Wróć do katalogu

Podroby

Nie podnoście ręki na swoje kobiety!

somebody_like_you, opublikowano , 10 min czytania, 4,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Anna nie miała mu tego za złe. Już nie. Odkąd rozmyślała częściej nieco o jego pracy. O tym, co niby zostawiał za sobą wracając do domu, co jednak w części przecież przynosił w zakamarkach przyodziewku, w porach skóry, we włosach. Gdy utartym już zwyczajem siadał w swojej izbie w towarzystwie kolejnej butelki, zamykała za nim drzwi i kryła się w przeciwległej części odludnego domostwa, w kuchni, w sypialni, w ostateczności w drewutni. Niekiedy zdarzało się to w soboty, niekiedy w piątki. Jeśli nie musiał wychodzić z domu, potrafił spędzić tak cały weekend. Nie ograniczał się do nalewania sobie kolejnych porcji alkoholu. Malował pod jego wpływem. Delirycznych akwarel nie wieszał na szczęście na ścianach i nie obdarowywał nimi nielicznych znajomych (chciałem napisać przyjaciół, w ostatniej chwili zdałem sobie sprawę z tego, że to na wyrost). Właściwie, zapytana co działo się z jego malowidłami, nie potrafiłaby odpowiedzieć. Musiał je dokądś wynosić, albo może palił nimi w piecu gdy nie było jej w domu, gdy wychodziła po zakupy, lub szła odwiedzić chorą matkę. W każdym razie, sprzątając, nie natknęła się na żadną z jego prac. Widziała tylko kilka razy te niedokończone, powstające właśnie, rozpięte na sztalugach. Za każdym razem przerażały ją, choć mogła podziwiać jedynie ich zarys. Van Gogh, zanim obciął sobie małżowinę uszną, nie bluźnił przy pomocy pędzla tak okrutnie. Jakże niewyczerpane są leżące w człowieku pokłady szaleństwa. I jak płytko leżą…Usiłował chyba namalować śmierć? Raz na dwa, lub trzy tygodnie, półgębkiem prosił ją by kupiła farby w kolorach będących już na wyczerpaniu. Płótno kupował sam i gruntował je własnoręcznie. Twierdził że nikt nie zrobi tego lepiej niż on sam. Wcierał w nie rozbełtane białko kurzego jajka, otaczając się kłębami dymu z zawiniętej w gazetę machorki. Była mu ślepo posłuszna. Prała jego przepocone koszule i nie zważała na odnajdywane niekiedy na ich rękawach ślady farb. Gotowała tylko to, co lubił jadać, nawet jeśli sama cierpiała na wzdęcia już na sam widok przyrządzanej mu strawy. Miał przedziwne zachcianki, również gdy chodzi o spożywane posiłki. Bułka maczana w gorącym mleku była tego przykładem najmniej kontrowersyjnym. Podejrzewała, że upodobanie do tej prostej, siermiężnej strawy wyniósł z czasów dzieciństwa, które dotknęło go głodem. Dzieciństwa którego nigdy nie wspominał, o które zaś pytania zbywał gniewnym parsknięciem. Lubił też jadać tłuste żeberka wieprzowe, gotowane w kwaszonej kapuście, wszelkiego rodzaju podroby, serca, płuca i flaczki przyrządzane z wołowych żołądków, plastry cielęcych nerek obtoczone w rozbełtanym jajku i tartej bułce, smażone następnie na rozgrzanym maśle. Zdarzało się że nacierał solą wielki połeć słoniny, po czym wędził go olchowym dymem w wędzarni w ogrodzie, zaimprowizowanej z dębowej beczki po winie, przykrytej wojłokiem. Gdy wśród bydła wybuchła zaraza zwana chorobą Kreutzfelda – Jacoba, a ze sklepowych półek zniknął móżdżek, dostawał szału. Musiała kupować go od miejscowych gospodarzy, z pokątnego uboju. Nigdy nie zastanawiała się nad genezą jego upodobań kulinarnych. W skrytości ducha jednak wolałaby podawać mu niedosmażone, krwiste steki, niż całe to świństwo które tak uwielbiał. Przynosiła jednak do domu podroby i, raz po raz, wodne farby. Pędzle kupował sam, czyniąc z tego trwającą nieznośnie długo ceremonię. Rozcierał w palcach włosie, przykładał je do policzka, ślinił, po czym znów rozcierał. Właściciel sklepu z artykułami dla rysowników i malarzy z pewnością miał go za wariata. Czy nim był faktycznie? Nie zastanawiała się nad tym przezornie. Gdyby okazało się, że sypia w jednym łóżku z pomyleńcem, nie umiałaby dalej żyć. Póki co więc sypiała w jednym łóżku z obcym sobie zupełnie mężczyzną, który był jej mężem. Również i tam była mu bezwzględnie posłuszna. Nie protestowała, gdy przetaczał się po niej z impetem rozpędzonej ciężarówki, nie całując jej nawet. Tłumaczyła sobie wytrwale że taki po prostu jest. Że wszyscy przecież jesteśmy tacy, jakimi ukształtowało nas dotychczasowe życie. On również. I ona także. W powszednie dni tygodnia nie pił. No, może czasem przepłukał usta alkoholem, było tego jednak tyle tylko, co na ból próchniejącego zęba. W poniedziałki, wtorki, środy i czwartki, a niekiedy nawet w piątki nie brudził też dłoni akwamaryną i błękitem. Drzwi do jego izby pozostawały zamknięte, ona zaś nie miała do nich klucza. Była spokojniejsza w te dni. Wracał późnym wieczorem i od razu kładł się do łóżka, wcale jej tam nie przyzywając. Nie jadł nawet kolacji, a przede wszystkim, i to było najważniejsze, nie pił. No i nie bił jej, jak po pijaku. Jeszcze o tym nie wspomniałem? Że ją bił, regularnie i do krwi niekiedy? Nie? No to już teraz wiecie. Ten półkrwi azjata bił ją gdy tylko spojrzała na niego nie tak, jak by sobie życzył. Niekiedy bił ją za to, że w ogóle na niego spojrzała. Albo dla innego widzimisię. Nie bił

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych