwono. Z szeroko otwartych ust, wypełnionych zębami białymi jak kość słoniowa wydobywał się potworny syk. Mężczyzna pomimo zamroczenia alkoholowego zwrócił uwagę na nienaturalnie długie kły. Twarz jakkolwiek podobna do ludzkiej, z pewnością nie należała do człowieka, a raczej do zwierzęcia. Zwierzęcia, które kierowane instynktem starało się zaspokoić najpierwotniejszą i najważniejszą potrzebę – głód.

xxx

Młody mężczyzna ubrany w brudne, poszarpane spodnie i starą przeciwdeszczową kurtkę wyszedł z jednej z kamienic na warszawskiej Pradze. Jego skóra nabrała normalnego koloru i jędrności. Cała twarz delikatnie zaokrągliła się, nie była już wyschnięta i zapadnięta jak u trupa. Nawet oczy zmieniły kolor, odpłynęła z nich cała krew odsłaniając głęboki błękit tęczówki. Wierzchem ręki przetarł usta, żeby sprawdzić czy nie zostały na nich ślady ostatniego posiłku. Po zaspokojeniu głodu zęby również zmalały. Niczym nie wyróżniał się już spośród tłumu. Wampiry, które odczuwają głód znaczenie się zmieniają. Na ogół trwa to nawet kilka dni i niemal od początku coś się dzieje. Kiedy ostatnia wypita krew przestaje dawać energię, pojawia się głód. Skóra zaczyna być wrażliwa na światło, wysycha i odchodzi z niej pigment. Oczy zachodzą krwią i zmienia się sposób widzenia. Wszystko porusza się jakby w zwolnionym tempie, a krew wydaje się świecić. Zwiększa się siła i szybkość. Najgorsze jest jednak to, że zwierzęce instynkty wyostrzają się. Umiera zdolność myślenia i rozum ustępuje pogoni za zaspokajaniem potrzeb. Objawy te zwiększają się z każdą chwilą głodu. Wampir traci resztki człowieczeństwa i staje się zwierzęciem szukającym ofiary.

Podniósł głowę i stwierdził, że słońce już zaczyna wschodzić. Szybkim krokiem ruszył w kierunku przystanku tramwajowego. Wsiadł do pierwszego wagonu, który jechał w kierunku Centrum. Kierował się do schroniska dla bezdomnych na Woli. Tramwaj był niemal pusty, nie licząc kilku zajętych miejsc. Usiadł na ostatnim siedzeniu i skrył twarz w dłoniach. Nienawidził się za sytuacje takie jak ta przed kilkoma minutami. Zwykle nie żywił się krwią bezdomnych i meneli. Od jakiegoś czasu sam był bezdomny i czuł do nich pewien rodzaj sympatii. Poza tym, bał się. Obawiał się tego, co płynie w ich krwi. Przecież nie wiedział, czy zaatakowana osoba nie ma jakiejś choroby, która może go zabić. Stracił już jednego towarzysza z tego powodu. Wtedy jeszcze nie zdawał sobie sprawy, że ludzkie choroby mogą być również groźne dla jego rasy. Dowiedział się o tym, kiedy jego towarzysz zaatakował w głodzie pewną kobietę.

Przed dziesięcioma laty Knychała, jeden z trzech ostatnich wampirów, zaatakował w ciemnej alejce kobietę, prostytutkę. Działał zupełnie instynktownie. Musiał się pożywić, głodował kilka dni, był całkowicie zezwierzęcony. Kobieta szła ciemnym zaułkiem, zupełnie sama, zapewne chciała szybciej dojść do miejsce gdzie mogła spotkać klientów. W tym samym miejscu znalazł się Knychała, szukający ofiary. Zanim zdążyła się obejrzeć, już była martwa. Po nabraniu sił i powrocie do stanu podobnego do człowieka, Knychała oderwał jej głowę i pozostawił między nogami. Wszystkie wampiry musiały tak robić jeżeli zaatakowały w głodzie. Przez to ofiary nie zmieniały się. Jedynie świadomie wybierani osobnicy dostawali dar.

Kiedy Knychała dotarł do kryjówki był strasznie słaby. Krew ewidentnie mu zaszkodziła. Kiedy ponownie stał sie głodny, nie odzyskał nadludzkich sił, a jedynie słabł z każdą chwilą. Marchwicki, drugi z towarzyszy, dowiedział się, że zabita przez Knychałę kobieta miała AIDS. Wtedy zrozumieli, że chora krew jest dla nich szkodliwa. Wszystkie zanieczyszczenia i infekcje wpływają na życie wampira. Oczywiście lekka uleczalna choroba nie ma większego znaczenia, krew jest jedynie mniej odżywcza i szybciej pojawia się głód.

Po kilku dniach cierpienia Knychały, towarzysze postanowili ukrócić jego męczarnie. Zaczekali do nocy i wynieśli go do lasu za miastem. Obaj byli głodni, specjalnie przegłodzili się, żeby mieć więcej sił na wypadek, gdyby ktoś ich zauważył i musieli szybko uciekać. Towarzyszyło im szczęście i podczas tej wyprawy wszystko poszło zgodnie z planem. Mieszkali wtedy pod Krakowem w starym opuszczonym domu. Zostawili ,wijącego się z bólu i krzyczącego, Knychałę przywiązanego oboma rękoma do drzewa. Chcieli mieć pewność, że słońce go spali. Wiedzieli, że wampir w tym stanie zginie w kilka minut. Zostawili go i wrócili do swojej kryjówki.

Drugi towarzysz, Marchwicki, zginął trzy miesiące później. Zaatakował kobietę na Błoniach. Zanim jeszcze zdążył się w nią wgryźć pojawił się jakiś facet z paralizatorem. Poraził wampira prądem i zostawił tak na pastwę losu. W jego przypadku również światło słoneczne dokończyło zadanie. W ten oto sposób Oblevega został sam – ostatni wampir w Polsce. Od tamtej pory nie chciał nikomu zaufać, opuścił kryjówkę i przeniósł się do Warszawy. Wiodąc życie bezdomnego, starał się pokonać swoją wampirze naturę. Kiedy czuł rządzę krwi, uciekał ze schroniska i ukrywał się. Podczas ucieczek starał się unikać miejsc, w których mógł kogokolwiek spotkać. Choć zdarzały się takie sytuacje jak ta nad ranem, kiedy niespodziewanie ktoś się zjawiał.

Po dotarciu do schroniska szybko skierował swoje kroki do łazienki. Musiał się umyć. Spędził trzy dni ukrywając się w piwnicy. Myślał, że nikogo tam nie będzie, kamienica była przecież przeznaczona do rozbiórki. – Witaj Adamie, dawno cię u nas nie było. Co się z tobą działo? Miałeś jakieś problemy? – zatrzymał go jeden z braci zakonnych prowadzących placówkę. – Witam brata opiekuna. Nie było mnie w Warszawie. Dopiero teraz wróciłem. Czuję się strasznie, muszę się umyć. Brat pozwoli – ukłonił się i nie czekając na pozwolenie odszedł znikając za drzwiami łazienki. Że też trafił akurat na tego zakonnika. Nigdy nie pamiętał jego imienia, ale za to twarz zapadła mu w pamięć doskonale. Zawsze wiercił dziurę w brzuchu i musiał wszystko wiedzieć. – Adamie! Zaczekaj! – brat wpadł do łaźni akurat, kiedy Oblevega zdejmował kurtkę. Na koszulce miał kilka kropel krwi – Co to za plamy na twoich spodniach? – brat spojrzał na koszulkę pochlapaną krwią – I na koszulce. Czy na pewno nic ci nie jest? Pozwól mi zobaczyć ranę, wezwiemy lekarza. – Nie! Nie trzeba, nic mi nie jest. – A ta krew? – To nie moja, jasne! – wrzasnął wyprowadzony z równowagi Oblevega. Zakonnik szeroko otworzył oczy i dał krok do tyłu. Wampir wiedział, że zakonnik nie przemilczy tej sytuacji i o niej nie zapomni. Dał dwa długie, bardzo szybkie kroki w kierunku brata i mocno pchnął drzwi za jego plecami. Drewno w zderzeniu z futryną huknęło, ale nikt raczej nie zwrócił na to uwagi. W takim miejscu co chwilę ktoś krzyczy, bądź jakieś drzwi albo okna są głośno zamykane. – Proszę, w imię Boga, nie rób mi krzywdy – zakonnik starał się zasłonić twarz ręką. Wiedział, że nie ma już drogi ucieczki i nie ma dla niego nadziei. Pod nosem zaczął odmawiać modlitwy. – Przykro mi bracie Michale – powiedział, chociaż wcale mu nie było przykro. Nawet trochę się cieszył, miał pewność, że krew zakonnika będzie czysta. Dodatkowo jak na ironię w tej sytuacji przypomniał sobie imię zakonnika. Obelvega otworzył szeroko usta i wydał z siebie zduszony syk. Kły mu się wydłużyły, na ten widok brat przerwał modlitwę, szeroko otworzył oczy, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi. Wampir skoczył na niego i zatopił zęby w cienkiej skórze na szyi zakonnika. W ustach Obelvega poczuł słodkawy, miedziany smak zdrowej ludzkiej krwi. Tak dawno nie trafiła mu się zdrowa ofiara.

Kiedy skończył, ukrył ciało pod stertą brudnych ręczników, wcześniej zabierając z niego całe ubranie, włącznie z bielizną. Wszedł pod prysznic i dokładnie się umył. Wychodząc sprawdził jeszcze czy nie zostawił nigdzie żadnego śladu krwi. Musiał zapewnić sobie jak najwięcej czasu na ucieczkę. Żal mu było rozstawać się z tym schroniskiem, ale wiedział, że miejsc tego typu jest tyle, że bez problemu znajdzie nowe schronienie. Wychodząc z budynku starał nie rzucać się w oczy, chociaż idąc przebrany w ubrania zakonnika raczej wyróżniał się spośród bezdomnych. Na jego szczęście nikt akurat nie kręcił się po budynku. Pracownicy schroniska przebywali teraz na stołówce wydając porcje obiadowe podopiecznym. Wyszedł na ulicę i szybkim krokiem oddalił się od budynku schroniska, nie oglądając się za siebie. Kiedy skręcał za róg ulicy uśmiechnął się delikatnie na myśl o tym, co właśnie uczynił. Po raz pierwszy od dziesięciu lat, od kiedy stracił Knychałę i Marchwickiego, myślał o odbudowaniu rasy wampirów. To stało się jego nowym celem.

xxx

3 dni później

Stara siostra zakonna, pomagająca w schronisku zapukała mocno do drzwi łazienki na parterze. Zaczekała kilka chwil i zapukała ponownie. Znów odpowiedziała jej jedynie cisza, uznała więc, że nikogo nie ma w środku i delikatnie otworzyła drzwi. – Przepraszam, czy jest tu kto? To ja, siostra Marta. Przyszłam po pranie – znowu odczekała kilka chwil na odpowiedź, która jednak nie padła. Weszła więc do środka popychając przed sobą wielką plastikową miskę. W kącie łazienki, jak zawsze, leżała starta ręczników, brudnych i śmierdzących. Z fartucha nałożonego na habit wyjęła gumowe rękawiczki i naciągnęła je na dłonie. Brzydziła się dotyku brudnych ręczników, głównie po bezdomnych. Przecież oni wycierają nimi wszystko. Pewnie nawet jednego ręcznika używało kilku facetów. Zawsze wiedziała, że mężczyźni są strasznie niechlujni. Brzydziła się wszystkich mężczyzn, a zwłaszcza bezdomnych. Śmierdzieli alkoholem, papierosami, a najczęściej moczem. Nienawidziła swojej pracy, ale kiedy dostała przydział do schroniska, nie sprzeciwiała się. O nie, jak Bóg jej kazał i takie wyznaczył zadanie to ona je wykona. Z mocno zaciśniętymi zębami, ale wykona. Jeżeli na ziemi jest nieszczęśliwa to w niebie będzie jej to wynagrodzone. Rozmyślając tak nad swoim położeniem, zaczęła wkładać ręczniki do miski. Mniej więcej w połowie stanęła jak wryta. Leżał przed nią ręcznik cały nasiąknięty czymś brązowym. Domyślała się, że raczej nie jest to brudna woda, a utleniona i zaschnięta krew. Bardzo wolno i delikatnie podniosła ręcznik. Ujrzała pod nim twarz brata Michała, bladą i spokojną. W pierwszej chwili zamarła, nie mogła nabrać powietrza. Patrzyła osłupiała na martwe, zamknięte oczy. Wiedziała, że zakonnik nie żyje, ale musiała się upewnić, sprawdzić mu puls, tak jak uczono ją kiedyś na zajęciach z pierwszej pomocy i jak zawsze robili to w filmach. Starała się nie oddychać i nie poruszać gwałtownie, wyciągnęła rękę w kierunku twarzy ukrytej w ręcznikach. Była zbyt przejęta, żeby zauważyć, że usta zakonnika delikatnie drgnęły.

Skupiła się całkowicie na tym jednym, prostym zadaniu. Wyciągała powoli rękę coraz bliżej i bliżej bladych zwłok. Już niemal czuła pod opuszkami palców jego zimną skórę, odwróciła twarz, żeby nie patrzeć jak jej dotyka. Sama świadomość tego, co właśnie robi była wystarczająco odrażająca, nie chciała na to patrzeć. W głowie powtarzała modlitwy. Jest, zimne ciało, nic nie czuć, a więc na pewno nie… – Aaaa! – krzyknęła siostra czując, jak coś dotyka jej ręki. Zabrała ją, szybko i przycisnęła do piersi. Jednocześnie odskoczyła na krok i wlepiła wzrok w ręczniki. Nerwowo zaczęła się śmiać sama z siebie. Jeden z ręczników zsunął się na twarz martwego zakonnika. Musiała go poruszyć, kiedy po omacku sprawdzała puls. Już spokojna, odwróciła się i swobodnym krokiem ruszyła do drzwi. Musiała wezwać pogotowie i policję, bo przecież nie wyglądało to na naturalną śmierć. Przede wszystkim jednak musiała zgłosić zaistniałą sytuację dyrekcji schroniska. Trup nie ucieknie, a brat dyrektor musi wiedzieć o wszystkim zanim zjawią się służby.

Nagle poczuła coś koło siebie. Jakby ktoś obok niej przebiegł. Drzwi zamknęły się delikatnie i zobaczyła stojącego przed nimi nagiego mężczyznę. Nie wierzyła własnym oczom, był to zakonnik, martwy brat Michał, któremu właśnie sprawdzała puls. Ale jak to się mogło stać? Czyżby się pomyliła? – Bracie, dobrze się czujesz? – starała się przynajmniej zachować pozory normalności i zdrowego rozsądku, chociaż czuła, że chyba zaraz zwariuje – Jesteś nagi, okryj się.

Zakonnik zdawał się jej nie słyszeć. Otworzył szeroko usta i rzucił się na zakonnicę zanim zdążyła wydać z siebie jakikolwiek dźwięk. Łapczywie spijał jej krew. Z każdą kroplą wracały mu zmysły, im bardziej zaspokajał głód, tym lepiej rozumował. W końcu kiedy czuł się najedzony, rzucił bezwładne ciało zakonnicy na podłogę i chwilę gapił się na nią. W myślach wrócił do chwili kiedy został zaatakowany przez wampira i zabity, ale nie widział twarzy swojego oprawcy, ponieważ wydawała się zamazana. Drugim obrazem jaki zobaczył i prześledził w głowie były wydarzenia sprzed chwili. Wiedział kim był i komu służył. Przyklęknął i zaczął płakać.

xxx

– Czekałem na ciebie, bracie opiekunie – usłyszał młody zakonnik wychodząc ze schroniska. Ujrzał przed sobą mężczyznę w podobnym wieku, który był ubrany zupełnie na czarno. W pierwszej chwili zdawało mu się, że nie zna tego osobnika, ale coś wyraźnie ciągnęło go do niego. – Czy my się znamy? – zatrzymał się mnich, ale po sekundzie dotarło do niego co przed chwilą zrobił i przyśpieszył kroku mijając nieznajomego. Mężczyzna ubrany na czarno złapał go za rękę i Michał stanął jak wryty. Zobaczył nieznajomego składanego do trumny w jakiejś starej wsi, jakby przed setkami lat. Martwe twarze ludzi, którzy go żegnali. Wszyscy mieli na szyjach ślady od ugryzień. Zobaczył jeszcze jak ten sam nieznajomy podstawia puchar pod potok krwi mężczyzny nabitego na pal i podaje jakiemuś dostojnikowi czy hrabiemu. Na końcu zobaczył nieznajomego atakującego go w łaźni. – Oblevega –wyszeptał Michał, sam nie wiedział skąd znał imię nieznajomego, ale je znał. – Zgadza się, to ja dałem ci nowe życie. A teraz chodźmy stąd – zakonnik usłuchał polecenia.

xxx

Usiedli przy stole w kuchni. Obelvega patrzył na swojego ucznia z zachwytem. Spodziewał się, że razem dokonają wielkich czynów. Odbudują rasę wampirów. Ale wiedział, że zawsze z wielkimi nadziejami idą wielkie obawy. Nie był do końca pewien posłuszeństwa swojego nowego ucznia, ale musiał zaryzykować. Ten zakonnik miał potencjał. Wyczuł to kiedy nieomal go zabił. – Co to za dom? – zdziwił się Michał. – Nasza nowa kryjówka – Michał rozejrzał się po mieszkaniu. W salonie przy fotelu zobaczył ślady krwi, ale nic więcej nie wskazywało, że mogła tu się odbyć jakaś walka. – Zabiłeś właścicieli? – Ojca tak, syna nie, będzie również moim uczniem. Tak jak ty. Matkę oszczędziłem, będzie pierwszym posiłkiem naszego małego towarzysza – Oblevega uśmiechnął się. – Ale jeżeli to dziecko to potrwa zanim dorośnie. – O to się nie martw. Jako wampir dorośnie bardzo szybko, ważne żeby odżywiał się odpowiednio często. Osiągnie dojrzałość i przez lata się nie zmieni. Tak jak ty, czy ja. Wampiry nie starzeją się, przynajmniej nie tak jak ludzie. Krew daje nam siły i witalność. Razem z krwią wypijasz czyjeś życie. Szybciej je zużywamy i dlatego często potrzebujemy nowych żyć, krwi. Z każdym dniem bez jedzenia tracisz człowieczeństwo i zmysły ci się wyostrzą. Staniesz się zwierzęciem. Pamiętaj jednak, że na głodzie znacznie się starzejesz i czasami, po długim poszczeniu jedna ofiara może ci nie wystarczyć, żeby odzyskać wiek i zdrowie – Oblevega wstał i podszedł do kuchenki. Sprawdził, ile jest wody w czajniku i podpalił gaz – Napijesz się herbaty? – Herbaty? – zdziwił się Michał, zdawało mu się, że usłyszał właśnie najbardziej niedorzeczną kwestię w swoim życiu – Jak to herbaty? – Normalnie herbaty. Takie liście krzewu herbacianego zalane wodą. – Wiem, co to jest herbata. Wampiry piją herbatę? – Tak, ale tylko w szklankach – odpowiedział Oblevega i parsknął śmiechem. Michał zdawał się nie zrozumieć dowcipu i wampir przestał się śmiać – Kiedy nie jesteśmy na głodzie funkcjonujemy prawie jak normalni ludzie. Jedynie nie odczuwamy głodu, w sensie nie potrzebujemy pokarmu, takiego jak ludzie. Chociaż nam nie szkodzi. To co z tą herbatą? – Mogę się napić. Powiedz mi czemu, nic nie czuję? Po zabiciu zakonnicy poczułem się jak zbity pies, chciałem umrzeć. Wcześniej byłem zakonnikiem. Teraz po spotkaniu z tobą już tego nie czuję. Czemu?

Oblevega zamyślił się chwilę. Czajnik zaczął gwizdać więc go wyłączył. Postawił na stole dwa kubki i wsypał do każdego po łyżeczce liści herbaty. – Trzeba chwilę zaczekać. Najlepiej jest zalewać herbatę wodą około osiemdziesięciu stopni. Wtedy najlepiej się parzy – odczekał chwilę i zalał liście. Postawił jeden kubek przed Michałem, drugi przed sobą – Pytałeś, czemu nie czujesz żalu. Nie wiem. Tak to już jest. Zanim mnie spotkałeś, byłeś sam. Bałeś się i nie wiedziałeś co ze sobą zrobić. Twoje poprzednie życie dobiegło końca. Nowe się wtedy jeszcze na dobre nie zaczęło. Kiedy się spotkaliśmy i zrozumiałeś kim jestem poczułeś ulgę, prawda? – Michał pokiwał głową, ale nic nie odpowiedział. Nie chciał przerywać swojemu nowemu mistrzowi, a tym bardziej nie chciał przyznać, że odraża go to kim się stał – Służyłeś wcześniej Bogu, ale zrozumiałeś, że kiedy ja stanąłem na twojej drodze twój Bóg cię opuścił. Umarłeś i nie on cię wskrzesił, ale ja. – Powiedz mi jeszcze. Te wizje, kiedy złapałeś mnie za rękę gdy starałem się cię ominąć. Co to było? – A co widziałeś? Każdy doświadcza czegoś innego. – Widziałem twój pogrzeb, tak mi się wydawało, a później ludzi, którzy byli na ceremonii, ale martwych, ze śladami ugryzień. – To był mój pogrzeb. Kiedy to było… – Oblevega zamyślił się – Urodziłem się niemal tysiąc lat temu. Mój ojciec służył Piastom, ja również. Kiedy miałem trzydzieści jeden lat wyruszyłem na wojnę z Niemcami i tam zginąłem. Ojciec z bratem chcieli mnie pogrzebać blisko domu. Wieźli mnie niemal tydzień. W końcu dotarli do naszej wsi nieopodal Krakowa i w rodzinnej chacie odprawiono mój pogrzeb. Pochówek miał się odbyć następnego dnia. W nocy obudziłem się wygłodniały i zabiłem całą swoją rodzinę . Sąsiedzi usłyszeli krzyki i zbiegli się. Byłem jak zwierzę zagonione w róg. Atakowałem każdego, kto próbował się zbliżyć. Wiedz jednak, że kiedyś wsie nie były tak wielkie jak teraz. Kilka chat, trzy, cztery rodziny w głuszy, między polami. Wybiłem wszystkich we wsi, zamieniając ją w osadę upiorów. – I co się stało z wami? Z innymi – zainteresował się Michał. – Musieliśmy coś jeść. Nocami atakowaliśmy pobliskie wsie i podróżnych. Pewnej nocy zanim udało mi się wrócić z łowów zobaczyłem z daleka łunę pożaru. Spalono całą wieś i stoczono bitwę. Kilkanaście wampirów przeciwko całej armii ludzi. Łapano każdego z osobna i obcinano mu głowę, a później ciało i głowę palono osobno, z obawy przed zrośnięciem. Uciekłem i tułałem się po świecie. – Miałem jeszcze jedną wizję. Jak podajesz kielich krwi jakiemuś szlachcicowi, czy komuś takiemu. – Ha, krew ściekającą po palu z nabitych ludzi? – Michał ponownie pokiwał głową bez słowa – Słyszałeś kiedyś o Władzie Palowniku z Siedmiogrodu, hospodarze wołoskim? – tym razem Michał zaprzeczył – A o hrabim Drakuli? – No, o Drakuli to chyba każdy słyszał. – No więc Wład Palownik jest Drakulą. Jest historycznym odpowiednikiem tej postaci. Jego ojciec miał przydomek Draco, czyli smok, który później za okrucieństwa, został przekształcony w Dracul, z węgierskiego diabeł. Stąd się wzięło Drakula. Nazywano go tak, bo uwielbiał torturować ludzi, głównie wbijać na pal, stąd też Palownik. To ja podałem mu puchar pełen krwi po jego transformacji w wampira. Jednak na jego dworze nie zabawiłem długo. Miał wielu wrogów, nie tylko po za granicami, ale również w państwie. Podczas oblężenia zamku przez Turków uciekłem, najpierw do Czech, a później do Polski. To na dworze Włada przyjąłem imię Oblevega. Odchodząc z zamku hospodara zabrałem ze sobą pokaźny majątek, jaki otrzymałem za przekazanie mu daru nieśmiertelności, który długo mu nie posłużył. – Zastanawia mnie, czemu mieszkałeś w schronisku dla bezdomnych. Mówisz, że byłeś szlachcicem i miałeś majątek. – He… – Oblevega westchnął ciężko – Wszystko mi zabrano. Miałem wspaniałą kamienicę w Krakowie przy samym rynku. W latach pięćdziesiątych komuniści zabrali mi wszystko – kamienicę, majątek. Mogłem ich zabić, ale po nich przyszli by następni urzędnicy. Nie tylko chcieliby kamienicę, ale również szukaliby kolegów. Ich też wtedy miałbym zabić? I tak w kółko? – spuścił głowę zrezygnowany i dodał z ironią – Wybrałem mniejsze zło. Oddałem wszystko bez walki, bez większego sprzeciwu i odszedłem. Całe to upaństwawianie przez komunistów było śmieszne, teraz wszystko oddają. Ale ja nie mogę się upomnieć. Jak mam odebrać kamienicę kupioną w latach trzydziestych, ale osiemnastego wieku?

Oblevega opowiedział mu jeszcze o swoich towarzyszach i o tym, jaki spotkał ich los. Michał zdawał się chłonąć każde słowo, wiedział, że od tego, ile się nauczy może zależeć jego los.

xxx

Michał obudził się w środku dnia i spostrzegł wpatrujących się w niego mistrza i chłopca. Od razu domyślił się, że jest to dziecko, o którym wspominał Oblevega. Dzieciak wyglądał normalnie, a więc musiał być już po pierwszym posiłku. – To jest właśnie mój młody uczeń, Paweł – Oblevega uśmiechnął się – A to twój starszy kolega, Michał – mistrz odwrócił dzieciaka niczym kukłę i wyszli z pokoju. Michał znowu został sam. Przypomniał sobie dzień swoich święceń, kiedy przysięgał wyrzec się zła i służyć Bogu. Tylko co z tego, jeżeli jedyny wybór jaki ma to zabić albo umrzeć. Ubrał się i odsłonił okno, chciał bowiem sprawdzić, czy promienie będą go parzyć.

Wyszedł z domu bez słowa, ponieważ musiał zastanowić się nad swoim życiem po życiu. Wierzył, że coś go czeka po śmierci, ale nawet w najśmielszych snach nie spodziewał się czegoś takiego. To przekraczało wszelkie granice. Przechadzając się ulicami Warszawy wspominał swoje ludzkie życie. Nawet nie widział kiedy i jak dotarł do Śródmieścia. Stał przed kościołem Św. Anny.

Wszedł głównym wejściem, w pierwszym odruchu odwrócił wzrok od krzyża, ale po chwili przywykł do jego widoku. Nadal wydawał mu się on straszny, ale mimo wszystko na niego patrzył. Jedną ręką sięgnął po wodę święconą, żeby się przeżegnać. Kiedy dotknął cieczy, nie poczuł chłodu jaki powinna nieść, ale gorąco i palenie. Szybko cofnął rękę, na opuszkach palców miał ślady spalenia i bąble. Przełknął ślinę i piekącą ręką wykonał znak krzyża rozpoczynając od czoła. W miejscu, gdzie dotknął głowy ręką pojawiło się zaczerwienienie i pieczenie, ale starał się nie zwracać na to uwagi. Minął pierwsze rzędy ławek mimo, że czuł jak z każdym krokiem robi mu się coraz bardziej niedobrze. Stojąc przed ołtarzem czuł jak przez całe jego ciało przebiegały drgawki. Niespokojnie rozejrzał się wokoło. Nikogo nie widział. Miał wrażenie, że w kościele jest jeszcze ktoś. Chociaż cały czas odczuwał dreszcze i obrzydzenie, przykląkł i zmówił modlitwę. – Chodź ze mną – usłyszał za sobą polecenie. Odwrócił głowę i zobaczył za sobą młodego kleryka, który wpatrywał się w niego. Miał niezwykle spokojną i pogodną twarz. Twarz człowieka, o którym wiesz, że możesz mu zaufać – O nic nie pytaj. Wiem kim jesteś – Ksiądz odwrócił się i obszedł ołtarz. Michał bez słowa podniósł się i ruszył za nim.

Weszli do zakrysti, gdzie czekał na nich wiekowy mężczyzna. Nie wyglądał na księdza, nie miał na sobie sutanny ani koloratki. Zakonnikiem chyba też nie był. – To jest Patryk Konieczny, polski Van Helsing – starzec jedynie skinął głową bez słowa – Kiedyś był księdzem, ale został wydalony za swoje czyny. Był najlepszym egzorcystą w tym kraju. Kiedyś wezwano go do przypadku dziewczyny, która okazała…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych