Wróć do katalogu

Wodnik Szuwarek

Nowa wersja czeskiej bajki. Trochę mroczniejsza imało śmieszna i napewno nie dla dzieci

freser, opublikowano , 48 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Dla Marcina- wiernego fana Szuwarka

- Baza, baza! Mam problem! Proszę o natychmiastową ewakuację!- wśród moczarów roznosił się mój przerażony głos. - Cholera, wystarczyły dwa miechy, a już narozrabiałem. Pieprzony nadajnik. – ze smutkiem rzekłem do siebie. To dziwne ale słyszałem wcześniej na szkoleniach, że ten sprzęt jest odporny na wszystko, nawet na.... - Tam jest jego nora! Załatwimy drania!- z małego głośnika zaczęły dobiegać mnie coraz głośniejsze krzyki. Zastało mi jeszcze trzy, albo cztery okresy, a potem skończę jak ten nieszczęsny.... - Kurwa! – Moje przekleństwo szerokim echem rozniosło się po moczarach, a przesuwające się drobne ognie widoczne na małym monitorze, przystanęły na chwilę wsłuchując się okrzyku, poczym z większą werwą zaczęły sunąć w stronę źródła okrzyku. - Może na radio poskutkuje stara metoda z planety Mosros? – odsunąłem się i wymierzyłem potężnego kopniaka w zepsutą aparaturę, ale na domiar złego mój szarozielony skafander w który byłem ubrany, nie zamortyzował uderzenia. Zrobiło mi się ciemno przed oczami i przysiadłem na chwilę rozcierając obolałą kończynę, na moje szczęście zobaczyłem, że jakieś światełko zaczyna do mnie mrugać. O wielcy bogowie z planety Mosros! Świątynie macie u mnie jak w banku, tylko muszę z tego wyjść cało. Zresetowałem dane wyjściowe i już teraz spokojniejszym głosem zacząłem wzywać pomocy. - Baza, powtarzam proszę o natychmiastową ewakuację... - Wypróżnij się i nikt nie usłyszy twojego krzyku... jak mawiał mój dziadek Nostro, zaraz tu będą, a ja nie mogę nikomu nic zrobić. - ....................................................

Wszystko potoczyło się tak szybko, za szybko. Po długim i niekończącym gniciu w kazamatach, zaprowadzono mnie i posadzono na malutkiej ławce w małym korytarzu, zakończonym z jednej strony potężnymi stalowymi drzwiami a z drugiej strony potężną kratą. Gdy ścierpły mi dłonie od potężnych kajdan, usłyszałem szczęk masywnych krat i do środka wleciały dwie poruszające się chaotycznie nieduże, szare pierzaste kule, a za nimi powolnym krokiem ciągnąc po ziemi ogonem wszedł humanoid, też skuty w metalowe obrączki. Nowy był cały pokryty krótką szarą sierścią z podłużnym psim pyskiem, a z jego wielkich oczu aż błyszczało szaleństwo. Ten z sierścią jak się później okazało był pierwszy w kolejce i z tego co mi później powiedział, wynikało, że nie mógł się już doczekać, kiedy sprawiedliwości stanie się zadość i wreszcie opuści to smutne miejsce. Ja wiedziałem jedno, że wszystkie dowody wskazują na mnie i jedyne, co mogę zrobić, to prosić o wyrozumiałość sądu. - No, bo rozumiesz stary – zacząłem opowiadać mojemu nowemu towarzyszowi, a poczucie winy wisiało na de mną, szczerząc kły- Już od samego początku miałem pecha, coś mi w środku mówiło: „nie fałszuj tej karty płatniczej, daruj sobie ten market, cos tu śmierdzi, uciekaj, ta obrzydliwa sprzedawczyni tylko wygląda na głupią i ślepą, zapłać gotówką, nie kombinuj...” Ale nic, znowu dałem się zrobić w balona przez służby nadzoru. Sprzedawczyni była tajnym agentem z wielką armatą, a gdy próbowałem w szoku podrapać się po głowie, bo wiedziałem, że mam przejebane, dostałem w plecy impuls obezwładniający, o tak dużej mocy, że dym poszedł mi uszami. Jak się później dowiedziałem w lecznicy nadzoru, że jeszcze chwila, i jakby nie przyjechał bulans, moja dusza połączyła by się z bezkresem, a resztki służyły by jako strach na fałszerzy środków płatniczych. - Nie martw się Shur, gaw, w najgorszym, gaw, przypadku, gaw, będziesz musiał gaw, dołączyć do sekty, gaw, Wielkiego, gaw, Bzdziu, gaw, cha... Nagle otworzyły się wielkie drzwi i korytarz zapełnił tubalny głos, który na pewno nie płynął ze zwykłych, gaw, znaczy przepraszam, strun głosowych. - Oskarżony Pimp, zapraszamy. - Nie martw się stary, gaw, będę ci przysyłał listy i paczki ze smacznymi gaw, kościami, ale jak cię uniewinnią to zapraszam do mnie gaw, wieczorem na orgię gaw. - Jasne! Będę pamiętał! –zdążyłem powiedzieć i wielkie drzwi zamknęły się z hukiem, a mi jedynie w głowie zostało, to, że ja będę następny. Więc siedzę tak skuty w wielkie kajdany, mój papug coś mi cicho mruczy do ucha, cholera nic z tego nie rozumiem. - Nie rozumiem twojego pieprzonego dialektu! – krzyczę mu prosto w dziób. - Ksiąk, prąg, ponieważ pryk? – zaskrzeczał. - Nic nie rozumiem! Przez ciebie źle skończę! – Ci cholerni adwokaci z urzędu, jak się nie ma kasy to można tylko skończyć w lawie. - Albowiem jabadaba gdyż ak? – Odpowiedział mi bardzo rezolutnie, w każdym razie wyczułem nutkę nadziei w jego głosie, jednak nie zmieniło to mojego przeczucia, że już po mnie. Cholera, to już moja kolej, otwierają wielkie drzwi, wielka sala, pośrodku której wielka głęboka dziura z płynną lawą na dole. Z tego, co wiem, chyba dzisiaj tam nie skończę. Nagle w powietrzu poczułem unoszący się zapach palonych kłaków. Zrobiło mi się nie dobrze. Ten idiota Pimp miał pecha, Czerwone oko nie chciało mu uwierzyć, że zwłoki szesnastu samic ktoś mu złośliwie zakopał w piwnicy. Przez cały czas ten dureń myślał, że zostanie ułaskawiony... Ale i tak dostał najłaskawszy wymiar kary, gdyż trzy sekundy w temperaturze 2000oKinderbala, w odróżnieniu od skazania na miliard lat życia jako bakteria gnilna w jelicie grubym Wielkiego Bzdziucha, wydają się łaskawością nad łaskawościami. Jak bym był nawiedzonym sekciarzem Wielkiego Bzdziucha, mógłbym powiedzieć, że zostanie bakcylem gnilnym jest jedynym sensem życia, ale ja wiem jedno Kapłani mają nasrane w głowie. Nagle ujrzałem przed sobą Wielkie Czerwone Oko (w skrócie WCO – przypisek autora), prześwietliło mnie wzrokiem na wylot, potem się zamknęło. Piękna sprawa z tym okiem, wszystko wie, nigdy się nie myli i zawsze jest sprawiedliwe, no prawie zawsze, przynajmniej nie w moim przypadku. Ten skaning czerwonego oka jest zawsze działa na mnie osłabiająco. Nie wiem ile czasu minęło, odkąd straciłem przytomność, jednak delikatne elektrowstrząsy obudziły mnie jednocześnie oznajmując, że materiał dowodowy został przetrawiony i wnioski wysnute. - Szhur Warr? – Wielkie Czerwone Oko beznamiętnie ryknęło w moją stronę. - Tak, to ja, w czym mogę pomóc? – Próbowałem być dowcipny i elokwentny. Niepotrzebnie. Czerwone Oko zabulgotał, wyrzucił z siebie trochę zeszłorocznego śluzu. Następnie pochylnia, na której stałem, gwałtownie szarpnęła się do dołu. Przez chwilę czułem na twarzy ciepło geotermalnej spalarki wyrzutków społeczeństwa. - Na żarty się zebrało! – Wielkie Oko dalej ryczało – Jesteś degeneratem Szhur, twoja martwa wywłoka cielesna powinna straszyć podobnych tobie! Albo nie, spalę cię zaraz i twoje BNA przestanie istnieć. Bo wykluczone jest żeby ktoś taki jak TY poruszał się po świecie i siał ferment. Odwiedzimy także wszystkie banki nasienia, w których dokonywałeś lokat i tam też zniszczymy twój kod genetyczny, gdyby ktoś próbował ciebie klonować. Czy masz coś na swoją obronę, zanim skażę cię na spopielenie w odmętach lawy! - Już nie będę oszukiwał! Będę grzeczny! – Wydarłem się i zacząłem cicho łkać, bo nie byłem jeszcze gotowy na połączenie się z absolutem – Ja naprawdę potrafię zarabiać uczciwie... – Padłem na kolana i zacząłem się tarzać po brudnej podłodze – to wszystko przez takie niskie pensje... - Zamilcz, bo zostaniesz skazany za obrazę systemu, a tego nie będzie ci można darować. Stań prosto, bo inaczej twoja apelacja nie będzie rozpatrzona. Chyba za długo się ociągałem z tym wstawaniem, bo potężny impuls podniósł mnie na obie nogi, moje uszy przyzwyczaiły się do dymu z nich wydobywającego. Gorzej z mózgiem, on nigdy się do tego nie przyzwyczaił, w końcu to on dymił. Wielkie Oko zamknęło się na chwilę, chyba po to, żeby przeanalizować moją parszywą sytuację, albo po to, żeby na mnie nie patrzeć. Trwało to strasznie długo, zaczynałem się niecierpliwić niewiedzą na temat mojej przyszłości. Czerwone Oko, znowu zabulgotał i odksztusił chyba całą flegmę, jaką miał w swych szacownych bebechach. Oczywiście prawie cała znalazła się na mnie, a ta, co nie trafiła na mnie, poleciała na mojego papuga. Miał pecha, gdyż skrzydła mu się posklejały i zrobił się przez to mało lotny. Pikując wpadł prosto do spalarni. Przez chwilę patrzyliśmy ze zdziwieniem na ostatni korkociąg papuga i gdy jego przerażający skrzek znikł z eteru, Wielkie Czerwone Oko nabrało powietrza i zaczęło swój monolog - Masz szczęście Szhurr, że w dzisiejszych czasach brakuje naukowców. Nie jakiś tam szczurów laboratoryjnych, ale prawdziwych odkrywców, co z poświęceniem życia i zdrowia eksplorują nowe galaktyki, mgławice, niedostępne planety i księżyce... Z podniecenia, Oko zrobiło się znowu wielkie i nabrzmiałe, a ton jego parszywego głosu zaczął mi przypominać głos zapijaczonego kapitana Kyrka Pyrka, kiedy ostro pił każdego wieczoru w podłej knajpie Pod Parszywym Kucykiem. Kapitan Kyrk potrafił godzinami opowiadać o swoim zasranym statku Inter Szajsie (jego model robił zawsze z placka i dwóch kutasików), o swoich niesamowitych przygodach intergalaktycznych. Zawsze pospołu z innymi słuchałem niekończących się opowieściach o jego przyjacielach: Szczpiczasto Uszym Foku, o cyborgu z drętwą miną i innych idiotach biegających w obcisłych trykotach. Wszyscy tubylcy i przyjezdni robili sobie pośmiewisko z biednego Kyrka, który na skutek błędu w teleportacji (tak przynajmniej twierdził), znalazł się poza swoją macierzystą jednostką (o ile w ogóle naprawdę istniała). Jedno było o nim wiadomo, posiadał czerwoną książeczkę, która upoważniała go do pobierania renty, przyznawanej przez rząd dla ciężkich, beznadziejnych i zarazem trudno wytłumaczalnych przypadków schizmy paranoidalnej. Ale wszyscy go i tak lubili, gdyż stawiał wszystkim (państwowe renty były wysokie) w knajpie płyny odlotowe. Aha, jeszcze jedno uwielbiał, jak wszyscy w czasie jego niesamowitych opowieści śpiewali tą samą piosenkę w stylu umpa – umpa. No tak bym zapomniał, jego największym przebojem były opowieści o tym, jak nie pozwalał wejść sobie na mostek młodemu samcowi, bo ten nie chciał bawić się jego pingwinem albo z pingwinem kapitana, jakoś tak, cokolwiek to znaczy. Z zadumy wyrwała mnie świadomość, że śpiewam pod nosem, to durne umpa, umpa; ale na szczęście Czerwone Oko nie zorientowało się i dalej ciągnęło swoje smutne wywody. - Masz rację w dzisiejszych czasach wszystkim brakuje pieniędzy, nawet nam. Wielkie Sądowisko się już rozlatuje, wieczna lawa zacznie niedługo wystygać, wszystko jest nie tak. Tak jak wcześniej powiedziałem należałoby cię śmieciu spalić, tak jak wszystkich wcześniej. Ale tamci to byli prawdziwi śmiecie, natomiast ty jesteś śmieciem z wyboru. Popatrzmy, hm... Czerwone Oko zamilkło i chyba zaczęło znowu analizować moje dane. Po dwudziestu sekundach zrobiło się całe sine i spuchło. W momencie jak już, już wydawałoby się miało wybuchnąć, nagle uszedł z niego gaz i po sekundzie już spokojnym głosem, zaczął swój jednostajny wywód. - Fakultet z biotyki, pięć lat praktyk jako tester niestabilnych układów genetycznych, zaczęty doktorat z psychologii bezwąsów. – przerwał, i zaczął się jeszcze raz zastanawiać, ale tym razem szło mu to szybciej i mniej spektakularnie, po dłuższej chwili znowu zaczął swoją długą i nudną pogadankę - No, no Panie Szhur Warr, Gratulacje! Zostaje pan wysłany z karną misją przebadania nowo odkrytej planety. Z tego co się orientuję w zakres obowiązków będzie wchodziła obserwacja i skatalogowanie wszelkich form życia opartych na karboxie. Pańska baza będzie znajdowała się na terenie zalesionym z dużą ilością wody. - Jak to z wodą? - Normalnie jest to związek Oxu i hydroxu, w temperaturze 0oKinderbala ze stanu ciekłego przechodzi w stan nie ciekły, jakieś pytania? To przecież Pan jest naukowcem a nie ja! Bo skarzę pana za obrazę sądowni! - Ale ja nienawidzę wody! – z przerażenia zaczęło mi się robić niedobrze - Wiem o tym, dlatego Cię tam wysyłam, nie dziękuj – Wielki Czerwone Oko wydawał się być zadowolony ze swojej decyzji, jego wnętrzności wydawały odrażający bulgot. Na samą myśl o dłuższym kontakcie z tą dziwną substancją, z której podobno jestem w 80 częściach zbudowany, na całym moim ciele zrobiły się czerwone swędzące plamy. - Szanowny Wielkie Oko – w moim głosie było już słychać narastające przerażenie – ależ klinicznie jest dowiedzione, że mam ciężką nerwice psycho – somatyczną na punkcie wody! – mój głos się załamał. A Wielkie Oko tak jakby zaczęło gasnąć i maleć, gdyż uważało, że rozprawa się zakończyła. - Wyrok jest ostateczny, w przypadku nie pogodzenia się z werdyktem, apelację może rozpatrzyć wieczna lawa – z wnętrzności oka dobiegła standardowa formułka, a mi zrobiło się bardzo, bardzo duszno, a świat zaczął mi wirować przed oczami, nagle w wpadłem na szalony pomysł i krzyknąłem: - Proszę Wielkiego Oka chcę zostać bakterią gnilną Najświętszego Wielkiego Bzdziucha! Tylko proszę o niewysyłanie mnie na tą mokrą planetę! Na Wielkiego Pciucha, błagam, tylko nie tam! – nagle z głośników dobiegł mnie komunikat. - Jeśli skazany nie zgadza się z wyrokiem i za dziesięć sekund nie zwolni miejsca będzie mógł osobiście dostarczyć apelację do wielkiej spalarki. - Ale... - 10, 9, - ja... - 8, 7... - Boję się wody! - 6, 5, 4, Cholera, trzeba stąd uciekać, bo inaczej za chwilkę trochę się opalę. Właśnie zdążyłem zrobić ostatni krok z podestu, gdy klapa, na której wcześniej stałem z hukiem się otworzyła. Do środka sali wdarło się gorące śmierdzące powietrze, a żar bijący ze środka opalił mi resztki brwi, jakie mi pozostały po przymusowej depilacji. No cóż lepsza woda niż 2000oKinderbala. Wychodząc z przeszanownej sądowni na chwiejących się nogach, uderzył mnie hałas i pisk wielu samic, a wszyscy zebrani za wielką kratą obłąkańczo się darli: - Witaj Pimp! Dawaj na imprezę! - I inne pierdoły. Trwało to jakąś chwilę, dopóki nie zorientowali się, że to ja, a nie Pimp, w końcu nie byłem pokryty futrem i nie miałem głupiego wyrazu pyska. Jakaś chuda suczka spojrzała na mnie i z wielkim wyrzutem i zapytaniem w głosie zapytała: - Te pokrak! Łuf, a gdzie Niezwyciężony Wojownik Miłości Pimp? Chciałem, jej coś powiedzieć o ostatnich chwilach jej przyjaciela, jaki był niezwyciężony do ostatniego kłaka i szczeku. Chciałem jej i innym złożyć kondolencje, że przed chwilą odszedł jeden z ostatnich prawdziwych kochanków i zbiorowych morderców na tle seksualnym zarazem. Ale cóż nigdy nie byłem dobrym oratorem i jedynie z zaschniętego gardła wyszedł mi nieartykułowany charkot, a mój palec wskazujący zakreślił poziomą linię od ucha do ucha. To był błąd. Do następnego pomieszczenia miałem jeszcze jakieś dwadzieścia kroków, gdy nagle uzmysłowiłem sobie, że jest to strasznie długi dystans. Koszmarem okazało się to, że tłum dowiedziawszy się o sprawiedliwym wyroku, chciał złożyć sprzeciw butelkami i innymi ciężkimi przedmiotami na mojej biednej głowie. Kajdany ograniczały moje ruchy, do bezpiecznego schronienia było jeszcze daleko a strażnicy nie kwapili się uspokoić tłumu, wyraźnie spragnionego miłości i śmierci, (o czym niektóre samiczki się już przekonały, a inne chciały tego doznać na własnej owłosionej skórze). No cóż, przez całe moje smutne życie myślałem, że słowa ballady „chciałbym zdechnąć z miłości” są tylko wymysłem jakiegoś niedowartościowanego frustrata. Już w momencie, jak myślałem, że uciekłem od latających spodków od filiżanek i innej porcelany, stała się rzecz oczywista przy moim pechu. Gdy już przekraczałem próg pomieszczenia, w którym mogłem się schować, ostatnie, co dotarło do mojej świadomości to słowa piosenki „a wszystko to, bo ciebie liebe” którą wyły suczki, zrozpaczone po stracie Pimpa oraz wszechobecne gwiazdy wywołane potężnym uderzeniem w tył czachy. Poznałem swój znajomy gwiazdozbiór i odleciałem na niego w pełnej nieświadomości tego, że moja głowa po raz drugi uderza w kamienną posadzkę, robiąc przy okazji niezłe spustoszenie na mojej facjacie.

- Nie martw się stary, gaw wszystko będzie dobrze - powiedział do mnie Pimp. Rozejrzałem się po drewnianym pomieszczeniu, w rogu stała miska, wszędzie walały się kości, a Pimp obgryzał zgrabną nogę wyrwaną z czyjegoś zgrabnego tyłeczka. – Naprawdę będzie, gaw wszystko w porządku – Pimp mlaskając patrzył się na mnie jeszcze z większym obłędem. - Przecież ty nie żyjesz? – spojrzałem na swoje ręce, były w kajdankach – Wielkie Oko cię spaliło! – Pimp, podchodził coraz bliżej, ociekał krwią i z coraz większą lubością patrzył na moje golenie. - Gaw, wszystko będzie dobrze,- skończył mówić i zbliżył się pyskiem do moich nóg. Po chwili zorientowałem się, że już trzyma w zębach moją nogę i zaczyna gryźć – a ja nic nie mogłem na to poradzić, nawet głos uwiązł mi w gardle. To nie może być prawda, to nie może być prawda….to…nie… Obudziłem się. Z taką tylko różnicą, że to nie Pimp, tylko obślizgły skrzypłocz powoli, acz systematycznie zaczął się dobierać do mojej nogi. Zdarł mi z niej już cały naskórek, wgryzł się malutkimi ząbkami a wyssanie szpiku kostnego, było by pewnie tylko kwestią okresu. Kopnąłem go drugą nogą z całych sił, uderzył głośno w ścianę i klapnął z hukiem na posadzkę. - Poszedł mi stąd poczwaro! – Krzyknąłem na niego, usiadłem i zacząłem pocierać ścierpniętą nogę. - Wypraszam sobie! Po pierwsze nie poczwaro, a po drugie, to mam na imię Euzebiusz! – skrzypłocz usiadł na ziemi - jestem twoim kuratorem, nadzorem, pomocą techniczną, logistyczną, jeśli zechcesz mogę być twoją kochanką…. Po tych jego słowach zwymiotowałem. Przypomniałem sobie, że ostatnio stało się modne spółkowanie seksualne z różnymi amorficznymi stworzeniami. - Ty lepiej Euzebiusz zamilcz, dobrze, póki jestem jeszcze dobry. To, że chciałeś zjeść moją nogę, mogę ci jeszcze wybaczyć, ale na seks ze mną nie licz! A właściwie, to, co ty chciałeś od mojej nogi! Z tego, co wiem, to twój gatunek, nie jest mięsożerny!- Krzycząc to, trzymałem resztki buta z zamiarem zrobienia mu krzywdy. - Już skończyłeś? To dobrze, lubię jak jesteś spocony…- but poszybował szerokim łukiem, prosto w jego niby mordkę. Miał szczęście, gdyż nie wziąłem poprawki na zawirowania czasoprzestrzenne, wiatr słoneczny i gazy Boskiego Bzdziucha. – z tym seksem, to był oczywiście żart, przestań się Shurr rzucać ciężkimi przedmiotami, usiądź i posłuchaj. Amorf, usiadł na stolcu i zaczął przybierać bardziej przyzwoitą pseudo- humanoidalną postać, chyba po to, żebym nie miał wrażenia, że rozmawiam z ogromna szaro – brunatnym czymś, przypominającym gnijącą rozwielitkę. Patrząc na przemiany Euzebiusza zrobiło mi się niedobrze i znowu zwymiotowałem, bo obraz, który zobaczyłem nie należał do najatrakcyjniejszych. W późniejszych rozmowach z Euzebim, ten maniak twierdził, że moje wymioty spowodowane były, niedawno przebytymi licznymi elektrycznymi wstrząsami mózgowi. - No, już lepiej – rzekłem, lecz znowu targnęły mną wymioty – nie przejmuj się poczwaro, znaczy się Euzebiuszu, skoro jestem skazany na twoje towarzystwo, to postaram się w krótkim czasie, przestać tak intensywnie na ciebie reagować – po tej krótkiej gadce znowu targnęły mną wymioty, ponieważ stanął mi przed oczami cały egzoszkielet skrzypłocza, który się na chwilkę uzewnętrznił w trakcie polimorfizacji. Euzebiusz, bym razem już bardziej humanoidalny po przemianie rozsiadł się wygodnie, wyjął z kieszeni skafandra coś, co przypominało fajkę i patrząc na mnie z politowaniem, zaczął ćmić powolutku ziele. - Wiesz, co Shurrwar? – zapytał mnie akcentując głupio na ostatnią samogłoskę. - Co? – Zacząłem wycierać usta brudnym ręcznikiem, bo stwierdziłem że nic już nie mam w żołądku. - Chyba cię polubię – Amorf zaczął się głupio uśmiechać, zerkając na moją pogryzioną nogę. Ręcznik z hukiem wylądował na głowie Skrzypłocza, który gdy tylko wstał z posadzki, nie przejął się tym za bardzo i kontynuował rozmowę. - Za uszkodzoną nogę, byś mi jeszcze dziękował – uśmiechnął się jeszcze głupiej i pociągnął z ustnika. Na te słowa usiadłem zrezygnowany i zacząłem zadawać pytania, bo sytuacja mnie przerosła. - Wytłumacz mi, do jasnego Bzdziucha, dlaczego chciałeś pozbawić mnie golenia? - To proste – robił małe przerwy wdychając słodkie opary – z uszkodzoną nogą, nie pojechałbyś na żadną misję naukową, a ja miałbym świetny okaz, dzięki któremu skończyłbym badania nad ewolucją Fungi - Strungi. – Na tak głupi argument włączyła mi się z powrotem po wielu latach, moja naukowa wiedza. - Co ty bredzisz, przecież ta praistota nie istnieje! – Krzyknąłem, bo takich bzdur nawet od swoich studentów nie słyszałem. - Oczywiście jest to model teoretyczny i głęboko symbolistyczny, przy uwzględnieniu wierzeń tylko jednego wymarłego plemienia Klops z planety Smardz. - To już lepiej, twój tok rozumowania ma przynajmniej cień logiki, – podrapałem się po głowie, – ale powiedz mi jedno, to, po co ci moja noga? - Nie cała noga, tylko ścięgna z twojej błonopalcej nogi i dzięki linie z nich zrobionej można złapać ducha ostatniego szamana z tego wymarłego plemienia. Mógłbym wtedy wypytać jego o szczegóły rytuałów gloryfikujących Przeboskiego Fungi Strungi. Chyba, że….- Euzebii podrapał się po swojej teraz już zarośniętej głowie. - Chyba, że co? – ten mały idiota, naukowiec od siedmiu boleści, zaczął mnie rozbrajać – pomyślał Shurrwar. - Chyba, że złapany duch szamana rozszarpałby mnie na kawałki, będąc w swojej niekończącej się delirwanie…- stworek zamyślił się, zrobił się cały siny i upadł do przodu na swoją niby twarz z cichym plaskiem. Chyba sobie dopiero teraz uzmysłowił jak blisko był samobójczej misji. Leżał przez chwilę bez czucia na ziemi i gdy zaczął się z powrotem przekształcać w swoją pierwotną formę. Podszedłem do niego i krótkimi kopniakami zacząłem go cucić, żeby nie oglądać tego jeszcze raz. - No dobrze, dobrze, już wstaję – z ziemi, ze spłaszczonej facjaty, raczej pseudo- facjaty stworka zaczęły dochodzić dźwięki do moich uszów. Minęło znowu parę chwil zanim zmienno kształtny, mój niedoszły i niechciany kochanek doszedł do siebie. Uspokoił się trochę i wreszcie mogliśmy omówić szczegóły naszej niechcianej misji. -------------------------88888888888888888888888------------------------------------ Szkolenie było bardzo krótkie, acz owocne. Dzięki wskazówkom i radom starszego technika Skrzypłocza, przypomniałem sobie wszystkie procedury, od tych prostych np. jak parzyć kawę, po skomplikowane np. jak przeprogramować pojazd nadprzestrzenny, żeby dotrzeć nim bezpiecznie na dowolną planetę we wszechświecie. Trening odbywał się pod lekkim nadzorem policyjnym, żeby świeżo upieczonemu naukowcowi z odzysku, takiemu jak ja nie przyszło do głowy uciec. Chociaż wielokrotnie przychodziła mi do głowy chęć ucieczki, to jednak cały czas czułem na sobie szklisty wzrok swojego nie do końca normalnego kuratora. Euzebiusz, tak samo jak tysiące jego braci był wynikiem ofiarą badań genetycznych, pewnego genialnego naukowca Profesora Romana Skrobaka, który na przekór wszelkiej logiki połączył zwykłe BNA z płazosomem jakiegoś pozagalaktycznego ścierwa. Pierwszy osobnik nowego gatunku okazał się dla swojego stwórcy przekleństwem. Niewiadomo, w jaki sposób zalągł się w mózgu stwórcy i będąc w tak wspaniałej symbiozie, mało co nie stworzył miliarda jemu podobnych. Na szczęście kontrola sanitarna wykazała i udowodniła spisek i zaprzestano badania. Na dodatek, z zeznań Profesoro- symbiota dowiedziano się, że nowo powstałe istoty żywią się wyłącznie świeżymi płynami ustrojowymi humanoidów. Gdy na terenie bazy naukowej znaleziono wyssane resztki poprzednich inspekcji i wycieczek szkolnych a także cały zasuszony personel laboratorium, do akcji wkroczyły jednostki specjalne i wszystkie nowo powstające istoty zostały doszczętnie zniwelowane, łącznie z samym Profesorem Skrobakiem, który po krótkiej szarpaninie z sanitariuszami trafił do dezintegratorki. zamknięto na długi czas. Dopiero po latach młody i obiecujący naukowiec Nadświetlnego Uniwersytetu, niejaki Doktor Hans Ryplej,…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych