Wróć do katalogu

Wyścig z czasem

Wszystko co znał, co wiedził o sobie i rodzinie staje pod znakiem zapytania. Rafał musi znaleźć odpowiedź na pytanie kim naprawdę jest, chociaż nie jest to łatwe...

go24, opublikowano , 1 godz. 27 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Rafał usiadł w fotelu niewielkiej kawiarenki przy ulicy Freta. Miał tu się spotkać z jakimś mężczyzną. Zwykle nie umawiał się na spotkanie z ludźmi, których zna jedynie z kilkuminutowej rozmowy telefonicznej. Ale w ostatnich dniach nic nie było takie jak zwykle.

Na stoliku przed nim parowała moccha. Nie mógł uwierzyć, że tu przyszedł. Co go skłoniło? Przecież to co wygadywał przez telefon ten koleś nie miało żadnego sensu. Ale co go miało? Znalezione przez ochroniarza ciało staruszki, która zeszła na zawał w wieku osiemdziesięciu dwóch lat. Która ostatecznie, po dokładnym badaniu, okazała się być jego dwudziesto trzy letniej koleżanki z roku? Pewnie oczekiwał, że na spotkaniu pozna jakieś odpowiedzi. Liczył, że dzięki nim wszystko złoży się w logiczną całość. Marta nie była jedyną osobą, która zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach, nie była jedyną osobą, która zginęła ostatnio. Siedział w tym miejscu i czekał na nieznajomego dlatego, że był jedynym elementem łączącym wszystkie zgony. Nie on to odkrył, poinformowali go o tym dwaj niezbyt mili funkcjonariusze policji na przesłuchaniu. Gdyby wszystko miało jakieś wytłumaczenie i sens to zapewne by teraz siedział w areszcie i czekał na rozprawę. Ale nie mieli go o co oskarżyć.

Nie wiedział jak jego rozmówca wygląda. Przez telefon usłyszał, że rozpozna go bez problemu. Jedynym wymaganiem jakie Rafał dostał przed tym spotkaniem, było przyniesienie zegarka. W pełni sprawnego i dobrego. Musiał mieć pewność, że będzie działał bez zarzutu. Słysząc tą dziwną prośbę nie oponował, dopiero po odłożeniu słuchawki zaczął się zastanawiać, po co to jest potrzebne. - Przepraszam, czy mogę? – usłyszał za sobą głos. - Oczekuję koo-gooś… – głos zamarł mu w gardle. Oto stał przed nim jego wykładowca od filozofii, profesor Czarszewski. Nie dziwna by była nawet jego obecność, gdyby nie to, że profesor nie żył od dwóch tygodni. Zmarł na zawał zaraz po wykładzie, na który uczęszczał Rafał. Do tego osobnik miał na nosie bardzo ciemne okulary przeciwsłoneczne, które zupełnie nie pasowały do starego profesora. Nawet dzień nie było zbyt słoneczny. - Więc miałem rację, że mnie rozpoznasz – Czarszwski uśmiechnął się i usiadł na fotelu po drugiej stronie stolika. Rafał, nadal oszołomiony, podniósł się z miejsca i wyciągnął rękę na powitanie gościa – Lepiej mnie nie dotykaj, nie wiem jakie to może mieć skutki. - Jak pan to zrobił? Znaczy czy pan naprawdę…? Przecież byłem na pogrzebie… - A zaglądałeś do trumny? Widziałeś zwłoki? - No, nie – Te pytania zdziwiły Rafała. Co prawda nie widział ciała. Stał daleko, a trumny i tak nie otwierali. Córka profesora się nie zgodziła.

Widząc zdziwioną i przestraszoną minę chłopaka Czarszewski zaczął się śmiać. - Nabijam się z ciebie – wykrztusił profesor zaśmiewając się – Stary zszedł i leży w ziemi. Nie będę ukrywał, że mu w tym pomogłem. Teraz przybrałem tylko jego postać, żebyś mnie rozpoznał – mężczyzna spoważniał – miałem do wyboru starego, albo twoją koleżankę. Jednak jako typowy samiec nie lubię stroić się w damskie ciuszki. - Czemu do mnie pan zadzwonił? Kim pan jest? O co w tym wszystkim chodzi? – Rafał nadal oszołomiony zdawał się wracać na tory rzeczywistości. W jego głowie kiełkowały pytania, na które chciał poznać odpowiedzi. - Zamknij się! – ryknęła postać ubrana w ciało profesora – Opowiem ci tylko to co chcę, a dokładnie tylko tyle ile mam ci tu opowiedzieć. To da ci wystarczająco dużo odpowiedzi. Zapamiętaj sobie, że nie jestem tu po to, żeby odpowiadać na twoje pytania. Jeżeli będziesz grzeczny to może coś więcej ci powiem. Czy to rozumiesz? - Tak, ale nie podoba mi się. - Nie ma ci się podobać, to nie randka. Jeśli będziesz mi przerywał to skończę mówić i się pożegnamy – Czarszewski wyjął z kieszeni papierosy. Wsadził sobie jednego do ust, a resztę rzucił na stół – Jak chcesz to się częstuj.

Rafał sięgnął po paczkę. Nigdy takich nie widział. Pudełko było całe czerwone z białym napisem w jakimś dziwnym języku. Wyglądało to na jakiś arabski język. Wyjął papierosa i odpalił. Musiał się jakoś uspokoić. Najchętniej przyłożyłby temu niby profesorowi, ale bał się konsekwencji, chciał usłyszeć co ten ma mu do powiedzenia. Po pouczeniu poczuł się jak uczniak w podstawówce zrugany przez nauczycielkę. - Czy masz to o co prosiłem? Przyniosłeś zegarek? – Zmienność w głosie tego dziwaka była przerażająca. W jednej chwili ryczał niczym zwierzę po chwili zmieniał ton na stanowczy i groźny, by znowu emanować ciepłem i przyjaźnią. Jakby w jednej postaci siedziało wiele istot zmieniających się bardzo szybko.

Rafał zdjął z ręki potężny zegarek Atlantica i położył na stoliku. Rozmówca odwrócił tarczę zegarka w stronę chłopaka i dotknął jej palcem. Wskazówki ruszyły bardzo szybko do przodu, a na metalu zaczęła pojawiać się małe przerdzewienia, pęknięcia i inne oznaki zużycia. Rafał zdziwił się, wczoraj odebrał zegarek od zegarmistrza. Wszystko było w jak najlepszym porządku. - Prosiłem o twój zegarek, bo gdybym pokazał to na swoim zapewne uznałbyś to za jakąś sztuczkę – mężczyzna podniósł palec i ponownie dotknął tarczy zegarka. Tym razem wskazówki cofały się bardzo szybko i całe urządzenie wróciło do stanu sprzed pierwszego dotknięcia – Pokazałem ci to, ponieważ bardzo ważne jest, żebyś wiedział kim jestem, a raczej czym. Z tego co zobaczyłeś mam nadzieję, że wywnioskowałeś, że mam kontrolę nad czasem. Ale nie czasem ogólnie ujętym. Potrafię postarzać i odmładzać poszczególne rzeczy, czy osoby. Jednak tylko pojedynczo, nie cofnę ziemi do roku 1939 i nie powstrzymam Hitlera – popatrzył na chłopaka, który siedział wsłuchany, zdawał się pochłaniać każde słowo i je analizować – Nie jestem czasem samym w sobie, bo on nie jest istotą. Potrafię się nim posługiwać jak narzędziem do własnych celów. Chcę byś o tym pamiętał. Teraz opowiem ci wszystko co ma znaczenie z ostatnich dni. Pamiętaj, że masz siedzieć cicho i się nie odzywać dopóki ci nie pozwolę.

xxx

Maleńkie drewniane drzwiczki otworzyły się i wysunęła się z nich drewniana figurka ptaszka. Całą aulę wypełniły odgłosy kukania. Studenci zerwali się, momentalnie zrobiła się wrzawa. - Za tydzień skupimy się na zagadnieniach związanych z czasem – profesor starał się jeszcze na chwilę zająć uwagę studentów, bezskutecznie. Zrezygnowany spojrzał na zegar stojący na biurku przed nim. Od lat przynosił go na wykłady. Twierdził, że określa w ten sposób ramy swoich zajęć. Pierwsze kuknięcie oznaczało początek, na auli zapada absolutna cisza. Drugie to sygnał na pięciominutową przerwę. Trzecie kończyło wykład. Wierzył, że dzięki tak dokładnie określonym zasadom jest w stanie zmusić studentów do słuchania w ciszy. Niestety efekt był taki, że po pierwszym sygnale wrzało nadal, a raczej buczało od szeptów. Po ostatnim zaś nie był w stanie nawet na sekundę zwrócić uwagi młodych ludzi.

Odwrócił się plecami do rzeki studentów wypływającej z auli. Kiedy wszystko ucichło zwiesił głowę. Początkowo w takim momencie zastanawiał się gdzie popełnił błąd, teraz już wiedział. Był za łagodny. Nie potrafił jednak tego zmienić, taki już był. Z rozmyślań wyrwało go klaskanie. Odwrócił się zdziwiony, był pewien, że na auli nie pozostał już nikt.

W ostatnim rzędzie krzesełek siedział mężczyzna w ciemnych okularach. Na oko miał trzydzieści kilka lat. Bił brawo. - Wspaniały wykład. Od lat jestem pana wielkim fanem – mężczyzna wstał i wolnym krokiem schodził w dół w kierunku profesora – czytałem chyba wszystko co pan profesor wydał, ale dopiero pierwszy raz udało mi się trafić na pański wykład. - Bardzo dziękuję. Cieszy mnie, że choć jedna osoba na świecie zgadza się z moimi poglądami – wykładowca nie bardzo wiedział jak się zachować. Nie przywykł do bycia komplementowanym.

Mężczyzna stał już przed profesorem. Zdjął okulary i mocno uścisnął dłoń wykładowcy. - Nie powiedziałem, że się z panem zgadzam – profesor spojrzał w oczy mężczyzny. Chciał spytać po co przyszedł, jeżeli nie zgadza się z nim. Jednak to co zobaczył w tych oczach odebrało mu mowę.

xxx

Kelner podszedł do ich stolika i podał Czarszewskiemu kartę. Starszy pan przerzucił kilka stron po czym zamówił podwójne espresso. - Przepraszam, czy możemy przerwać na moment? Muszę iść do toalety – Rafał podniósł się z miejsca. Nie miał zamiaru czekać na pozwolenie. Spojrzał odruchowo na profesora, uśmiechał się. Przez moment przebiegło chłopakowi przez myśl, że jego rozmówca potrafi czytać w myślach. Uznał to za niedorzeczny pomysł i szybko o nim zapomniał.

Wracając z toalety zobaczył, że przy stoliku nikt na niego nie czeka. Rozejrzał się wokoło szukając wzrokiem postaci profesora. Nigdzie go jednak nie było. Rafał usiadł na swoim miejscu, na stoliku, naprzeciw niego, stał filiżanka czarnej kawy. Pod spodkiem znajdowała się serwetka. Wyciągnął ją, na środku widniał napis ZARAZ WRACAM. - Ale mnie wkurwiają tacy rozgorączkowani idioci – obok Rafała stał kelner, który przed kilkoma minutami przyjmował od nich zamówienie – Czego nie rozumiał kiedy mu powiedziałem, że odchodzę? - Przepraszam, czy pan mówi do mnie? Nie bardzo rozumiem o co panu chodzi? – chłopak zdziwił się nagłym spoufalaniem się kelnera z nim – Czy nie widział pan mojego przyjaciela? Wyszedłem do toalety, a on chyba wyszedł. - Nie wiedziałem, że już masz mnie za przyjaciela. Sądziłem, że nie zaprzyjaźniasz się tak szybko – kelner uśmiechnął się widząc zdziwioną twarz Rafała – Co? Pytań przybywa? – A więc przybrał postać kelnera. Tylko co będzie kiedy chłopak przyjdzie ponownie. - Dobra, wyjaśnię ci kilka rzeczy – kelner usiadł na miejscu zajmowanym wcześniej przez profesora i upił łyk stojącej przed nim czarnej kawy – Umiem czytać w myślach. Wiem, że na początku chciałeś mi przyłożyć, jestem jedną istotą w jednym ciele, a jak idziesz do toalety to wypada poczekać na pozwolenie, z grzeczności. Kultura, wiesz. Zaczekam za każdym razem kiedy będziesz miał potrzebę. Nawet ja rozumiem, że fizjologii nie oszukasz. Podpowiem ci również, że mogę przybierać postacie jedynie martwych osób, a więc prawdziwy kelner tu nie przyjdzie – osoba w kelnerze uśmiechnęła się. W jej wizerunku jedna rzecz się nie zmieniła, ciemne okulary. Jednak tym razem lepiej pasowały do młodego kelnera. - Czy ty go zabiłeś? – głupie pytanie, pomyślał – Czemu? - Bo rozpoznał starego. Studiował z tobą na roku i też miał wykłady z Czarszewskim. Nie mogłem pozwolić, żeby komuś o tym powiedział. Zrobiłaby się niepotrzebna wrzawa i nie dokończylibyśmy rozmowy. Potraktuj tę odpowiedź jako akt dobrej woli – kelner uśmiechnął się – Teraz skup się, opowiem ci o twojej koleżance i twoim współlokatorze. - Przecież Tomka potrącił samochód – zdziwił się Rafał. - A jak myślisz, kto prowadził? – uśmiechnął się ironicznie.

xxx

Ding-dong. Odezwał się dzwonek u drzwi mieszkania pani Zagrzelnej. Młoda dziewczyna, opiekująca się staruszką, podniosła się z fotela wyłączając telewizor. Spojrzała przez wizjer, po drugiej stronie stał jej wykładowca od filozofii, profesor Czarszewski. Otworzyła zdziwiona, nie wiedziała, że jej pracodawczyni znała się z profesorem. - Dzień dobry, niestety pani Zagrzelna śpi. Jeżeli to coś pilnego to mogę ją obudzić. - Nie trzeba, poczekam – mężczyzna wepchnął się do środka. Zdziwiło ją chamstwo i brutalność gościa. Zawsze uważała Czarszewskiego za staromodnego dżentelmena. Bardziej niezdarnego, płochliwego staruszka, niż brutala. Dziwiły ją również jego ciemne okulary. Nigdy nie widziała, żeby nosił coś takiego. Tym bardziej, że nie pasowały do niego, a zawsze dbał o wygląd. - Czy mogę zaproponować profesorowi kawę, bądź herbatę? – zachowywała się najuprzejmiej jak mogła. Starsza pani bardzo zwracała uwagę na etykietę. Starała się, chociaż bardzo jej się ta wizyta nie podobała. - Nie kłopocz się, lepiej siedź tu i zabawiaj mnie rozmową – uśmiechnął się szeroko pokazując wszystkie zęby. Po plecach przebiegły jej ciarki. W wyrazie jego twarzy był jakiś dziwny chłód, coś przerażającego. Starał się jednak zachować zimną krew. Wiedziała, że musi się odpowiednio zachowywać, żeby nie stracić posady. Jeżeli by coś się działo, to wystarczy krzyknąć. Korytarz kamienicy cały czas patrolowany jest przez ochroniarza.

Usiadła w fotelu naprzeciw profesora. Ten nadal się durno uśmiechał. Nie miała pomysłu o czym może z nim porozmawiać. - Długo pan profesor zna panią Zagrzelną? – nie odpowiedział, siedział bez ruchu z tym swoim durnym uśmieszkiem przyklejonym do twarzy – Czy jest pan może spokrewniony ze starszą panią? – znowu nic. Nie miała pomysłu o co jeszcze może zapytać. Na szczęście z opresji wybawiła ją pracodawczyni. Z sypialni dobiegały odgłosy krzątaniny, kobieta musiała już obudzić się. Marta miała już wstać i iść do staruszki, ale poczuła na kolanie zimną dłoń, jakby ktoś położył na nim połać mięsa prosto z lodówki. W gardle zrodził jej się krzyk. Odwróciła się, żeby zaoponować, zanim wybuchnie. Mężczyzna pochylał się nad nią, nie miał na oczach już swoich okularów. Spojrzała mu w oczy, to co w nich zobaczyła sprawiło, że opuściły ją wszystkie siły. Poczuła się bardzo słaba, zamknęła oczy i osunęła się na podłogę. Mężczyzna wstał i wolnym krokiem poszedł do pokoju staruszki. Zajrzał do środka. Tak jak się spodziewał, starsza pani smacznie sobie spała. Chwilę wcześniej posłużył się jedynie sztuczką, żeby odwrócić uwagę dziewczyny. Spojrzał przez ramię. Przed fotelem leżało malutkie skurczone ciałko w za dużych ubraniach. Twarz zakryta była siwymi lokami. Uśmiechnął się dumny z siebie i poszedł zająć się staruszką.

xxx

- A co do twojego współlokatora to ja siedziałem za kierownicą, dlatego uznano, że kierowca uciekł. Auto spłonęło, a ja się z niego ulotniłem – kelner siedział zadowolony z siebie. Sięgnął po paczkę papierosów, ale Rafał był szybszy. Schwycił je wyjął jednego, a resztę pomiął i rzucił na ziemię. - Po co mi to mówisz? - Od pewnego czasu zastanawiałeś się co jest grane. Teraz wiesz. O pozostałych osobach nie będę opowiadał, nie ma to znaczenia – spojrzał na resztki pudełka papierosów, może gdyby nie były w miękkiej paczce to by przetrwały. Tak nie miały szans. Spojrzał na ostatnią rurkę tytoniu, którą jego rozmówca trzymał w dłoni – Oddaj mi tego papierosa. Nie trzeba być złośliwym, fajki to jedyna przyjemność jaką odczuwam. - To nie poczujesz tym razem. Powiedz mi czemu to mnie dotyczy? – zacisnął rękę na papierosie. Nie zdołał jednak się zorientować kiedy kelner wstał i wyciągnął mu go z dłoni. - Nie ładnie. Nie lubię jak ktoś zabiera mi papierosy – stał już za fotelem z odpalonym papierosem w ustach – Nie byłeś zbyt grzeczny, ale i tak muszę powiedzieć ci coś jeszcze. Jesteś zbyt istotny dla mnie, nikt nie może się za bardzo do ciebie zbliżyć. Każdego twojego przyjaciela będę zabijał. Nawet nie będziesz wiedział kiedy. - Ale Czarszewski i Zagrzelna nie byli moimi przyjaciółmi. - Potrzebowałem przebrania za pomocą, którego podejdę do ciebie i tej małej. Co do starej baby to wyświadczyłem przysługę kostusze, wiesz czasami sobie pomagamy – zaśmiał się głośno ze swojego dowcipu – Żegnam – Zanim Rafał zdążył zareagować, już go niebyło. Rozpłynął się w powietrzu. Chłopak rozejrzał się, ale nikt zdawał się tego nie zauważyć.

Wstał i podszedł do baru, żeby zapłacić. Jeszcze zanim zdąrzył się odezwać zorientował się, że coś jest nie tak. Cały personel był poruszony, kelnerka płakała, barman biegał z telefonem, a kucharz coś gorączkowo tłumaczył jakimś ludziom. Domyślił się, szybko, że pewnie znaleźli ciało tego biednego chłopaka. Najlepszym pomysłem na jaki wpadł było ulotnienie się. Nikt i tak nie będzie miał głowy, żeby go skasować, a po przyjeździe policji, będzie miał tylko problemy. Bezszelestnie wysunął się z lokalu i wolnym krokiem poszedł w stronę starówki. Za plecami słyszał jeszcze dźwięki podjeżdżających radiowozów i karetki.

xxx

W nocy obudził się cały zlany potem, znowu śnił mu się ten sam koszmar, który nawiedzał go od kiedy pamiętał. Jako mały chłopiec stoi w płonącym budynku, ma jakieś trzy, może cztery lata. Nie jest sam, jest tam więcej dzieci, około dziesięciu w różnym wieku, ale wszystkie są małe. Niektóre osoby rozpoznaje, chociaż nie wie jak się nazywają. Jest z nimi jakaś kobieta, ale ona tylko płacze. On, jeszcze jeden chłopiec i dziewczynka są spokojni. Reszta strasznie panikuje. Wtedy do sali wchodzi strażak, jednak zamiast ratować, łapie każde z dzieci i wrzuca je w ogień. Wszędzie słychać przerażające krzyki i płacz. Kobieta rzuca się na mężczyznę, ten ją uderza w twarz. Siła ciosu odpycha ją w stronę okna, wypada z niego. Strażak podchodzi do niego, ale nie jest w stanie go podnieść. Stara się zaatakować pozostałą dwójkę, ale oni go pokonują. Rozrywają ciało strażaka na strzępy i rzucają w ogień. Miażdżą kości w malutkich rączkach. Niedługo po mężczyźnie pozostaje jedynie plama krwi. Mały Rafałem nie rusza się nadal, zamyka oczy i silno ściska piąstki. Pożar zaczyna wygasać. Kiedy jest już bezpiecznie, nie ma ognia, jedynie dym i zwęglone małe ciałka, do Sali wchodzi jakaś mroczna postać. Chłopiec widzi w nim demona, postać pokryta jest zwisającą szatą. Podchodzi do dzieci. Bierze za ręce chłopca i dziewczynkę. Rafał zostaje sam. Postać odchodzi z dwoma dzieciakami, ale przy samych drzwiach spogląda na Rafała. W tej chwili chłopak się budzi. Sen jest zawsze taki sam. Nic się nigdy nie zmienia.

Poszedł do kuchni po szklankę wody. Usiadł przy stole i zaczął zastanawiać się nad rozmową z tym dziwnym kolesiem. Popatrzył na swój zegarek, jak on to zrobił? Dotknął tarczy, ale nic się nie wydarzyło. Przecież to co ten gość gadał było całkiem bez sensu. Jak ktoś może mieć wpływ na starzenie się, czy odmładzanie ludzi, albo rzeczy. Może to, że tak bardzo chciał w coś wierzyć, żeby wyjaśnić ostatnie wydarzenia nakazywało mu brać pod uwagę ewentualną prawdziwość tej opowieści. Ale jeżeli to był tylko głupi żart to skąd się tam wziął Czarszewski? Co do kelnera nie miał pewności, ale profesor na pewno nie żył. Dobra, przyjmując, że wszystko jest prawdą, to czemu on jest taki istotny? Czemu on nie może mieć przyjaciół? Rozmowa nie dała pożądanych odpowiedzi, a jedynie przysporzyła pytań. Przez głowę przeszła mu myśl, że nie może mieć przyjaciół, bo ten dziwak boi się, że odnajdzie tą dwójkę dzieci ze swojego snu. Przez chwilę zastanawiał się czy to możliwe, czy ten koszmar jest w jakiś sposób powiązany z tą całą sytuacją.Uśmiechnął się na myśl tak głupią, ale ziarno nadziei zostało zasiane. Nie chciał tego głośno przyznać przed sobą, ale w głębi duszy wierzył, że to może mieć coś wspólnego z wyjaśnieniem zagadki.

Z pokoju dobiegała cicho jakaś melodyjka. Początkowo nie zwracał na nią uwagi, ale po chwili rozpoznał utwór „Yesterday” zespołu The Beatles. Utwór jaki ustawił na dzwonek swojej komórki. Rzucił się, żeby odebrać. Telefon w nocy nie oznaczał nic dobrego, tym bardziej musiał go odebrać za wszelką cenę. Podniósł aparat, dzwonił numer prywatny. - Halo? - Odnajdź naszego brata – dobiegł go ściszony, prawie szepcący głos kobiecy, nie znał go - To chyba pomyłka, nie mam brata – To się nazywa szczęście w nieszczęściu. Odbierasz telefon pewny, że dowiesz się o jakieś tragedii, a tu pomyłka – siostry też nie – starał się mówić możliwie na luzie i zawadiacko. - Mamy brata Rafale, odnajdź go zanim będzie za późno. Ty musisz do niego dotrzeć pierwszy. - Kim jesteś? – ale odpowiedzi na to pytanie się już nie doczekał. Kobieta się rozłączyła. O co jej mogło chodzić, jakiego brata. Chyba, że wizja z koszmaru była choć w części prawdziwa i dwoje tych dzieci z nim było jego rodzeństwem. Ale jeżeli tak to czemu ich nie pamięta. Zdał sobie sprawę, że z dzieciństwa niewiele pamięta. Rodzice nigdy nie opowiadali mu o tym jak był mały. Po rodzinie nie krążyły anegdoty o tym co Rafałek spsocił jak był brzdącem. Zdjęć też nie było. Rodzice twierdzili, że byli bardzo biedni i nie było ich stać na aparat, ale wszyscy mają fotki z chrzcin chociażby. Musi porozmawiać z rodzicami, miał dziwne wrażenie, że czegoś mu nie powiedzieli. Bał się do tego przyznać, ale rosło w nim przekonanie, że jest adoptowany.

xxx

Z samego rana spakował się w niewielki plecak i wsiadł w pociąg. Nie planował wyjeżdżać na długo, dwa, może trzy dni maksymalnie. Złapał pierwszy pociąg do Radomia. Na ogół nie spał w środkach komunikacji, ale po nie przespanej nocy rytmiczne stukotanie kół wagonu było jak kołysanka. Kiedy poczuł, że odlatuje ustawił budzik w telefonie. Dał sobie godzinę. Jechał pociągiem osobowym, a z Warszawy do Radomia wlecze się on około dwóch godzin. Sen nadszedł bardzo szybko. Ponownie śniło mu się, że jest w tym samym pomieszczeniu z dziećmi, że jest pożar, nie było jednak z nim chłopca. Stała dziewczynka i patrząc mu prosto w oczy powtarzała głosem kobiety z telefonu: Odnajdź naszego brata, zanim będzie za późno. Chciał ją zapytać o coś, ale nie mógł sobie przypomnieć o co, miał to dziwne uczucie, że coś mu uciekło z myśli, coś istotnego. Najdziwniejsze dla niego było to, że byli dziećmi, a myśleli i rozmawiali jak dorośli. Tym razem nie zjawił się strażak, a jedynie postać, którą Rafał uznał za demona. Kiedy dziwna postać szła w jego kierunku zauważył, że dziewczynka zniknęła. Postać złapała go za ramię i zaczęła nim potrząsać. Obudził się przerażony, stał nad nim konduktor. - Ma pan bilet? - Już, już pokazuję – nie ma kiedy sprawdzać, pomyślał, prawie się zlałem ze strachu. Wygrzebał z plecaka bilet, ale konduktora nie było już. Wyjrzał na korytarz, ale nie było po nim śladu. Co prawda szedł konduktor, ale to był ktoś inny. Podszedł do niego. - Przepraszam, był tu przed chwilą pana kolega i sprawdzał mi bilet, ale gdzieś zniknął. Nie wie pan gdzie poszedł? - Chłopcze, jeżeli nie masz biletu to ta bajka nie przejdzie – poirytowany konduktor spojrzał na Rafała, ale ten pokazał mu bilet – Po za mną w tym pociągu jest jeszcze tylko pani konduktor, wkurzyła by się gdybyś określił ją jako faceta. Rafał spojrzał na niego zrezygnowany. Poczekał aż sprawdzi mu bilet i wrócił do przedziału. Przez resztę podróży starał się znowu zapaść w sen, ale mu się nie udało. Później w busie z Radomia też starał się zmrużyć oko chociaż na chwilę, ale nic to nie dało.

xxx

- Czy ja jestem adoptowany? – rzucił w domu na powitanie. Matce wypadł z rąk talerz, który akurat wycierała, kawałki porcelany rozbryzgnęły się po całej podłodze w kuchni. - Ale mnie przestraszyłeś – starała się uśmiechnąć – co ci strzeliło do głowy? Czemu nie zadzwoniłeś, że przyjedziesz? - Mamo odpowiedz, czy mnie adoptowaliście? - Nie, oczywiście, że nie, dlaczego pytasz? – usiadła, widać było po niej, że się zdenerwowała – Ojca nawet nie staraj się pytać o takie rzeczy. Wiesz jaki on jest. - Czemu nie mam zdjęć z wczesnego dzieciństwa? – Rafał nie dawał za wygraną - Już ci mówiłam wielokrotnie, nie mieliśmy aparatu. Ale nadal mi w to nie wierzysz? – po policzkach spłynęły jej łzy – Czemu mi to robisz? Jesteś moim jedynym dzieckiem, czy tak ci źle było z nami, że nie możesz uwierzyć, że jesteśmy twoimi biologicznymi rodzicami? – zanim zdążył coś powiedzieć, matka już wstała i ciszo łkając wyszła z pokoju. Poszedł za nią do salonu. Czuł się okropnie, nienawidził kiedy matka płakała, a świadomość, że to przez niego łamała mu serce. Kiedy wszedł grzebała w jednej z szuflad. - Proszę – powiedziała siląc się na uśmiech, położyła na stole przed chłopakiem jakiś papier – Twoje świadectwo narodzin, - obok położyła drugi dokument – a to świadectwo chrztu. Masz jeszcze jakieś wątpliwości? - Przepraszam – chciał spojrzeć jej w oczy, ale nie potrafił – chodzi o to… - przerwał w pół zdania, nie wiedział co mógł jej powiedzieć – Ostatnio się trochę pogubiłem. Działy się dziwne rzeczy. Nie chciałem robić ci przykrości. - Chcesz o czymś porozmawiać? Coś cię gnębi? – matka zdawała się już nie pamiętać o zajściu sprzed chwili, wytarła łzy i wyglądało to jakby z nimi zniknął problem – Mi możesz powiedzieć.

Rafał wyjrzał przez okno, widział ojca koszącego trawę wokół domu. Nie był pewien czy powinien rozmawiać z matką o ostatnich wydarzeniach. Co jeżeli ten dziwny osobnik przyjdzie po nią. Nie, nie mógł pozwolić na coś takiego. Odwrócił się od okna i podszedł do niej, pocałował ją w czoło. - Nie mogę, przykro mi, ale się nie martw. Nic takiego się nie dzieje – tak bardzo chciałby sam w to wierzyć – zostanę na kilka dni, dobrze? - Co za pytanie, jaka matka nie pozwoliłaby zostać własnemu dziecku – uśmiechnęła się i poszła do kuchni. Przed drzwiami przystanęła jeszcze na chwilę – idź zawołaj ojca, za chwilę obiad. Nawet się z nim jeszcze nie przywitałeś. – Zniknęła za drzwiami.

Rafał uśmiechnął się do siebie. Było mu głupio, że doprowadził matkę do łez, ale cieszył się, że odbył tą rozmowę. Chociaż tą jedną rzecz udało mu się wyjaśnić. Wyszedł na podwórze, ojciec stał do niego tyłem. Przez ramię miał zarzucony pas od kosiarki żyłkowej, na oczach gogle chroniące oczy przed rozbryzgującą się trawą. Rafał miał do niego podejść, ale zobaczył kurę, która spokojnie dziobała sobie coś niedaleko ojca. Zastanawiał się czemu zwierzę nie ucieka, zawsze wydawało mu się, że to takie płochliwe zwierzęta. Jego rozmyślanie przerwała kosa, która bez ostrzeżenia przysunęła się do głowy kurczaka i ją ścięła. Z niedużej szyjki trysnęła krew ochlapując wszystko wokoło. Ciało ptaszyska pozbawione głowy zaczęło przerażająco gdakać z kikuta szyi i biegać po podwórku, żeby po kilku chwilach paść martwe na ziemię. Ten widok tak go zszokował, że nie wiedział co ma ze sobą zrobić. Chciał wierzyć, że to był przypadek, ale wyraźnie widział, że zwierzak dziobał ściętą trawę jakiś metr od ojca, nie mogło być mowy o przypadku. Cofnął się do przedsionka i zamknął drzwi. Stał w nich chwilę oszołomiony, nie wiedział co powinien zrobić. Pierwsza spontaniczna myśl jaka mu przyszła do głowy kazała udawać, że nic nie widział, i że nic się nie stało. Odczekał chwilę i wyszedł z domu, trzasną przy tym głośno wyraźnie drzwiami, żeby zaznaczyć swoją obecność. Pomimo hałasu jaki wydawała z siebie kosiarka ojciec usłyszał trzask i się odwrócił. Miał na ustach wielki uśmiech, który na widok syna trochę zmalał. Ewidentnie zabicie kury wprawiło starego w dobry nastrój, czego nie można powiedzieć o widoku syna. - Cześć Rafałku, kiedy przyjechałeś? Matka nic nie mówiła, że będziesz – Ojciec zdjął gogle i podszedł o syna – Co masz taką kwaśną minę? A krew. Kura mi podeszła pod kosiarkę, ale to nic, jutro będzie rosół.

xxx

Wieczorem ojciec rozsiadł się w fotelu, rozłożył gazetę i czytał najnowsze wiadomości z polityki. Matka leżała na kanapie i rozwiązywała krzyżówki. W tle gadał coś spiker w telewizji. - Czemu nie powiedziałaś, że Rafał przyjedzie? – spytał nie odrywając oczu od gazety. Za drzwiami stał Rafał, miał wejść do pokoju, ale na dźwięk swojego imienia zatrzymał się i słuchał o czym będą rozmawiać. - Mnie też zaskoczył. Najdziwniejsze było to, że pytał czy jest adoptowany. - No i co ty na to? - Rozpłakałam się i rzuciłam mu akt urodzenia. - Biedaczka – dopiero teraz ojciec opuścił gazetę – ale nic więcej mu nie pokazywałaś? - Nie, tylko akt urodzenia. – podniosła wzrok znad krzyżówki i chwilę się zastanowiła – O nic więcej też nie pytał. Zobaczył, że jestem roztrzęsiona i nie ośmielił się, pewnie nie chciał mnie bardziej denerwować. – uśmiechnęła się i wróciła do rozwiązywania – Stolica Peru? Na cztery? – Mruczała cicho pod nosem. - Lima – odpowiedział ojciec wracając do czytania gazety.

Za drzwiami Rafał po cichu wycofał się i wrócił do swojego pokoju. Położył się, ale nie starał się usnąć. Czekał, aż rodzice pójdą spać.

xxx

Kiedy miał już pewność, że rodzice śpią po cichu zszedł na dół do salonu i zaczął szukać segregatora z dokumentami. Cały czas zastanawiał się o czym rodzice rozmawiali wcześniej, o czym mu nie powiedzieli. Sprawdził półkę pod telewizorem, ale znalazł tam jedynie dokumentację dotyczącą zwierząt i ziemi, wszelkie rozchody i przychody. Odłożył wszystko na miejsce. Sprawdził szuflady koło barku i sam barek, ale w nim tylko były butelki alkoholi, niemal tyle samo było trunku w każdej butelce od kiedy pamiętał. Rodzice nie byli zwolennikami picia, raczej trzymali to wszystko dla gości. Przejrzał wszystkie półki z książkami i wszystkie segregatory w pokoju, ale nic nie znalazł. Pluł sobie w brodę, że nie zwrócił uwagi skąd matka wzięła segregator z jego aktem urodzenia, ani gdzie go schowała. Postanowił, że się jednak nie podda.

Poszedł do drugiego pokoju na dole, sąsiadującego z salonem. Tu również przeszukał wszystkie szafki, szuflady i półki. Znalazł jakieś segregatory i dokumenty, ale nic co by go interesowało. Jednak zwrócił uwagę na czarny notes z adresami, pomiędzy numerami do ciotek i wujów były numery telefonów do osób, których nie znał. Nie było by w tym nic dziwnego, od kiedy poszedł na studia rodzice mogli poznać jakichś nowych ludzi. Zastanawiało go czemu matka, zawsze wylewna i opowiadająca wszystko o wszystkich, nie wspominała o tych ludziach. Przy każdym nazwisku był również numer, ale nie telefonu, Przemysława Rybicki (3), Maria Noskowska (5). Było pięć nazwisk wpisanych w ten sposób po całym notesie, przy każdym była cyfra od jeden do pięć, a każde powtarzające się nazwiska był wpisane innym kolorem długopisu. Czerwony, niebieski i żółty. Odłożył notes na miejsce i odwrócił się, żeby iść do kuchni, ale w drzwiach pokoju zobaczył ciemną postać mierzącą do niego ze strzelby. Jedną rękę wyciągnęła do włącznika światła. Kiedy żarówka rozbłysła oślepiającym światłem Rafał zobaczył ojca stojącego w drzwiach. - Synu co ty tu robisz? – zapytał nie opuszczając lufy. - Nie mogłem spać, chciałem wziąć coś do czytania. – chłopak zająknął się mówić to, nie był pewien, czy to przejdzie. - Czemu nie zapaliłeś światła? Myśleliśmy z mamą, że to złodziej, a gdybym cię zastrzelił? - Przepraszam, nie myślałem, że narobię hałasu i was obudzę. – przypomniała mu się kura i radość ojca kiedy ścinał jej głowę. Przez chwilę zastanawiał się, czy zabicie człowieka sprawiłoby ojcu równie dużo radości, a może i więcej. Na tą myśl przebiegł mu po plecach zimny dreszcz. - I znalazłeś coś? – ojciec stał teraz z uśmiechem na twarzy, broń już opuścił. - Słucham? – zastanawiał o co mu chodzi, skąd ojciec wiedział, że czegoś tu szukał. - No czy znalazłeś coś do czytania? - A, nie. Nic ciekawego, chyba się położę i jeszcze raz spróbuję zasnąć. – wysilił się na uśmiech. - Zrób tak.

xxx

Cały dzień starł się wzrokiem znaleźć poszukiwany segregator, albo coś co mogło by zawierać dokumenty. Jednak nic nie widział.

Kiedy rodzice wyszli na podwórze poszedł jeszcze raz, tym razem w świetle dziennym, przejrzeć notes teleadresowy. Sprawdził szufladę, w której go wczoraj znalazł, ale była pusta. Szybko przerzucał rzeczy w kilku pozostałych, ale nigdzie nie było szukanego notatnika. - Czego szukasz? – w drzwiach stała matka z złożonymi rękami. - Niczego. - Jedziemy z ojcem na zakupy do miasta. Jedziesz z nami? - Nie, zostanę. Jest tu coś do roboty? - Chyba nie. – Już wychodziła, ale odwróciła się przed drzwiami – Chociaż ojciec chyba nie skończył kosić trawy. Możesz to dokończyć. Nie zostało tego dużo. - Dobra. – odpowiedział, ale rodzice już wsiadali do samochodu i widział przez okno jak odjeżdżają. Stał w oknie i czekał, aż samochód zniknie za wzniesieniem na linii lasu. Kiedy już nie było ich widać szybko wbiegł na górę. Kroki skierował do pokoju rodziców. Wiedział, że najpewniej tam będą ukryte dokumenty. Nacisnął na klamkę, ale było zamknięte. Pierwszy raz, od kiedy pamiętam, zdarzyło się, żeby zamknęli drzwi na zamek. Na ogół zostawiali je otwarte na oścież.

Pobiegł do swojego pokoju i zabrał klucz z drzwi. Kilkanaście lat temu bawił się z kuzynem w chowanego i ten zamknął się w pokoju rodziców. Ojciec nie lubił kiedy dzieciaki się tam zamykają. Otworzył drzwi kluczem od drugiego pokoju. Rafał miał nadzieję, że nie zmienili zamków, ale nie widział powodu żeby zrobić coś takiego. Włożył klucz do zamka, pasował.

Będąc w środku najpierw wyjrzał przez okno na drogę. Z tego pokoju miał większe pole widzenia. Chwilę wpatrywał się w szosę ciągnącą się w kierunku lasu. Nie było na niej żadnego auta. Po chwili doszedł do wniosku, że nie ma czasu do stracenia i rozpoczął poszukiwania. Wszystko co ruszał starał się odkładać na miejsce w taki sam sposób w jaki leżało wcześniej. Na najwyższej półce z książkami, między różnymi segregatorami z dokumentacją gospodarstwa znalazł to czego szukał.

Niebieski, lekko wyblakły segregator zawierający jego akt urodzenia. Owy dokument był w pierwszej koszulce. W drugiej zaś, co go całkowicie zamurowało i przeraziło, znajdował się akt jego zgonu. Datowany na tydzień po narodzinach. Zrobiło mu się duszno i zaczęło się kręcić w głowie. Usiadł na łóżku i wielkimi haustami łapał powietrze, którego zdawało się niemal nie być w pokoju wcale. Chwilę trwało zanim doszedł do siebie. Wyciągnął dokument, i położył obok siebie na łóżku. Jeszcze raz przejrzał go i tym razem dostrzegł nazwisko urzędnika wydającego dany akt, był nim Przemysław Rybicki, ten sam, który był kolorem czerwonym w notatniku z numerem 3. W kolejnej koszulce był drugi akt jego urodzenia, data się zgadzała, ale szpital był inny. Rodzice mówili mu, że urodził się w Radomiu i taki akt widział wczoraj, ale ten drugi pochodził z Łodzi. Na akcie z Radomia rozpoznał kolejne nazwisko Maria Noskowska. Jakby urodził się w dwóch miejscach. Przejrzał wszystkie pozostałe koszulki, ale nie było tam nic więcej ciekawego. Oszołomiony odłożył segregator na miejsce i wyszedł z pokoju z dwoma aktami urodzenia i zgonu. Usiadł w fotelu w salonie.

Kiedy rodzice wrócili z miasta zobaczyli go siedzącego w tym fotelu. Matka widząc go wypuściła zakupy na ziemię. Jeszcze nigdy nie widziała nikogo tak bladego, jakby miał za chwilę wyzionąć ducha. - Co ci jest? Co się stało? – podbiegła do niego. Ojciec słysząc na podwórzu jej rozgorączkowany głos wbiegł szybko do domu. - Gdzie ja się urodziłem? – spytał Rafał nie patrząc na nią, wzrok miał odległy nieobecny. - Co? – zawahała się przez chwilę – Przecież wiesz, w Radomiu. - A nie w Łodzi? I nie umarłem tam tydzień później? – spojrzał na nią, miał łzy w oczach – Co to jest? – pokazał jej trzy dokumenty, które zabrał z segregatora. Ojciec spojrzał na w górę schodów i zobaczył, że drzwi od ich pokoju są otwarte na oścież. Matka nie wiedziała co powiedzieć, patrzyła na dokumenty i starała się powstrzymywać łzy. - A mówiłem ci tyle razy, żeby spalić wszystkie dokumenty! Ale nie ty musiałaś zatrzymać pamiątki!

Ojciec wyszedł z pokoju i udał się na górę. Rafał nadal siedział na fotelu bez ruchu, na podłodze obok niego, siedziała, a raczej niemal leżała, matka i szlochała. Już miał ponownie poruszać temat, ale usłyszał z góry jakieś szuranie i za chwilę kroki na dół. Po chwili w drzwiach salonu stanął ojciec, w rękach trzymał jakąś grubą starą książkę. - Chodź do drugiego pokoju. – Rafał wstał powoli i skierował swe kroki do drzwi, po drodze odwrócił się i spojrzał na matkę – Za chwile się wyryczy i się uspokoi. – Ojciec poszedł w kierunku pokoju gdzie był już Rafał, jednak po drodze zatrzymał się jeszcze przy matce – Jak się uspokoisz to przynieś nam herbaty. – Nie czekał na odpowiedź, poszedł zostawiając kobietę szlochającą na podłodze.

xxx

Rafał siedział już przy stole, miał przed sobą rozłożone trzy dokumenty. Ojciec wszedł do pokoju, zebrał je i usiadł po drugiej stronie stołu. Położył przed sobą wielką księgę, a obok dokumenty. - Miałem nadzieję, że nigdy nie dojdzie do tej rozmowy. Ale skłamałbym, że nie spodziewałem się tego. Najbardziej bałem się w noce kiedy nie mogłem zasnąć. Wtedy układałem sobie w głowie scenariusz takiej rozmowy. A wiesz co jest teraz najśmieszniejsze? – uśmiechną się, chyba trochę sztucznie – Że w tej chwili nic z tego nie pamiętam.

Rozłożył księgę przed sobą i przerzucił kilka kartek. - Nawet nie wiem od czego teraz zacząć. – głos zaczął się ojcu łamać. Z pokoju obok przestał dobiegać szloch matki. - Najlepiej od początku. Co to za dokumenty? – Rafał starał się mówić stanowczo, ale głos wiązł mu w gardle, czuł że może się w każdej chwili załamać i rozpłakać. Starał się jednak nie dać nic po sobie poznać. - Dobrze, dwadzieścia dwa lata temu urodził się nasz jedyny syn, ty. Byliśmy szczęśliwi, ale nie trwało to długo. W wyniku jakiejś choroby dziecko umarło po tygodniu. Byliśmy zrozpaczeni. Tym bardziej, że nie mogliśmy mieć więcej dzieci. Tego samego dnia, zanim wyszliśmy ze szpitala przyszedł do nas pewien lekarz, nazywał się Andrzej Kryształowicz, widziałeś zapewne jego nazwisko z numerem jeden zapisane na czerwono w notatniku. Zaproponował nam pomoc. Mówił coś o odrodzeniu, o jakimś rytuale, ale ja nie chciałem słuchać i wyszliśmy. Jednak matka później wróciła do szpitala i odnalazła tego lekarza. Następnego dnia odwiedził nas w domu i opowiedział o wszystkim. Doszliśmy do wniosku, że nie mamy nic do stracenia i możemy spróbować. Nie wiem czemu na to się zdecydowaliśmy, kiedy teraz o tym myślę to wydaje mi się, że nie podjął bym się tego drugi raz. – spojrzał na syna i poczuł się jakby zrobił mu tymi słowami jakąś krzywdę – Znaczy cieszę się, że jesteś z nami i nie chciałbym tego zmieniać. - Nie musisz się tłumaczyć. – powiedział Rafał – Rozumiem o co ci chodzi. - Dziękuję. Ale zdecydowaliśmy się na to. Powiedział nam, że mamy przyjechać tu. Niedaleko od tego miejsca znajdowała się stara pogańska świątynia. Teraz nie ma po niej śladu po za kilkoma kamieniami, które nie zorientowanemu nic nie powiedzą. Nieważne. Stąd odprowadził nas ktoś na miejsce. Było tam już trzynaście osób. Na ziemi na wielkich kamieniach pokrytych prześcieradłami leżały ciała trzech niemowląt. Okazało się, że po za nami były jeszcze dwie pary, jedna z chłopcem, druga z dziewczynką. Pozostałe dziewięć osób to było sześciu lekarzy i troje urzędników miejskich z różnych miast, po dwóje lekarzy i jednym urzędniku z każdego miasta. Posiadali oni ze sobą wykradzione akta zgonu i urodzenia dzieci, oraz kopie nowych aktów urodzenia. Wszystkich tych ludzi, jak i pary dobierał ten sam lekarz co rozmawiał z nami, Kryształowicz. On był przywódcą tego ruchu, sekty, czy jak chcesz to, to nazwij. Rytuał wywodził się z pogańskich wierzeń. Najbardziej żałowałem w chwili kiedy zabito trzy zwierzęta i ich krwią namalowano każdemu dziecku jakiś kształt na czole. Jednak kiedy się obudziłeś byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie i byłem gotów zrobić wszystko dla tych ludzi. Chciałem porozmawiać z innymi rodzicami, którzy tam byli, ale zabroniono nam. Nie chcieli nic w zamian, jedynie zachowania wszystkiego w tajemnicy. Dokumenty mieliśmy spalić, ale matka je zachowała. Od tamtej pory nie spotkaliśmy nikogo z tych ludzi, nie szukaliśmy. Powiedziano nam, że nie możemy i nie próbowaliśmy. - Kim byli ci ludzie? – Rafał nie mógł uwierzyć w to co właśnie usłyszał. Ledwo mógł mówić. Czuł się oszukany i przerażony. Ojciec miał zacząć opowiadać od nowa kiedy do pokoju weszła matka, niosła na tacy dwa kubki herbaty. Nie płakała już, ale oczy miała nadal wilgotne. Postawiła przed każdym z nich po kubku i wyszła bez słowa. Ojciec odczekał jeszcze chwilę. - Jak już mówiłem to byli lekarze i urzędnicy, ale jeżeli chodzi o rytuał to mam tu w tej księdze wszystko co udało mi się zebrać. Jednak nie interesowałem się tym od dziesięciu lat. Poznałem wtedy jednego naukowca. Robił wtedy habilitację na uniwersytecie w Warszawie i napisał publikację traktującą po części o tym rytuale. Ale wtedy jeszcze nie miał zbyt dużo informacji. Jeżeli będziesz chciał to możesz go poszukać. Może dziś wie więcej.

Rafał wstał bez słowa. Nie upił nawet łyka z ciągle parującej herbaty. Podszedł do ojca i wyciągnął rękę po książkę, którą mu podał. - Tylko proszę niech nie opuści ona tego domu. Zarówno dla twojego, jak i naszego dobra. – poprosił ojciec. Usłyszeli głos matki, która ich wołała do kuchni. Kiedy tam weszli stała przy oknie wpatrzona w stronę drogi biegnącej nieopodal. - Stoi tam jakiś facet i od godziny, albo i dłużej gapi się tu – wskazała palcem, ale nikogo tam nie dojrzeli – Nie rozumiem, przed chwilą jeszcze tam był.

Rafał z księgą pod pachą poszedł do pokoju na górę. Rozłożył się na łóżku i zaczął czytać. Kult jakiemu oddawali się jego rodzice, dzięki któremu on podobno ożył był uprawiany przez odłam plemion Sandomierzan. Wierzące w to osoby zostały wydalone ze społeczności i przeniosły się na późniejsze ziemie radomskie, w okolice Grabu Gielniowskiego. Wierzyli oni, że czas posiada trzy duchy. Jeden odpowiada za przeszłość, drugi za teraźniejszość, a ostatni za przyszłość. Nie ingerują one w losy ludzi, a nawet chronią ich przed ingerencją chaosu. Chaos jest przeciwieństwem czasu. Czas jest symbolem porządku, normalnego stanu rzeczy, chaos zaś stara się go naruszyć. Posiada on swojego wysłannika, który stara się przechytrzyć duchy czasu i zmusić je do zejścia na ziemię pod postacią ludzką. Jeżeli to mu się uda wtedy czas sam w sobie jest bezbronny, a chaos może nim sterować jak mu się tylko podoba. Według legend kiedyś to się udało chaosowi. Nieświadome niebezpieczeństwa duchy czasu postanowiły pomóc zrozpaczonej rodzinie, której zmarło troje dzieci. Odnaleźli dusze tych dzieci i wraz z nimi wrócili na ziemię. W tym czasie chaos wiedząc, że jest bezkarny rósł w siłę przez lata. Kiedy poczuł, że jest wystarczająco silny zaczął ingerować w losy ludzkie. Miał na uwadze tylko jedną rzecz - nie zranić dzieci, wtedy już dorosłych ludzi, ani nie pozwolić im, aby wiedziały kim są w rzeczywistości. Gdyby zginęły duchy czasu powróciły by na swoje miejsce. Przez dziesiątki lat chaos robił co tylko chciał pogrążając ludzkość w zarazach, plagach i kataklizmach. Nie pozwalał sobie jednak na zabijanie zbyt dużej ilości ludzi, oni byli jego zabawkami. Kiedy dzieci, już jako starcy poumierali chaos znowu stał się bezbronny. Duchy czasu czując się odpowiedzialne za całe nieszczęścia jakie spotkały przez nich śmiertelników po raz pierwszy i jedyny ośmieliły się zaingerować w losy świata i cofnęły czas do dnia kiedy postanowiły pomóc biednej zrozpaczonej rodzinie. Ludzi nie wiedzieli o niczym co się wydarzyło i od nowa tworzyli swoją historię. Całe zajście zostało jedynie w pamięci duchów czasu jako nauczka i wysłannika chaosu, który od tamtej pory stara się sprowadzić duchy czasu na ziemię i je tu uwięzić. Przez dziesiątki lat nie udawało mu się to, ale nie przestawał próbować.

Zszedł na dół, ojciec siedział w swoim fotelu z gazetą. - Kim jest ten historyk o którym mi mówiłeś? – Rafał stanął w drzwiach salonu z plecakiem na ramieniu. - Co robisz? – zdziwił się ojciec, odłożył gazetę. - Jadę z nim porozmawiać. Jak on się nazywa. - Jachimski Marek. Dziesięć lat temu wykładał na UW, być może tam jeszcze uczy. Mam jego stary numer telefonu, domowy. Zaczekaj chwilę. – ojciec wstał i poszedł do drugiego pokoju. Rafał domyślał się, że spisuje numer z czarnego notesiku. Wrócił i wręczył chłopakowi kartkę z numerem – Jak będziesz z nim rozmawiał to powołaj się na mnie. To powinno go bardziej otworzyć. Zaczekaj zawiozę cię na pociąg. - Nie trzeba. Mam za chwilę busa. Pożegnaj mamę. – wyszedł nie odwracać się. Kobieta stała w oknie i ze łzami w oczach patrzyła za nim. Patrzyła jak jej syn idzie w kierunku mężczyzny, którego wcześniej widziała.

xxx

W akademiku usiadł do komputera i sprawdził w Internecie wszelkie zagadnienia związane z czasem i pogańskim kultem czasu, czy przemijania oraz wszystko co mógł znaleźć na temat plemion Sandomierzan. Nie było tego zbyt wiele, szczególnie jeżeli chodzi o interesujące go informacje. Nie odkrył nic nowego, potwierdziła się…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych