Sekret starożytności
opowiadanie przygodowe o poszukiwaniu tajemniczego artefaktu
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Sekret Starożytności
Prolog Wszyscy znają historię starożytną, ale nie każdy wie, że swego czasu odbyła się wielka wojna o władzę nad wszystkim, a właściwie o artefakt, który miał ją zapewnić. Owe starcie trwało setki lat. W tym czasie zginęło dziesiątki tysięcy ludzi, ale nikt się tym nie przejął. Liczyła się tylko władza. Dopiero pewien żołnierz ateńskiej armii zrozumiał błąd i kiedy nikt nie widział, ukradł artefakt, lecz nie przewidział konsekwencji. Gdy tylko strażnicy się zorientowali, zaraz ruszyli w pościg. Wojownik nie miał wyboru i postanowił oddać artefakt pewnemu dobrodusznemu uczonemu. Uczony zgodził się pomóc. Ukrył artefakt w sobie tylko znanym miejscu i stworzył tylko jedną mapę, którą tylko on umiał odczytać. Żołnierza i uczonego po pewnym czasie pojmano, a następnie skazano, ale o artefakcie słuch zaginął. Co się stało z mapą? Przechodziła z rąk do rąk, każdy próbował ją rozszyfrować, ale w końcu i o niej słuch zaginął. Wszyscy po prostu zapomnieli o artefakcie i mapie. Aż do dziś… Nasza właściwa historia zaczyna się w muzeum historii starożytnej w Atenach. - … Tu widzimy antyczne greckie wazy z 2000r. przed naszą erą… - opowiadał przewodnik. Właśnie trwa wycieczka szkolna licealistów. Uczniowie chodzą po muzeum i robią wszystko poza słuchaniem przewodnika, o czym właśnie się przekonał… - Ej! Czy ktoś mnie tu słucha?! - Nie. Pan strasznie przynudza – odpowiedział jeden z uczniów. - Skoro, tak to idziemy dalej… Oto nasz najnowszy eksponat. Jeśli on was nie zaciekawi, to nie wiem co… - To tylko stary kawałek papieru – stwierdził ten sam uczeń. - Bynajmniej. To stara mapa, która ponoć ma prowadzić do prastarego artefaktu o niewyobrażalnej mocy – Cała klasa wyraźnie się zaciekawiła. - Ów artefakt ponoć może dać władzę nad wszystkim, co istnieje. Oczywiście to tylko legenda… Ale wyobraźcie sobie taką moc na wyciągnięcie ręki. Szkoda tylko, że nie da się jej odczytać. No cóż, mówi się trudno. Kontynuujmy… Reszta wycieczki minęła normalnie, ale jednemu z uczniów - Maksymilianowi Angelopoulosowi - ta historia z mapą nie dawała spokoju… Po wycieczce poszedł porozmawiać z przewodnikiem, aby dowiedzieć się czegoś więcej o mapie. Ale gdy tylko wszedł, okazało się, że Emma Callas (czytaj: Kalas) - najładniejsza i jedna z najmądrzejszych dziewczyn w klasie - przyszła w tym samym celu. Emma dodatkowo bardzo podobała się Maksowi, więc zanim chłopak zdążył wydukać wyjaśnienia, minęło parę minut. - Więc przyszliście poznać lepiej historię mapy? - Oboje przytaknęli głowami - Dobrze. Od czego by tu zacząć? A, tak. Mapa została stworzona przez greckiego uczonego, który chciał uchronić artefakt przed trafieniem w niepowołane ręce, tak przynajmniej głosi legenda… Prawdy nie znamy. - Czy jest możliwe, że legenda jest prawdziwa? - zapytał chłopiec. - Może… Nie mamy dowodów, żeby to potwierdzić albo temu zaprzeczyć, a mapa jest zaszyfrowana, więc nie można jej odczytać. Ale może kiedyś… Teraz, jeśli chcecie, możecie ją obejrzeć. W tej chwili Emma i Maks zaczęli dokładnie oglądać mapę. Był to kawałek papieru, na którym widać było jakieś linie, porozsypywane litery i jedno dające się odczytać wyrażenie zapisane w starożytnej grece zdanie, którego tłumaczenie brzmiało ,,Mapa do artefaktu potęgi”, a z tyłu mapy był opisany sam artefakt i skrócona wersja jego historii. Para przyglądała się kawałkowi papieru, aż w końcu dostrzegli pewien wzorzec… - Proszę pana! Proszę tu podejść! - zawołał podekscytowany chłopiec. - Proszę, mówcie mi Roberto. Co znaleźliście? Emma i Maks pokazali mu swoje odkrycie, a przewodnik zaraz zaczął odszyfrowywać resztę mapy. Końcowy efekt pokazał na mapie zagadkę: Tam gdzie mądrości składamy hołd, szukaj schodów do królestwa Hadesa, a tam znajdziesz to, czego poszukujesz. Po chwili zastanowienia Maks znalazł rozwiązanie zagadki. Wyjaśnił, że wyrażenie ,,miejsce gdzie składamy hołd mądrości” oznacza świątynię bogini Ateny, a ,,królestwo Hadesa” oznacza podziemie, bo Hades to pan podziemia. Wkrótce potem ruszyli do świątyni. Grupa przetrząsnęła całą budowlę w poszukiwaniu odpowiedzi lub kolejnej wskazówki, ale nic nie znaleźli. Dopiero przypadek wprowadził ich na dobre tory. Otóż wszyscy mieli się już poddać, gdy Maks oparł się o wygaszoną pochodnię i otworzył tajemne przejście pod świątynię! Ruszyli w dół przemierzając podziemia, dopóki Emma czegoś nie zauważyła… - Spójrzcie! - powiedziała Emma. - Tu coś napisali… - Czytaj! - zawołali panowie. - Tu jest napisane ,,Aby iść dalej podaj imię najwyższego.”. O co tu chodzi? – w tym momencie dostrzegli na podłodze kafelki z literami. - Oczywiście. Nie może być drogi do ukrytego skarbu bez pułapek- powiedział z lekką ironią, po czym westchnął, Maks.- Pewnie mamy skakać z płytki na płytkę i utworzyć imię ,,Zeus”. Maks miał rację, dzięki czemu pokonali pierwszą pułapkę. Zanim doszli do końca podziemia, minęli jeszcze kilka pułapek. Ostatnie zadanie polegało na podjęciu decyzji. Musieli wybrać z pośród czterech przedmiotów co jest najcenniejsze. Pierwszym przedmiotem było złoto, a na postumencie napisali ,,symbolizuje dobra materialne”. Drugim był prosty naszyjnik ręcznej roboty z podpisem ,,wyrób przyjaciela - symbolizuje więź przyjaźni”. Trzecim była książka podpisana ,,książka z Aleksandrii - symbolizuje wiedzę”. Ostatnim było berło podpisane ,,atrybut Eirene - symbolizuje pokój i władzę”. Zagadka nie była prosta, każdy miał inne zdanie w temacie rozwiązania. Emma i Maks zaczęli się o to kłócić. Dopiero Roberto ich uspokoił. ,,Gdy uczony ukrył artefakt – zaczął myśleć na głos - trwała wojna, więc mógł jako odpowiedź wybrać berło, ale podziemia stworzono na pewno przed tym jak dostał artefakt. Co oznacza, że mógł wybrać co innego. Złota nie wybrał - to wiadomo. Może, więc wiedzę? Raczej nie, to zbyt oczywiste. Może, więc przyjaźń? Tak, to albo pokój. Chwila… Przecież obok pokoju jest władza! To znaczy, że kluczem jest przyjaźń!” W tym momencie Roberto chwycił klucz, a drzwi się otworzyły i ukazały tajemną komnatę. W komnacie nie było już artefaktu. Za to znaleźli informacje o tym, że artefakt był zagrożony, więc uczony przeniósł go w inne miejsce. Zostawił przy okazji nową mapę, więc to jeszcze nie koniec poszukiwań, a dopiero początek przygody… Rozdział 1 Początek wielkiej wyprawy
Maks siedział w klasie. Trwała właśnie ostatnia lekcja. Cała klasa czekała z niecierpliwością na dzwonek, a najbardziej Maks. Zostało kilka minut do dzwonka... Za chwilę skończy się lekcja... Jeszcze sekunda... Rozbrzmiał dzwonek na koniec lekcji. Wszyscy, łącznie z Maksem, wybiegli z klasy. Właśnie zaczęły się wakacje. Chłopiec wyszedł przed szkołę, gdzie czekała na niego Emma. Razem mieli po szkole jechać do profesora Kawafisa, aby dowiedzieć się czegoś więcej o ich następnej podróży... -Minęły już trzy miesiące...-powiedział w zamyśleniu Maks. -Tak... Spodziewałeś się, że ty i ja będziemy...- urwała Emma. -Będziemy co? Emma wyraźnie się zdenerwowała. Nie chciała się przyznać, ale przez te ostatnie kilka miesięcy bardzo się zbliżyła do Maksa. Zobaczyła go z zupełnie innej strony i najwyraźniej zaczęła dostrzegać w sobie jakieś skryte uczucie do niego... -Będziemy... brać udział w poszukiwaniu starożytnego artefaktu... -O... Nie, nie spodziewałem się...-Maks był wyraźnie rozczarowany. On nadal czuł coś wyjątkowego do Emmy i liczył, że ona to zauważyła… ale niedługo o tym rozmyślał, bo zaraz wrócił do poprzedniego tematu. ,,Minęły już trzy miesiące…” pomyślał, po czym spróbował sobie przypomnieć wydarzenia z ostatnich miesięcy. Jak rozpoczęli poszukiwanie… Rozwiązanie pierwszej zagadki… Znalezienie kolejnego tropu… i wszystko co odkryli do tej pory. W ciągu tych kilku miesięcy odkryli, że nie wszyscy zapomnieli o artefakcie i przez stulecia wiele osób próbowało go odnaleźć i wykorzystać do własnych celów. W większości były to interesy rodzinne i gdy jedno pokolenie nie mogło kontynuować poszukiwań, zadanie przejmowało drugie. Właśnie ze względu na to artefakt był przekazywany z rąk do rąk przez powierników, za każdym razem, gdy był zagrożony. Dowiedzieli się też, że artefakt wpływał na ludzi o nieczystych sercach, przez co nawet najsilniejsi byli opętywani żądzą władzy. Przekonał się o tym jeden z powierników z V wieku. Ów mężczyzna dał ten przedmiot swojemu przyjacielowi, który niestety miał wiele na sumieniu, przez co stał się jedną z ofiar artefaktu. Gdy tylko zorientował się o jego działaniu, odebrał przyjacielowi artefakt i przekazał go innej osobie o złotym sercu. Wraz z przekazaniem przedmiotu ostrzegł nowego powiernika przed klątwą i nowym wrogiem. Nowy właściciel uznał, że artefaktu nie powinna chronić jedna osoba, bo to zbyt niebezpieczne. Z tego powodu zebrał kilka osób o czystych sercach i stworzył Stowarzyszenie Kwiatu Lilii, którego zadaniem było chronić artefakt przed wpadnięciem w niepowołane ręce. Ich znakiem rozpoznawczym była biała lilia symbolizująca czystość i niewinność. Sekrety stowarzyszenia przekazywano z ojca na syna, po to, by w razie niebezpieczeństwa następne pokolenie strażników było gotowe na przekazanie artefaktu. W ten sposób przedmiot ten przez te wszystkie stulecia zwiedził prawie całą Europę. Ostatnie przekazanie, które odkryli, odbyło się w 1271 roku w Wenecji. Teraz jechali do profesora Roberto Kawafisa… No właśnie. Roberto bardzo ich zaskoczył, kiedy powiedział, że jest profesorem historii. Niby zwykły przewodnik, a tu taka niespodzianka… Wracając, jechali właśnie do Roberto dowiedzieć się, gdzie tym razem jadą na poszukiwania. Niczego nie można się było spodziewać, bo przedmiot poszukiwań mógł trafić wszędzie, ale mimo to chłopiec zaczął rozmyślać o tym, gdzie artefakt mógł trafić. Rozmyślał tak wiele godzin i nim zdążył się obejrzeć byli już na miejscu. Roberto mieszkał w dużym jednorodzinnym domu. Był zbudowany z drewna, ściany pomalowano na biało, dach wyłożono niebieską dachówką, a z przodu znajdował się mały ganek prowadzący do wnętrza. W środku górowały ciepłe kolory m.in. brązowy, żółty i pomarańczowy. Para lubiła w nim przebywać, wydawał im się przytulny i bezpieczny. Emma zadzwoniła dzwonkiem. Nie minęła chwila i w drzwiach pojawił się mężczyzna o ciemnobrązowych włosach, brązowych oczach i okularach w czarnej oprawce. Jego wygląd wskazywał na greckie pochodzenie. Roberto zaprosił gości do gabinetu, gdzie na wielkiej tablicy mieli umieszczone wszystkie tropy. -Powiesz już, gdzie tym razem jedziemy? - zapytał zniecierpliwiony Maks. Roberto już od dawna wiedział dokąd zmierzają, ale nic nie mówił, bo musieli poczekać do wakacji. Tłumaczył, że to będzie długa podróż, więc nie powinni jechać w środku roku szkolnego. Po usłyszeniu pytania mężczyzna się uśmiechnął i powiedział: - Do Chin. - Do Chin?- zdziwili się. - Tak, do Chin – odpowiedział, nie przestając się uśmiechać. Po chwili wyjaśnił, że artefakt został przekazany podróżnikowi, którym okazał się Marco Polo! Ów podróżnik i jego kompani zostali wtajemniczeni na chwilę przed wyruszeniem w drogę jedwabnym szlakiem. - Coś czuję, że to nie była jedyna międzykontynentalna podróż naszego artefaktu, więc spakujcie ubrania na każdą okoliczność. Nie zapomnijcie też o zgodach od rodziców na aktywny udział w wyprawie archeologicznej. - Roberto, możesz mi coś jeszcze wyjaśnić? - zapytała nieśmiało Emma. - O co chodzi? - Skoro jesteś profesorem, to dlaczego tamtego dnia byłeś naszym przewodnikiem? - Widzisz… Ja pracuję w tamtym muzeum jako konserwator i przyjaźnie się z mężczyzną, który powinien mieć z wami wycieczkę. Biedak się rozchorował i poprosił mnie o zastępstwo. Na początku trochę wahałem, ale w końcu się zgodziłem. Teraz wiem, że podjąłem dobrą decyzję. - W sumie… gdyby się pan nie zgodził, to nie dowiedzielibyśmy się o mapie i nie zaczęlibyśmy naszej przygody. - stwierdził Maks. Po czym podszedł przyjrzeć się ich znalezisku sprzed trzech miesięcy. Nie wyglądało jak to z początku przygody. Tę mapę jeszcze w miarę dało się odczytać, ale i tak sprawiało to problemy, ponieważ nie wszystkie znaki były zrozumiałe. Na znalezisku widniała tylko linia wyznaczająca drogę i punkt docelowy, poza tym nic. Żadnych informacji o tym, gdzie zacząć, oprócz dwóch małych, chińskich znaczków ,, 中 國”oznaczających Chiny. Maks przyglądał się mapie dłuższą chwilę pod różnymi kątami. Męczył się, żeby odczytać coś więcej… Niestety, nic nie odkrył. Położył kawałek papieru ma stole. - Roberto, mogę prości herbatę? – zapytał. - Jasne. Dodać cukier, cytrynę? - Cytrynę poproszę. Po chwili Roberto wrócił z herbatą i cząstką cytryny. - Proszę. Wyciśnij, ile chcesz. - Dziękuję - Chłopiec wziął cytrynę i wycisnął, ale niestety sok trafił na stół i poplamił mapę. Wtedy też odsłonił się jakiś niewyraźny kontur. - Spójrzcie! – zawołał Maks. - To atrament sympatyczny… – zauważyła Emma. - Potrzebny nam kwas i źródło ciepła – powiedział Roberto. - Emmo, idź do łazienki i weź suszarkę. Wiesz, gdzie to jest, prawda? - Emma przytaknęła i pobiegła do łazienki. – Maks, weź cytryny z kuchni, wszystkie jakie są. No, bierzemy się do deszyfracji. Gdy Emma i Maks wrócili z potrzebnymi przedmiotami, Roberto zaraz zaczął odszyfrowywać znaki zapisane atramentem sympatycznym. Końcowy efekt pokazał mapę, do której odczytania potzrebna była znajomość chińskiego. Po jednej stronie, w lewym górnym rogu ujawnił się znak lilii. To tylko potwierdziło że Marco Polo był członkiem Stowarzyszenia Białej Lilii. - Co jest na drugiej stronie mapy?- zapytał Maks, przyglądając się zbiorowi dziwnych linii z symbolem lilii po środku, który pojawił się na drugiej stronie mapy. - Nie wiem, nigdy nie spotkałem się z czymś podobnym - odpowiedział Roberto. Zastanawiali się jeszcze chwilę, a potem wszyscy się rozeszli. Maks i Emma nie mogli się doczekać wyprawy. Mieli w końcu jechać do Chin! Ale najpierw musieli zaczekać na oficjalne zakończenie roku szkolnego, spakować się i dopiero na następny dzień mieli jechać. Dodatkowo właśnie zaczęli się zastanawiać: Dlaczego akurat Marco Polo i jego kompani? Oraz co jest z tyłu mapy? Musieli jednak poczekać do początku wyprawy, żeby się dowiedzieć.
Rozdział 2 Witamy w Chinach
Nadszedł dzień wyjazdu. Emma i Maks przyjechali z samego rana pod dom profesora wraz z rodzicami. Byli bardzo podekscytowani, bo to miała być ich druga zagraniczna podróż w poszukiwaniu artefaktu. Wcześniej to Roberto jeździł za granicę, a nastolatkowie zostawali w kraju i w razie potrzeby kontaktowali się z profesorem. To znaczy, że gdy pan Kawafis nie mógł czegoś rozwiązać, wysyłał wiadomość do Emmy, a ona na przerwie szła z Maksem w ustronne miejsce i pomagali w rozwiązaniu zagadki. Dzięki ci nowoczesna technologio... i dzięki wam rodzice Emmy, że opłaciliście jej roaming. Z kolei ich pierwsza podróż odbyła się przypadkiem, bo w ramach wycieczki szkolnej mieli jechać na kilka dni do Włoch i tak się złożyło, że akurat w miejsce, gdzie mieli szukać kolejnej wskazówki. Na szczęście podczas wycieczki nie było problemów z znalezieniem czasu na poszukiwanie. Tym bardziej, że Roberto ma włoskie korzenie i gdy się dowiedział, że jadą na szkolną wycieczkę do Włoch zaraz zaoferował pomoc w organizacji. Mężczyzna rzecz jasna tworzył plan wycieczki pod poszukiwania. Teraz mieli jechać do Chin... dzięki temu, że ich rodzice dzień wcześniej spotkali się z Roberto, młodzież uzyskała zgodę na podróż. -Tylko słuchaj się pana profesora Maksiu - powiedziała mama Maksa, a chwile potem słychać było chichot Emmy. Maks zarumienił się. Widać było, że to pożegnanie było dla niego bardzo krępujące. -Mamo... Zrozumiałem. Możesz już jechać? Mama Maksa wymieniła jeszcze kilka zdań z profesorem, pożegnała się z synem i pojechała. W tym samym momencie Emma pożegnała się z ojcem. Maksa trochę zastanawiało, czemu przyjechał tylko jej ojciec. Ggdzie jest jej mama? No cóż, to jej sprawa i lepiej się w nią nie wtrącać. -Masz bardzo opiekuńczą matkę... Maksiu - zwróciła się do Maksa Emma. Widać było, że nie zamierza łatwo mu odpuścić po tym co widziała i usłyszała. Maks nic nie powiedział, nawet nie próbował się odgryźć. Wiedział, że jego mama jest trochę nadopiekuńcza i już nieraz stawał się ofiarą licznych żartów z tego powodu, więc zdążył się przyzwyczaić do docinków tego typu. Roberto zaprosił parę nastolatków do środka. Mieli trochę czasu przed lotem, więc chciał omówić jeszcze kilka spraw. Maks skorzystał z tego wolnego czasu i skopiował mapę, w razie gdyby mieli się rozdzielić. Emma trochę tego nie rozumiała, bo uważała, że nie będą się rozdzielać. Maks miał inne podejście. „Przezorny zawsze ubezpieczony" pomyślał. Niedługo później pojechali na lotnisko. W czasie lotu przyjrzeli się ponownie mapie. Chcieli jeszcze raz upewnić się, że niczego nie pominęli. Po kilku godzinach lotu w końcu dotarli do Chengdu. Następnie czekał ich jeszcze dojazd do hotelu (kolejna godzina). Na miejscu dodatkowo mieli problemy z komunikacją… więc zanim dostali się do wynajętego lokalu, minęło trochę czasu. Zatrzymali się w lokalu z dwoma pokojami (jeden dwuosobowy, drugi jedno), kuchnią i łazienką. Miejsce było przestronne i skromnie urządzone. Nie był to luksusowy hotel, ale dało się w nim mieszkać. Po rozpakowaniu się, grupa postanowiła, że nie będą marnować więcej czasu. Zdecydowali, że od razu się przebiorą, a potem ruszą w drogę. Roberto ubrał się jak klasyczny poszukiwacz skarbów. Włożył ciemnozieloną koszulę, czarną koszulkę i luźne materiałowe spodnie w kolorze ciemnej zieleni. Maks ubrał się bardzo podobnie, tylko w jaśniejszych kolorach. Chwilę po tym jak panowie się przebrali, pojawiła się Emma. Dziewczyna ubrała się w zieloną koszulę, żółtawą bluzkę i krótkie ciemnozielone spodnie. Rodzice Emmy nie są Grekami, dlatego nie ma takiego typu urody jak Roberto i Maks. Emma ma jasną cerę, długie czarne włosy i naprawdę charakterystyczne oczy, które dość mocno wyróżniła zielonym ubraniem… - Coś nie tak? – zapytała Maksa. - Nie. Po prostu intrygują mnie twoje fioletowe oczy…- odparł. - Nigdy nie zauważyłeś, że mam nietypowy, wręcz nienaturalny kolor oczu?- Emma dość się zdziwiła, ponieważ pierwszą rzeczą, która dostrzegają jej znajomi, to fioletowe oczy. -Nie. Jakoś nigdy nie zwróciłem uwagi… Tak właściwie to wiedziałem od znajomych, że masz wyjątkowe oczy, ale… nigdy na to nie patrzyłem. To było dla mnie nieistotne. Teraz kiedy to dostrzegłem zaczęło mnie to intrygować. 5)Emma nie wiedziała co powiedzieć, bo nigdy nie znalazła się w takiej sytuacji. To pierwszy raz, kiedy ktoś powiedział jej, że nie zwrócił uwagi na kolor oczu. Zawsze, gdy poznaje kogoś nowego, to pierwsze co słyszy, to komplement pod adresem oczu. Wszystkim wydają się wyjątkowe i atrakcyjne. Kiedy Maks powiedział, że kolor jej oczu jest dla niego nieistotny, Emmie zrobiło się… miło. Zrozumiała, że Maks ją lubi za to jaka jest, a nie za wygląd. Znowu poczuła to dziwne uczucie, jakie jej towarzyszy od kilku miesięcy. Szybko jednak wróciła na ziemię, bo Roberto przypomniał po co przyjechali i że mają ruszać zgodnie ze wskazówkami. Wyjechali poza miasto i ruszyli przez gęsty las. Jego granica była w pobliżu rzeki Min Jiang oraz wielkiej zapory, która stworzyła ogromny zbiornik wody. Szli przez gęsty las i górzyste tereny dłuższy czas, aż w końcu trafili na miejsce wskazane na mapie, ale nic tam nie było. Wielokrotnie powtarzali swoje kroki, ale nic nie znaleźli. Maks znalazł kamień, na którym dało się rozłożyć mapę. Próbowali się dopatrzeć czegoś, co mogli wcześniej pominąć. -Spójrzcie – powiedział Maks. - Tu jest jakiś znak. Chłopiec wskazał obrazek na drodze wytyczonej na mapie. Najprawdopodobniej oznaczał jakieś ukryte przejście. Grupa wróciła się w miejsce zaznaczone na mapie. Trafili na małą polankę, gdzie rozglądali się dłuższą chwilę. Niestety, znowu nic nie znaleźli. -Przerwijmy na chwilę te poszukiwania - odezwał się Roberto. - Mała przerwa na pewno dobrze nam zrobi. -Jestem za – powiedziała Emma. -Jeszcze nie teraz – zaprotestował Maks. – Czuję, że jesteśmy już blisko. -Maks, to bez sensu, jesteśmy zmęczeni. Jak odpoczniemy, na pewno wpadniemy na nowy trop-przekonywała Emma. -Może macie rację… Zgoda, odpocznijmy. Maks niechętnie zawrócił. Zrobił kilka kroków, gdy niespodziewanie wpadł w dziurę w ziemi i zjechał na dół. Roberto i Emma natychmiast podbiegli w miejsce, gdzie zniknął. Zdezorientowana Emma wołała Maksa, ale nie dostała odpowiedzi. -Dość tego, idę tam – zdecydował Roberto. -O nie, pan i ta dziewczyna idziecie z nami – powiedział mężczyzna o niskim głosie, chwytając Roberto za ramię. Zarówno on i Emma dostali chwilowego paraliżu, ale ostatecznie ulegli mężczyźnie i jego towarzyszowi. Rozdział 3 Nowi sprzymierzeńcy i nowi wrogowie
Emma i Roberto zostali zabrani do dziwnego ośrodka w bliżej nieznanym miejscu. Nie wiedzieli, gdzie są, co tu robią i czego ci ludzie od nich chcą. Mieli jedynie swoje przypuszczenia. Ośrodek wyglądał bardzo nowocześnie. Białe, gładkie, metalowe ściany nadawały futurystycznego wyglądu. Do tego wszystkie drzwi, które widzieli były automatyczne i otwierały się przez wpisanie kilkucyfrowego kodu. A ludzie… No właśnie, gdzie są ludzie? Odkąd weszli, nikogo nie widzieli. Z jednej strony ośrodek wyglądał na opuszczony, a z drugiej stan tego miejsca wskazywał na to, że jest używany i teoretycznie ktoś tu powinien być. Te wszystkie pytania nie dawały im spokoju, dopóki nie dotarli do głównego pomieszczenia. Znaleźli w kształcie zbliżonym do ośmiokąta. Pierwsze co rzuciło się w oczy bohaterom, to ludzie. Większość pracowała przy czymś co wyglądało na bazę danych. Dwoje innych (w tym jeden nastolatek) stało przy wielkim okrągłym stole z mapą świata. Chłopak był mniej więcej w wieku Emmy i Maksa. Miał jasną cerę, ciemnobrązowe włosy średniej długości i niebieskie oczy. Oprócz tego był dobrze zbudowany. Wysoki, umięśniony i wysportowany. Na pierwszy rzut oka było widać, że jest bardzo silny. Miał na sobie czarną koszulkę, dżinsy i czarno-czerwoną kurtkę. Na szyi miał zawieszony identyfikator. Rozmawiał z kobietą średniego wzrostu. Była ona szczupła i wysportowana. Miała długie czarne włosy, jasną cerę i błękitne, głębokie oczy. Była ubrana w fiołkową koszulę i czarny garnitur oraz nosiła czarne szpilki. Na oko była mniej więcej w wieku Roberto. Chwilę po ich wejściu, kobieta podeszła. - O dotarliście. Zaczynałam myśleć, że się nie uda… - Może ktoś nam wyjaśnić co my tu robimy? – wtrąciła Emma. - Nie wyjaśniliście im nic? – Kobieta zwróciła się do dwóch mężczyzn, którzy ich sprowadzili. - Eeee… Myśleliśmy, że mamy ich traktować jak wrogów… - Po co ja was tu trzymam? Zejdźcie mi z oczu – rozkazała kobieta z irytacją w głosie. -A w waszym temacie… – ponownie zwróciła się do Emmy i Roberto – …jestem Elizabeth Anderson. Jestem szefową ,,Biura”, agencji zajmującej się zjawiskami nadprzyrodzonymi, głównie magicznymi artefaktami. Sprowadziliśmy was tu, żeby porozmawiać o artefakcie nieskończoności i zaproponować wam współpracę. - Współpracę? – zapytał Roberto. - Tak, panie Kawafis. Wasza grupa zaszła w poszukiwaniach dalej niż ktokolwiek z naszych ludzi. Pan, Emma i Maks… No właśnie gdzie jest chłopiec? - Rozdzieliliśmy się, gdy Maks wpadł do dziury… Roberto chciał po niego zejść, ale tamci dwaj go powstrzymali i nas tu sprowadzili. – odpowiedziała Emma z wyrzutem. - Słucham? Agencie Jones (czytaj: Dżons) – zwróciła się do nastolatka – znajdź brakującego chłopca. - Chłopak, który wcześniej pochylał się nad mapą, bez wahania przyjął rozkaz i opuścił pokój. – My wyjaśnimy w tym czasie kilka kwestii… W tym samym czasie Maks właśnie odzyskał przytomność po zjeździe. Piasek i kurz pokrywał całą odsłoniętą skórę, ubrania i czarne włosy chłopca. Gdzieniegdzie na skórze Maksa znajdowały się siniaki i otarcia. Obolały chłopiec spróbował odnieść się i usiąść. - Gdzie ja jestem? – powiedział do siebie i spojrzał w górę – A tak, już wiem co się stało. No cóż, nie ma co siedzieć. Może znajdę jakieś inne wyjście. Wstał opierając się o skalną ścianę. Nadal był trochę oszołomiony i do tego wszystko go bolało, więc wolał mieć jakieś podparcie. Po kilku minutach dotarł do wielkiej jaskini i zatrzymał się w wejściu. Jaskinia była pełna roślin. W środku znajdowało się wielkie jezioro, do którego wpadał wodospad, ale to co najbardziej rzucało się w oczy, to wielka świątynia. Budowlę wykonano z czarnego drewna częściowo pomalowanego na czerwono. Wyglądała dokładnie jak te, z których słyną Chiny. Maks postanowił wejść do środka. Zszedł po zboczu na dół i wszedł do świątyni. Chłopcu ułożenie pomieszczeń i korytarzy wydało się znajome. Tylna strona mapy była schematem świątyni. Nastolatek wyciągnął kopię mapy, którą zrobił wcześniej i zaczął podążać zgodnie z wytycznymi. Szedł przez korytarze, które zdawały się nie mieć końca. Aż w pewnym momencie zobaczył jakiś ludzi. Przykleił się do ściany i ostrożnie spojrzał. Grupa składała się z trzech masywnych mężczyzn. Maks podsłuchał, że oni też szukają artefaktu. Nagle Maks spostrzegł, że został zauważony. - Co ty tu robisz?! – zapytał mężczyzna, który pilnował wejścia do świątyni, gdzie znajdowali się inni. Nie czekał nawet na odpowiedź chłopca. Chwycił go za ramię i zaciągnął do miejsca, gdzie stała reszta grupy. – Spójrz szefie! Mamy tu małego podsłuchiwacza! Jeden z mężczyzn się uśmiechnął. Podszedł do chłopca i przyjrzał mu się. - No proszę, widzę, że mamy tu młodego Greka. – W tym momencie zrobił srogą minę. – Co tu robisz? Gadaj! Biuro cię przysłało? - Co? Jakie znów biuro? – zapytał zdezorientowany chłopiec. - Nie zgrywaj durnia! Dobrze wiem, że to oni cię przysłali! Co masz w torbie? - Nie pana interes. - Dawaj ją. – Mężczyzna zabrał chłopcu torbę. Zaczął ją przeszukiwać i wyciągnął mapę. – Co to jest? Nadal będziesz próbował wmówić mi, że nie masz nic wspólnego z Biurem? Panowie, zajmijcie się nim. Inni powoli zbliżali się do Maksa. On natomiast cofał się do tyłu, dopóki nie trafił na ścianę. Maks był przerażony. Nieprzyjaciel był coraz bliżej. Chłopak właśnie zamknął oczy i odwrócił wzrok, gdy nagle rozległ się gwizd. Jeden z nich odwrócił się i zaraz potem dostał w nos kamieniem. Następnie jakby znikąd pojawił się chłopak, którego Emma i Roberto widzieli w agencji. Nieznajomy, mimo młodego wieku, świetnie radził sobie w walce. Nim pozostali mężczyźni zorientowali się w sytuacji, nieznajomy zdążył ich ogłuszyć. - Agent Jones. Liczyłem na to, że się zjawisz. A ten to kto? Jakiś nowy rekrut? Ostatnio jakoś kiepsko ich sobie dobieracie – odezwał się z uśmiechem szef grupy, który wcześniej przesłuchiwał Maksa. - Nie. A nawet jeżeli, to nie twój interes. - Przypominam że moja oferta nadal jest aktywna. Możesz do mnie dołączyć i zasmakować prawdziwej władzy. - Wolałbym umrzeć niż do ciebie dołączyć. - Jak sobie życzysz. – Mężczyzna klasnął w dłonie, a jego podwładni zaraz się podnieśli i doszło jeszcze kilku. – Są wasi, panowie. Ja mam jeszcze kilka spraw do załatwienia. - Powiedział i zniknął w kolejnym pokoju. Chłopców otoczyli podwładni mężczyzny. Sytuacja nie wyglądała ciekawie. - Umiesz walczyć? – zapytał nieznajomy. - Nie. - W takim razie proponuję ci, żebyś się ukrył i dał mi się nimi zająć. Mimo że nieznajomy z pozoru nie miał szans, to okazało się, że mężczyźni mieli dużo większy problem niż on. Agent, nie dość, że był bardzo silny, to jeszcze nadzwyczaj szybki i zwinny. Mężczyźni nie mogli sobie poradzić z szybkością i zwinnością mniejszego przeciwnika. Maks również miejscami włączał się do bitwy. Odwracał uwagę przeciwników, którzy próbowali zaskoczyć nieznajomego. - Nieźle sobie poradziłeś. Jak na kogoś, kto nigdy nie uczył się walczyć. - Dzięki. Skąd wiesz, że nie uczyłem się walczyć? - Racja. Jestem Justin Jones, a ty, o ile się nie mylę, Maksimilian Angelopoulos. Zgadza się? - Tak, ale skąd znasz moje imię? - Jestem agentem Biura. Zajmujemy się tam szukaniem zaginionych, magicznych artefaktów. A ty i twoi znajomi wzięliście się za szukanie najpotężniejszego z nich. Dlatego zaczęliśmy was obserwować i ku zaskoczeniu wszystkich naszych agentów, zaszliście dalej od któregokolwiek z naszych ludzi. Dlatego chcemy zaproponować wam współpracę. Reszty dowiesz się od mojej szefowej. A teraz wyjdźmy stąd, bo moja szefowa chce rozmawiać z całą waszą grupą. - Czekaj. W tej świątyni jest artefakt albo kolejna wskazówka. Musimy ją znaleźć przed tamtym gościem. - A czy on nie zabrał ci mapy? - Zabrał tę część mapy, która prowadziła do tego miejsca. Mapę tych korytarzy mam przy sobie. – Maks wyjął z koszuli kartkę papieru ze schematem świątyni. - Kiedy ją przełożyłeś? - Gdy zobaczyłem tych gości, coś mnie tknęło, by schować ją w koszuli zamiast w torbie. - Nieźle. Na pewno nie jesteś nowym rekrutem? Bo zachowałeś się jak jeden z naszych. - Eee… Zdecydowanie nie. Ja nawet nie wiedziałem o waszym istnieniu. Po tej wymianie zdań chłopcy ruszyli za schematem. Przeszli przez wiele korytarzy i pokoi, w każdym były wizerunki powiązane z chińską religią. Szli jakiś czas, dopóki Justin nie zorientował się, że wrócili do punktu wyjścia. - Coś jest nie tak – zauważył Maks. - Zdecydowanie. Spójrz – powiedział Justin wskazując korytarz, którym weszli. – To nie jest ten sam korytarz. - Masz rację. Korytarze się przesuwają. Daj mi chwilę… - Maks zamknął oczy i zaczął myśleć i liczyć. - Co ty robisz? – zapytał z ciekawością młody agent. - Poczekaj. Już wiem. Masz jakąś kartkę? – Justin podał Maksowi kartkę, a on zaczął coś pisać i rysować. Na koniec pokazał kartkę Justinowi. Na kartce był rozrysowany schemat pokoi, napisane dodatkowe obliczenia i nowe ustawienie pokoi. 7)- Nie jestem geniuszem. Czy możesz mi to wytłumaczyć? - Obliczyłem sposób, w jaki przesuwają się pokoje. - Czekaj, że w pamięci? – zapytał, nie ukrywając zaskoczenia. - Tak. - Czy ty nie skończyłeś właśnie drugiej klasy liceum? -Tak. Pewnie nie spodziewałeś się, że umiem wykonywać takie skomplikowane działania? - Nie. Jakim cudem nie chodzisz do szkoły dla geniuszy? - To moja prywatna sprawa. Na tym skończyli rozmowę i ruszyli zgodnie z nowym schematem. Minęło kilka minut i w końcu dotarli do drzwi prowadzących do środkowego pomieszczenia. Na drzwiach wyryte były cztery pionowe linie a na nich suwaki z obrazkami przedstawiającymi cesarza, urzędnika, kupca i grupę ludzi podpisanych jako rodzina. Na ścianie obok było wyryte pytanie: Kto jest najważniejszy? - Ciekawa zagadka – stwierdził Justin. – Ta świątynia wygląda jakby była z czasów, kiedy cesarz sprawował największą władzę, więc był najważniejszy. - Mylisz się – stwierdził Maks i pokręcił głową. - Jak to? - Myślisz rozumem, a nie o to chodzi. To zadanie moralne. Musisz myśleć sercem. - Ok… To może ty to rozwiążesz? - Z przyjemnością. Prawda jest taka, że wszyscy jesteśmy na równi. - A rodzina nie jest najważniejsza? - Nie. Rodzina jest ważna, ale tak naprawdę każdy człowiek jest równie ważny. Maks ułożył obrazki w równej linii, a drzwi się otworzyły. Chłopcy od razu weszli do pomieszczenia. W środku była kolejna mapa. Po chwili niepewności Maks sięgnął po nią. Gdy chłopiec ją zabrał, wszystkie pomieszczenia utworzyły prosty korytarz do wyjścia. - Mam dziwne wrażenie, że czegoś mi tu brakuje – zastanawiał się Maks. - No cóż, to pewnie nic ważnego. Zwijajmy się stąd. Właśnie szedł w stronę wyjścia, gdy Justin krzyknął. - Stój! – W tej samej chwili wielkie ostrze opadło tuż przed Maksem. - Pułapki. Tęgo mi brakowało. Masz jakiś pomysł jak je ominą lub jak one mogą działać? Boi mnie jakoś nic nie przychodzi do głowy. Justin wyciągnął z kieszeni kurtki średniej wielkości kulkę. Pokazał ją Maksowi, po czym przyklęknął i poturlał ją w stronę korytarza. Kulka trafiając na kafelki z wzorkami uruchamiała całą serię pułapek. - Czyli aby przeżyć, musimy chodzić po gładkich płytkach. – Justin przytaknął. – Swoją drogą, ta kulka to bardzo praktyczne rozwiązanie. - A żebyś wiedział. Zdajesz sobie sprawę, ile razy uratowała mi życie? Po dłuższym czasie chłopcy dotarli do siedziby Biura. W głównej Sali już czekali na nich Roberto, Emma i Elizabeth. - Maks! Wszystko gra? Nic ci się nie stało? – pytała zmartwiona Emma. - Nic mi nie jest. Wszystko gra. – Maks od razu widział, że dziewczyna bardzo się martwiła, co ucieszyło Maksa. Czyli jednak zależało jej na nim. - Witamy w Biurze. Agencie Jones, możesz mi wyjaśnić, dlaczego tak długo czekaliśmy? - Mieliśmy trochę problemów, ale udało nam się z nimi uporać. Dodatkowo udało nam się znaleźć kolejną wskazówkę i muszę przyznać, że Maks świetnie sobie radzi w terenie. - Słucham? - To długa historia… - Dobrze. Opowiesz później. Może porozmawiamy o warunkach współpracy? -Oczywiście. Wszyscy stanęli przy stole i zaczęli rozmawiać o warunkach współpracy. Ustalili, że o wszystkich postępach mają informować Biuro, a podczas podróży będą nadzorowani przez jednego z jego członków. Biuro zapewniło, że w razie kłopotów mogą prosić agencję o pomoc. Po ustaleniu warunków Roberto poszedł przeanalizować kolejną wskazówkę. W tym czasie Justin zaczął opowiadać Elizabeth o wydarzeniach ze świątyni, a ona słuchała go uważnie. - Nie jestem zaskoczona tym co słyszę. Od dłuższego czasu podejrzewałam, że ten chłopiec potrafi wiele więcej niż się nam wydaje. - Ma Pani zamiar coś z tym zrobić? - Na razie nie. Wolę dowiedzieć się więcej o jego umiejętnościach, zanim zacznę wysuwać wnioski i interweniować. - A, jest jeszcze jedna rzecz, którą powinna pani wiedzieć… nie widziałem u niego znamienia… - To jeszcze o niczym nie znaczy. Obserwuj go i jeśli zobaczysz coś co może potwierdzić naszą teorię… - Tak jest Szefowo. Rozdział 4 Pościg w Mikronezji -Już wiem, gdzie szukać kolejnej wskazówki - powiadomił wszystkich Roberto. -Świetnie. Na, który kontynent lecimy tym razem? - zapytał żartobliwie Maks. -Do Oceanii, a dokładniej do Mikronezji. -Dokąd? - zapytała Emma. -Do Mikronezji - odpowiedział Maks. Chłopiec zawsze dobrze sobie radził z geografią, więc w miarę orientował się w temacie. - Mikronezja to kraj położony w Oceanii, a dokładniej w archipelagu o tej samej nazwie. Wcześniej należał do Stanów Zjednoczonych. Stolicą jest Palikir, a język urzędowy to angielski. Kiedyś robiłem o niej pracę dodatkową z geografii. -Właśnie. Jeden z tamtejszych podróżników był członkiem Lilii. Przeniósł on artefakt w inne miejsce, a wskazówkę ukrył gdzieś w swoim domu. – dodał Roberto -Na co my jeszcze czekamy? Jeździmy. – powiedziała z niecierpliwością. -Nie tak szybko - wtrąciła Elizabeth. - Pamiętajcie, że w ramach współpracy będziecie podróżować z jednym z naszych agentów. Dołączy do was agent Jones. -Słucham? - zapytał zaskoczony Justin. -Dołączysz do nich w poszukiwaniach - Justin miał właśnie zaprotestować, ale jego szefowa go uprzedziła. - Przecież zapoznałeś się już z Maksem. Po co wysyłać kolejnego agenta, który będzie musiał poznawać ich od podstaw, skoro ty częściowo zawarłeś znajomości? Justin nie próbował dyskutować. Wiedział, że jego szefowa i tak postawi na swoim, więc po prostu odpuścił. Po kilku minutach cała grupa była gotowa do podróży do Mikronezji. Po kilkudziesięciu minutach lotu byli już na miejscu. Z lotniska pojechali na miejsce, gdzie wskazywała mapa. Jednak po dotarciu do celu okazało się, że budynek jest niedostępny dla ludzi z zewnątrz. - O co z tym chodzi? – zapytał Maks. - Nie wiem- odpowiedział Roberto. - Serio żadne z was nie wie? – Zapytał zaskoczony Justin. – Tego się nie spodziewałem. - Ja wiem – stwierdziła Emma. – Ten budynek niedawno został uznany za miejsce historyczne. Ze względu na to, że był zamieszkiwany przez jednego z najsłynniejszych tutejszych podróżników. Lennarta Rüütela. Dlatego nie można tam wejść. Na nasze szczęście wszystkie papiery, które tu znaleźli zostały przekazane do tutejszego muzeum. - Skąd to wiesz? - Z Internetu – Dziewczynka pokazała stronę internetową otworzoną na telefonie. – Mam tu świetny zasięg. - Możesz znaleźć gdzie jest to muzeum? - Jasne. Daj mi chwilę… Już mam. Chwilę potem wszyscy zaczęli zwiedzać muzeum. Co ciekawe okazało się, że w muzeum jedna z sal jest w całości poświęcona temu podróżnikowi. Ale notatki ze wskazówką nie było. Roberto postanowił porozmawiać z właścicielem muzeum i z przewodnikiem. Gdy skończyli, Roberto zawołał ich i wyjaśnił, że powiedział właścicielowi muzeum, że są na wycieczce archeologicznej (skąd to znamy?) i że chcieliby obejrzeć notes podróżnika. Właściciel się zgodził i postanowił osobiście opowiedzieć im o podróżniku. Tyle, że w odwrotnej kolejności. Najpierw zrobił im prywatą wycieczkę po wystawie, a potem obiecał zabrać ich na zaplecze i pokazać dziennik. Wycieczka dłużyła się niemiłosiernie. Młodzież jedyne pocieszenie miała w żartach, które rzucali co jakiś czas. Ten proceder zaczął Maks, który zażartował z wypowiedzi przewodnika. Potem Emma się dołączyła. Justin nawet się nie uśmiechał na rzucane przez nich dowcipy, czym sprowokował Maksa i Emmę do rywalizacji, kto pierwszy go rozśmieszy. Pojedynek był wyrównany. Najpierw to Emma sprawiła, że Justin się uśmiechnął, ale to Maks ostatecznie wygrał. Udało mu się nawiązać do sytuacji ze świątyni i nawet Emma nie mogła powstrzymać śmiechu, mimo że nie orientowała się w sytuacji. Następny żart rzucił Justin, który po naleganiach pozostałej dwójki zgodził się włączyć do zabawy. Dzięki temu wycieczka był nawet znośna. Minęła godzina, a przewodnik nadal opowiadał o podróżniku. Maks już od pewnego czasu był nieobecny. Skupił się na jednym chłopaku, który od dłuższego czasu się im przygląda. - Maks? Jesteś jeszcze z nami?- zapytał Justin. - He… sorry skupiłem się na czym innym. Zwróciliście uwagę na tamtego chłopaka? -Nie – odpowiedziała Emma. - Coś z nim nie tak? - Ja zwróciłem – powiedział Justin. – Obserwuje nas, odkąd weszliśmy do muzeum. - Już tak długo? – Justin przytaknął – Ja go zauważyłem jakieś półgodziny temu. - Tak czy siak, powinniśmy na niego uważać. - … A teraz pokażę wam dziennik – wtrącił przewodnik. - W końcu - powiedział szeptem Roberto. Najwyraźniej miał równie dość tej wycieczki, co oni. - Mówił pan coś? - Nie, skądże – odpowiedział, ale gdy przewodnik się odwrócił, Roberto wykonał kilka ruchów, które zazwyczaj wykonują nastolatkowie cieszący się z jakiegoś zdarzenia. Natomiast gdy przewodnik spojrzał w jego stronę, przyjął pozycję jak gdyby nigdy nic. Znowu się odwrócił. Roberto spojrzał w stronę nastolatków. Uśmiechnął się i spojrzał, jakby chciał powiedzieć ,,Wy nic tu nie widzieliście.”. Oni za to się roześmiali. Przewodnik zaprowadził ich do swojego biura, w międzyczasie kontynuując opowieść o podróżniku. Chwycił klamkę. Drzwi były otwarte, a w biurze nie było już dziennika. Przewodnik zaczął panikować. Roberto kazał młodzieży rozejrzeć się po muzeum za śladami, a sam został z przewodnikiem/właścicielem muzeum. Młodzież rozeszła się w różne strony. Emma poszła na górę, Justin w stronę głównego wejścia, a Maks na tył, gdzie była wystawa o podróżniku. Nikt nic nie znalazł. Dopiero Maks zobaczył, jak chłopak, który wcześniej ich śledził, chowa coś przypominającego szukany przez nich dziennik do torby. Zawołał w jego stronę, a on zaczął uciekać. Maks pobiegł za nim. W międzyczasie zadzwonił do Emmy i Justina i poinformował ich o sytuacji. Emma ruszyła w jego stronę, a Justin obserwował miejsca, z których mógł wybiec złodziej. Maks na bieżąco informował ich o położeniu swoim i podejrzanego. Mimo uważnego obserwowania podejrzanego, po wyjściu z sali paleontologicznej chłopak zniknął mu z oczu. On, Emma i Roberto postanowili dołączyć do Justina. - Macie go? – zapytał Justin. - Nie, zgubiłem go w sali paleontologicznej. - To co teraz? Ja nikogo podobnego nie widziałem. – powiedział Justin. - Wyjdźmy z muzeum. I tak nic tu nie znajdziemy – zasugerowała Emma. - Emma ma rację. Może po prostu schował się w tłumie i wyszedł – powiedział Roberto. Wszyscy zgodzili się z propozycją Emmy i to była świetna decyzja, bo chwilę potem chłopcy dostrzegli szukanego chłopaka w tłumie. Obaj ruszyli za uciekinierem. Chłopak był bardzo szybki i do tego był bardzo zwinny oraz znał się na parkurze. Wszystko to wykorzystywał w ucieczce. Jednak przesądził o wszystkim, gdy wybiegł na otwartą przestrzeń. Wtedy właśnie Maks przyspieszył i nim się zorientował, dogonił uciekającego. Chwycił go z bluzę i pociągnął za sobą na ziemię. - Skąd się wziąłeś i jaki cudem jesteś taki szybki? – zapytał nieznajomy próbując wstać. - Najpierw ty odpowiedz. Po co ci dziennik? - Nara. - I mamy powtórkę z rozrywki – Po tych słowach Maks wstał i kontynuował pościg. Chłopcy byli niemal tak samo szybcy i trudno było określić kto jest lepszy. Jednak to uciekinier miał przewagę. Nie tylko ze względu na start, ale też na parkur. Chłopak szybko wyprzedzał Maksa dzięki szybkiemu pokonywaniu murów przeszkód. Wydawało się, że Maks już nie dogoni uciekającego, ale gdy zobaczył Justina niedaleko nich, znów przyśpieszył i powtórzył poprzedni manewr. Tym razem jednak Justin zdążył przycisnąć uciekającego nim ten się podniósł. - Serio, jakim cudem jesteś taki szybki? - Spróbuj pochodzić do mojej szkoły, będąc chyba najmądrzejszą osobą w budynku – powiedział z uśmiechem Maks, a Justin spojrzał na niego pytająco. – Tak, niejednokrotnie okazywało się, że przewyższam nauczycieli. - Ściemniasz. - Nie, kiedyś jeden z nauczycieli poprosił mnie o zastępstwo. Zapytaj Emmę. Ale w każdym razie... Ja odpowiedziałem na twoje pytanie, więc ty odpowiedz mi na moje. Gdzie masz dziennik i po co ci on? - To moja sprawa. W tym momencie doszli Roberto i Emma. - Złapaliście go – zawołała Emma. - Tak, ale nie chce mówić. – stwierdził Justin - Słuchajcie, mogę go odstąpić za trochę pieniędzy. - Nie będziemy ci płacić. – powiedział srogo Justin. - Czekaj Justin – wtrącił Maks. – Puść go – Znowu spojrzał pytająco. – Tak jego. Proszę, zrób to – Justin puścił uciekiniera. – Jak się nazywasz? - Nathan Smith. - Dobra Nathan. Pogadajmy w cztery oczy. Maks i Nathan poszli kilka metrów dalej i zaczęli rozmawiać. Po kilku minutach znowu podeszli do reszty. Maks zrobił gest zachęcając Nathana do przekazania dziennika. - To jest ten dziennik i przepraszam – Po tych słowach wycofał się. - Miło, że go oddałeś – Roberto otworzył dziennik i zmarszczył czoło. - Coś nie tak? - Ten dziennik jest zapisany w dziwnym języku, którego nie znam. - To dawny język urzędowy Mikronezji. – zawołał Nathan. - Skąd ta pewność? - Znam go. Zdążyłem się go nauczyć, bo dorabiałem jako pomocnik konserwatora w muzeum. - Możesz to odczytać? – zapytał Maks. - Tak, tylko potrzebuję chwili. Swoją drogą, czy on serio zastępował kiedyś nauczyciela? - Tak i co ciekawe, cała klasa dostała z następnego sprawdzianu szóstki. Obaj chłopcy nie mogli uwierzyć w to co słyszą, ale szybko zajęli się swoimi sprawami. Po kilku minutach Nathan przetłumaczył najważniejszą część dziennika. Roberto natychmiast zadzwonił do Elizabeth poinformować ją o postępach, a Nathan odszedł. - …teraz wiemy, że mamy jechać do Indonezji. - Świetnie. Mam pytanie: Jak przetłumaczyliście dziennik skoro nie znaliście języka? - Chłopiec o imieniu Nathan Smith… - Poznaliście Nathana Smitha? – zapytała z przejęciem Eliz. - Tak. – odpowiedział zdziwiony Roberto - Jest jeszcze z wami? - Nie, rozdzieliliśmy się. Ale o co chodzi? – dopytywał Roberto. - Znajdźcie go. - Czemu? - To nasz agent i pewnie was wrobił. A skoro was wrobił, to dziennik musiał być zagrożony. Skoro był zagrożony, a Nathan go ma… - To spróbują go dorwać… - Właśnie. - Już ruszamy – rozłączył się. – Musimy znaleźć Nathana. – zawołał do reszty grupy. - Czemu? – zapytała Emma. - Później wyjaśnię. Ruszyli każdy w innym kierunku. Po dziesięciu minutach zdzwonili się. Nikt go nie znalazł. Mijało coraz więcej czasu i nic. Dopiero Justin dostrzegł jednego z mężczyzn spotkanych w Chinach. Poszedł za nim i jednocześnie znalazł Nathana. Kilku osiłków męczyło chłopaka, każąc mu oddać dziennik. Chłopak widocznie cierpiał. Leżał na ziemi zwinięty w kłębek trzymając się w talii i miał problem ze złapaniem oddechu. Justin z doświadczenia wiedział, że to są objawy solidnego uderzenia w splot słoneczny, które potrafi być bardzo bolesne. Chłopak zagwizdał, aby zwrócić na siebie uwagę, a następnie (że się tak wyrażę) zrobił użytek ze swojego szkolenia. Kilka minut później reszta grupy dołączyła do Justina i zobaczyli jak grupa panicznie przestraszonych napastników ucieka w popłoch z zaułka. Justin podszedł do Nathana. - Okej? – zapytał Nathana i pomógł mu stać. - Przeżyję. - Witam ponownie Nathan. Może podasz nam swoje prawdziwe nazwisko? – odezwał się Roberto z uśmiechem na ustach. - Słucham? - Justin, możesz pokazać koledze legitymację? – Chłopak wykonał polecenie. Zdezorientowany Nathan przyjrzał się jej i po chwili zapytał: - Jesteście od Biura? - W pewnym sensie – odpowiedział Roberto. – To jak się nazywasz? - Nathan Cross (czytaj: Kros). - Chwila, ty jesteś Nathan Cross? – zapytał z nie dowierzaniem Justin. - Tak. A ty Justin Jones? - Zgadza się. Sporo o tobie czytałem. Masz opinię najlepszego ,,naprawiacza” misji. - I vice versa. Ty też masz bardzo dobrą opinię. Jak przeczytałem twoje osiągnięcia, długo nie mogłem wyjść z podziwu. Tylko szczerze mówiąc, spodziewałem się wielkiego mężczyzny, a nie nastolatka średniej postury. - Ja też się spodziewałem kogoś innego. - Nie macie zdjęć w aktach? – wtrącił Maks. - Są, ale nie u nastoletnich agentów i takich pracujących pod przykrywką. Na przykład u szpiegów, podwójnych agentów lub jak u Nathana - złodziei. To ma zapewnić bezpieczeństwo. W ten sposób zmniejsza się ryzyko wykrycia, ataku podczas normalnego dnia i tym podobnych. - Złodziei? – zapytała zdziwiona Emma. - Nie pytaj – odpowiedzieli chórem Nath i Justin. - Kiedy indziej wam to wyjaśnimy – dodał Justin. - Mam jeszcze jedno pytanie. -Jakie? – zapytał Nath. - Dlaczego nikt nas nie poinformował, że się włączasz? - Szczerze mówiąc, sam się włączyłem. Słyszałem, że jeden z wrogów planuje ukraść ten dziennik, więc uznałem, że to coś ważnego i go zabrałem. Udało mi się to przed tą grupą. Potem próbowałem go odnieść, ale pojawiliście się wy. Gdy usłyszałem, że też szukacie dziennika potraktowałem was jako kolejne zagrożenie. Dlatego też wkręciłem was z dziennikiem. Później jednak pojawili się tamci mężczyźni. Zabrali mnie tu i chyba nie muszę kończyć. - Nie. - Gdzie jest prawdziwy dziennik? – przeszedł do rzeczy Roberto. - Tu – Nathan wyjął dziennik z torby i podał go Roberto. Kilka sekund później zadzwoniła Elizabeth. Rozmawiała chwilę z Roberto, po czym się rozłączyła. - Nathan dołącza do poszukiwań – oznajmił Roberto. - Słucham? – zapytał zdziwiony Nath. - Słyszałeś. Elizabeth uznała, że skoro wrogowie już kojarzą Nathana z nami, to dla niego będzie lepiej, żeby do nas dołączył. Nie masz nic przeciwko? - Nie – powiedział po chwili zastanowienia. - Roberto, możesz powiedzieć, gdzie jedziemy? – zapytał Maks. - Poczekaj… jest, do Brisbane w Australii. - Rany, znowu kilka godzin w samolocie. – powiedział, jak zwykle entuzjastycznie Emma. - Przeżyjesz. Uwierz mi są rzeczy o wiele gorsze niż siedzenie kilka godzin w samolocie. Rozdział 5 Nurkowanie w Australii Po ponad 15 godzinach w samolocie, wszyscy dotarli do Brisbane. Mapa wskazywała na to że wskazówka jest w jednej z podwodnych jaskiń w okolicy tego miasta. Z tego powodu grupa poszła w pierwszej kolejności do wypożyczalni sprzętu do nurkowania. Roberto poszedł wypożyczyć potrzebne rzeczy, a w tym czasie młodzież postanowiła się lepiej poznać. Okazało się że wbrew pierwszemu wrażeniu Nathan jest bardzo sympatyczny. Natomiast Justin, kiedy może sobie na to pozwolić, nie jest wcale taki sztywny i poważny, jak z początku się wydawało. - Swoją drogą. Jak zaczęliście pracę dla Biura i czy jest wielu nastoletnich agentów? - W temacie tego drugiego, to niewielu. Chyba oprócz nas, to tylko jeden… - odpowiedział Nathan. - Dwoje. Jeden to technik, a drugi jest szpiegiem. Już z nią pracowałem, a z technikiem nie miałem przyjemności. - Czekaj powiedziałeś ,,z nią”? Szpieg to ona? - Tak. Jest nawet nie najgorsza… - Mówisz o Amelie Lange (czytaj: Lanen)? Tej angielce niemieckiego pochodzenia? - Tak. A co? - Poznałem ją. Całkiem sporo mówiła o agencie o pseudonimie „wsparcie”… - Justin się zaczerwienił i jakby speszył. – Coś nie tak? - Nic, po prostu wiem o kim mówiła… - Maks widząc, że sytuacja robi się coraz bardziej krępująca dla Justina, postanowił zmienić temat. - Nie odpowiedzieliście na moje pierwsze pytanie. Jak zaczęliście pracę dla Biura? - A tak. W moim przypadku to bardzo ciekawa historia – powiedział Nathan. - Opowiadaj. - To było miej więcej rok temu. Biuro właśnie przygotowywało się do przejęcia artefaktu z prywatnej kolekcji pewnego bogacza. To była dla nich dość trudna akcja, ale w końcu im się udało. Tyle, że ja zdążyłem ich uprzedzić… Gdy ich zobaczyłem, zaraz się ulotniłem z budynku. Oni rzecz jasna ruszyli za mną. Minęło chyba dziesięć minut nim zdążyli mnie złapać. Potem trafiłem na przesłuchanie. Zobaczyli we mnie potencjał i zaproponowali pracę. - Nieźle. A ty Justin? - Udało mi się załatwić tylko trzy zestawy sprzętu – wtrącił Roberto. - To kto płynie? - Ze względu na to że Emma już kiedyś uczyła się nurkować, a Elizabeth wspominała że lekcje nurkowania są częścią szkolenia złodziei to myślałem właśnie o Emmie i Nathanie… Macie coś przeciwko? - Nie. Idźcie się przygotować – Roberto, Emma i Nathan poszli po sprzęt, a chwilę później byli już w wodzie. - Ej, Maks. Dzięki. - Za co? – zapytał zaskoczony Maks. - Za no wiesz… Zmianę tematu. - A, za to… Nie ma sprawy. A skoro jesteśmy przy tym temacie… - No. - To ty masz pseudonim „wsparcie”? Prawda? - Nieoficjalnie. Amelie zawsze nadaje takie pseudonimy, każdemu z kim pracowała, na podstawie tego co widziała, wydarzeń lub tego, czego dowiedziała się o partnerze. Tylko moje jest nieoficjalne. - Na podstawie czego nadała ci ten pseudonim? - To się pokrywa z moim początkiem w Biurze. To było w muzeum. To miała być normalna wycieczka, ale spotkałem Amelie. Była na misji. Miała problem z ustaleniem kilku faktów. Pomogłem jej. Uczestniczyłem w jej misji aż do momentu, gdy miała ruszyć za wrogiem. Próbowała mnie odesłać. Tyle że… - Niech zgadnę, poszedłeś za nią. - Tak. Akurat dobrze zrobiłem. Ame wpadła. Jej misja była zagrożona i nie wiem, co mi strzeliło wtedy do głowy, ale ruszyłem z pomocą. Wrogowie uznali mnie za agenta Biura i mnie zaatakowali. Poradziłem sobie z każdy przeciwnikiem, a w tym czasie Ame oswobodziła się. Razem pokonaliśmy przeciwników, ale został ich szef. Miał laskę przeznaczenia. Nim się obejrzał ja byłem już przy…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil zkotecka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…