Szelest
Moje pierwsze publikowane "opowiadanie", opisuje historię młodego chłopaka od spokojnego życia w wiosce, do późniejszych zawirowań w przyspieszonym życiu dorosłym.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Szczupły, młody brunet jechał konno wąską ścieżką na skraju przepaści. Zaraz obok niego otchłań sięgała kilkaset metrów w głąb ziemi. W oddali rozpościerały się pola pełne dojrzewających zbóż na ziemiach możnych, żyjących niczym pączki w maśle, ludzi. To wszystko pokrywała łuna zachodzącego za horyzontem słońca. Niedługo potem słońce zaszło. Wędrowiec uznał, iż będzie to najwyższy czas na spoczynek, podróżował już kilkanaście dni, od kiedy wyruszył z domu. Mieszkał z rodzicami i młodszym bratem. Byli wierni cesarzowi, płacili regularnie podatki... lecz ich wioska była położona na granicy z terytorium "barbarzyńców", czyli ludu składającego ludzi w ofierze, uprawiających wielobóstwo, żyjących z napadów na słabo strzeżone ziemie przygraniczne. Właśnie te kilkanaście dni temu napadli wieś. Przekroczyli rzekę swymi krótkimi, acz szerokimi łodziami i wylali się z nich niczym woda z wiadra - palili, grabili, mordowali.... Bez końca. Wędrowiec na własne oczy widział jak napastnicy podrzynają gardło ojcu i zostawiają jego ciało w kałuży krwi, jak przebijają matkę mieczem, odcinają jej głowę i nabijają na pal, wreszcie - jak porywają bezbronnego, małego chłopca będącego jego bratem i wsadzają go na wóz pełen innych szkrabów. On sam przed napadem nabierał wody ze studni, jakiś jeździec wepchnął go do niej kłusując w kierunku jego chaty. Rankiem następnego dnia, kiedy barbarzyńcy zarządzili odwrót, wyszedł cichcem ze studni i zrzucił z konia ostatniego z żołnierzy. Obezwładnił go celnym uderzeniem w skroń, związał i wrzucił pod zwęglone szczątki jego chaty. Porwał jego konia, z początku chcąc dogonić i odbić brata, ale zrezygnował z tej myśli, uznając ja za zbyt ryzykowną. Odjechał więc w przeciwnym kierunku, w głąb cesarstwa. Myśląc o tym położył się obok swego konia i zasnął. O brzasku obudził go ryczący odyniec, dotąd ryjący ziemię pod rozłożystym dębem, niedaleko miejsca gdzie spał. Młodzian spojrzał na niego, pod wpływem strachu wyciągnął zza pasa nieduży kozik. Zmusił konia do podniesienia się ze ściółki, szybko go dosiadł i uciekł z tego miejsca. Dzik ten miał prócz dwóch kłów, dosyć małych, sporych rozmiarów róg, był maści brązowej z ciemnożółtym podbrzuszem. Gdy słońce było w zenicie, wędrowiec dotarł nad brzeg Nargali - szerokiej rzeki, płynącej z Terytorium Północnego do ujścia we Wschodnim Oceanie. Po drugiej stronie znajdowało się małe miasteczko, niedaleko był most. Pilnowało go zaledwie kilku strażników w niekompletnym umundurowaniu, trzymających przy sobie jedynie kilka mieczy i dwie tarcze. Podjechał do nich, zsiadł z konia i zapytał jednego z nich: -Co to za miasteczko? O rzece słyszałem, ale... -Młody. To jest taka mieścina, że nie ma jej nawet na mapie. Tutaj diabeł mówi dobranoc, nic tu nie ma, nic tu się nie dzieje. Nie wiem jakim cudem tu dotarłeś, najbliższe szlaki znajdują się w odległości kilkunastu dni marszu. Tu jest dzicz. Jedyne wojsko co tu jest, to my i nasz dowódca, ale chwilowo jest w gospodzie. Chyba tylko on tam siedzi... Ludzi tu tyle, że każdy każdego widzi chociaż raz dziennie, może z dwadzieścia osób. Więcej jak dwadzieścia lat temu, szedł tędy szlak, ale od ostatniej wojny mało kto tutaj wędruje.-ciągnął żołnierz, wyglądający jak dezerter - w obdartym mundurze, ze zbroi zostały mu nagolenniki i przerdzewiała metalowa tarcza. Młodzian czuł, że go nie słucha. Kiwał tylko potakująco głową, a kiedy ten skończył mówić, wsiadł na konia i przejechał most. Rozglądał się za wspomnianą przez żołnierza gospodą. Faktycznie, niewiele było tam budynków - owa gospoda przy centralnym placu, mała świątynia, kilka domów i sklep. Podjechał pod okna gospody, zsiadł z konia i przywiązał go do wystającej z fasady belki. Uchyliwszy drzwi ujrzał pięć stolików z czego dwa połamane, przy każdym po trzy-cztery krzesła, śpiącego na ladzie barmana, oraz dwóch rozmawiających ze sobą żołnierzy, z których jeden był najprawdopodobniej wcześniej wspomnianym dowódcą. -Przepraszam, że przerywam, ale... - zagadnął chłopak, wtrącając się. -Przestań gadać, chodź, napij się. - burknął jeden z nich. Nie chcąc być niegrzecznym chłopak dosiadł się, przez chwilę sączył brunatny płyn nalany przez domniemanego dowódcę i zapytał: -Co to za miejscowość? -Eee... to? Taka wioska mała. Jest nas kilku, ja jestem tu dowódcą. Nazywam się Flik. Chciałbym stąd się urwać, porąbać głowy... a tak to tylko piję to brunatne gówno, co dwa lata spotkam takiego jak ty, to całe moje życie od dwudziestu lat. Przydzielili mnie tutaj, to siedzę, nudzę się. -Czyli tutaj nic nie ma? -Nic. A właściwie co ty tutaj robisz chłopcze? -Uciekam. Mieszkałem w wiosce na granicy, niedaleko osad barbarzyńców, wymordowali dorosłych, porwali dzieci, ja przez przypadek ocalałem... -Młody. Przez przypadek to się większość dzieci robi. Mów, że się bałeś, schowałeś, nie wiem... uciekłeś do lasu, a bzdur mi tu nie opowiadaj. -Dobrze, niech będzie że uciekłem... w każdym razie chcę jakoś dojść do tamtych barbarzyńców i odebrać im mojego brata. Najpierw do stolicy może pojadę, zaciągnę się do straży miejskiej albo do wojska, podszlifuję umiejętności, a potem się wyprawię do nich. -Śmiałe plany chłopcze. Słuchaj, życzę Ci powodzenia, jednak nie sądzę, żeby było łatwo. Myślę, że skoro podjąłeś taki plan, będziesz się starał, ale czy dasz radę... kiedy będziesz w stolicy, będziesz w koszarach, szepnij coś o tej wiosce, może w końcu zdejmą nas z posterunku. Mogę walczyć z demonami w piekle, ale nie siedzieć tutaj. A w sumie, jak Cię zwą? -W wiosce wszyscy mówili na mnie Sab. Niezbyt lubię to imię, ale lepszego nikt dla mnie nie wymyślił. -Cóż, w tych koszarach możesz dostać nową tożsamość, jeśli byłbyś poszukiwane, jest to najlepsze miejsce żeby zatrzeć ślady po sobie. A teraz pozwól, że odejdę. Faktycznie, dowódca wstał, zostawiając na stole kilka denarów, po czym wyszedł z gospody. Szeregowiec przyjrzał się bacznie chłopakowi i podążył za swym dowódcą. Młody wypił do końca zawartość kubka, po czym wstał i podszedł do wciąż śpiącego barmana. Trzasnął pięścią w ladę, co obudziło śpiącego. -Co? O co chodzi? -burknął po chwili. -Chciałbym coś do jedzenia kupić, nie mam ochoty sam sobie go zrobić, a nie wiem, czy mogę tu coś kupić. -Można. Kawałek mięsa i kilka garści kaszy, wystarczy? -barman jakby się budził. -W zupełności. Jeśli mogę zapytać, ile muszę czekać? -Chwilę, niedawno było robione, wezmę miskę, jakąś łyżkę, nałożę i podam. Chłopak wrócił do stołu, rozejrzał się po obskurnym wnętrzu. Bał się, jak będzie wyglądał i smakował posiłek, skoro nikt nie potrafi zadbać o wnętrze lokalu, jeśli można go tak szumnie nazwać. O dziwo breja w misce przyniesiona przez barmana była zadziwiająco smaczna i pożywna, chłopak zapłacił srebrnym guzem zabranym ze zbroi powalonego wroga w swojej wiosce, tej z której uciekał. Kilkanaście minut później wyszedł z karczmy nadspodziewanie syty. Skierował się w stronę sklepu, gdzie kupił małe zapasy żywności. Powróciwszy do konia, wsiadł na niego, po czym wrócił na most na Nargali. Zaczepił dowódcę siedzącego na niemal przegniłej już, drewnianej balustradzie mostu. -Cóż, jadę dalej. Módlcie się wszyscy, żebym nie zapomniał o Waszej sprawie w tych koszarach. -rzekł do niego. -Życzę powodzenia, chłopcze. -odparł krótko mężczyzna, wstał i podał mu rękę. Sab odjechał w kierunku stolicy. Dopiero po kolejnych kilkunastu dniach ujrzał osady z mieszkańcami, wcześniej były same pola, lasy, jeziora, łąki i bagna. I tak w kółko. Wkrótce z jednego z najwyższych szczytów w okolicy zobaczył dwie ogromne wieże: świątynną i miejskiego ratusza. Wokół nich, w połowie wysokości, obracał się magiczny pierścień ochronny, koloru fioletowo-błękitnego, utworzony, by chronić obie wieże przed ewentualnymi atakami, jako, że były najważniejszymi punktami miasta. Sab wieczorem znalazł się pod murami miejskimi. Stosunkowo blisko nich znajdował się las iglasty, pełen sosen. Tu i ówdzie w ziemię powbijane były kilkumetrowe, ogromne płonące pochodnie, oświetlające ziemię w pobliżu bramy. Krata w bramie była spuszczona. W małej budce obok niej drzemał strażnik. Sab zsiadł z konia i podszedł do tego strażnika. Szturchnął go lekko w ramię. Obudziwszy go, zapytał: -Przepraszam, jak mogę teraz wejść do miasta? -Chrr... co? Kim jesteś? Skąd pochodzisz? Po co chcesz wchodzić do miasta? - odparł strażnik. -Nazywają mnie Sab, jestem z okolic wschodniej granicy, chcę wejść do miasta i po ludzku się wyspać, a jutro iść do koszar. -Nie wejdziesz, widzisz że jest już wieczór. Niedawno zasunęli kratę, do tego jest potrzebnych czworo mężczyzn, silnych, a nie ma sensu ich budzić dla jednej osoby. Gdyby było dziesięć, to i owszem. A do koszar i tak sie nie dostaniesz. -Dlaczego? Coś ze mną nie tak? -A pewnie że nie tak. Jesteś zameldowany w mieście? Masz tutaj pracę? Co? - ironicznie zapytał strażnik. -Nie... ale co to ma do rzeczy? -powiedział zaskoczony Sab. -To, że już od kilku lat przyjmują wyłącznie obywateli urodzonych w mieście, albo legalnie tu pracujących. Czyli Ty, przybysz ze wschodu nie masz szans na wejście. Mógłbym komuś szepnąć słówko, ale nie będę na darmo strzępić ozora... -Łapówka? Nie, dziękuję. Nie mam wystarczających środków. -Jak chcesz. A teraz idź spać gdzieś pod drzewkiem. Chłopak odszedł od budki i rzucił się na miękki mech rosnący pod jednym z drzew. Zanim zdążył zasnąć przybyło kilka innych osób, które po krótkiej rozmowie ze strażnikiem uczyniły to samo. Rankiem Sab wstał najwcześniej, budził nawet strażnika. Dłuższą chwilę czekał na otwarcie bramy, podniesienie kraty i odstawienie na bok drewnianych bali pełniących rolę zasiek (-ów). Po wejściu do miasta jechał konno w stronę obu górujących nad miastem wież. Wzdłuż ulicy stały domy, głównie drewniane oraz kamienno-drewniane, jednak większość utrzymana w podobnym stylu. Po dotarciu do ogromnego rynku stanął na środku ulicy. Nie wiedział co zrobić - nikogo nie znał, nie wiedział gdzie są koszary, a dwie wieże już nie były dobrym punktem orientacyjnym. Zszedł więc z konia i prowadząc go ze sobą podszedł do jednego ze strażników miejskich. -Mam pytanie. -zaczął nieśmiało. -Tutaj każdy ma pytanie. -burknął strażnik. -Hmm... więc się streszczę: którędy do koszar? -Odejdź! nie jestem informacja turystyczną! -warknął strażnik sięgając do miecza. -Spokojnie, chcę tylko wiedzieć którędy mam dojść do koszar. Chcę wstąpić do wojska. Strażnik cofnął rękę. Spojrzał badawczo na Saba. -Idź w lewo. Później kieruj się na południową bramę. Tam lepiej Ci wytłumaczą. -Dziękuję. -odparł krótko Sab, wsiadł na konia i pojechał we wskazanym kierunku. Kilkanaście minut później Sab dojechał do bramy wspomnianej przez strażnika. Z konia zapytał przechodnia, garbatego, średniego wzrostu człowieka, łysego, lecz w wielkim rudym wąsem i idiotycznym wyrazem twarzy: -Przepraszam, którędy do koszar? -Eee... aaa... yy... aha, do koszar, powiadasz? Sab zaskoczony wolno skinął głową. -Eeeyyy... ooo... skieruj się Panie w obrębie murów na południe. Tam będzie brama, w górę, tam jest droga. Powinieneś trafić, nie? Sab potaknął i pospiesznie odjechał. Faktycznie, po chwili jazdy na południe zobaczył bramę, a nad nią namalowaną karykaturę koszar. Mimo to zagadnął strażnika w drewnianej budce: -Do koszar? -Do koszar. Pojechał więc dalej. Budynki koszar leżały na wzgórzu, nad brzegiem rzeki, z dostępem na wyłączność do małego portu, a także z własną zewnętrzna bramą, niezależną od bram
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Universal
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…