Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 13 min czytania

Adam Mickiewicz zaprosił mnie na facebooku

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Adam Mickiewicz zaprosił mnie na facebooku. Nie ma co się czarować. Chcielibyśmy być źli, wolni i bezkompromisowi. Niestety, urodziliśmy się w erze komputerów i Internetu, by stać się żałosnymi, zwiniętymi, powykrzywianymi robakami przykutymi do klawiatur i monitorów. Oglądamy w sieci odmóżdżające amerykańskie seriale, poprawiające krążenie zdjęcia roznegliżowanych nastolatek, wreszcie jesteśmy odnajdywani po latach przez idiotów ze szkoły podstawowej, podczas gdy przez lata mieliśmy nadzieję, że już nigdy więcej o nich nie usłyszymy.

Koło czwartej po południu wstałem z łóżka, a następnie postawiłem na leniuchowanie. Rozsiadłem się wygodnie przy biurku, otworzyłem komputer – wreszcie zalogowałem się na słynnym amerykańskim portalu społecznościowym, facebooku. Jakoś ciężko mi wyobrazić sobie Bukowskiego czy Hemmingway’a zaczynających dzień w ten sposób, aż mi głupio, ale to nie ja odpowiadam przecież za czasy, w których przyszło mi żyć. Patrzę w ekran. No i wyświetla się tam ten czerwony znaczek, i klikam, i widzę: „Adam Mickiewicz zaprasza cię do znajomych”, czy jakoś tak podobnie. Przypomniałem sobie, że tak samo nazywał się jeden z pracowników kina, w którym pracowałem przez jakiś czas. No ale to chyba nie on, bo klikam dalej, przyglądam się, data urodzenia – dwudziesty czwarty grudnia. Skończone szkoły – uniwersytet wileński. Wydział sztuk wyzwolonych i nie tylko. Wszystko się zgadza i na rycinie profilowej też zamyślony taki, wieszcz jak nic. Uznałem, że ktoś stroi sobie ze mnie żarty i poszedłem poszukać czegoś do jedzenia.

Następnego dnia postanowiłem wstać trochę wcześniej i pobiegać. Dość szybko opadłem z sił i wróciłem do mieszkania. W salonie zastałem Mickiewicza, który rozsiadł się w moim fotelu i chyba nie zamierzał póki co wychodzić. Próbowałem zgrywać twardziela – nie przywitałem się, udawałem, że nie zwracam na niego uwagi. Usiadłem na kanapie i powoli zdejmowałem buty, drapiąc się przy tym ostentacyjnie po łydkach. Adam zastygł w pozornym bez ruchu, tylko jego oczy poruszały się z góry na dół i z powrotem, bacznie obserwując moją osobę. Wreszcie zebrałem się w sobie, podniosłem głowę, spojrzałem prosto w jego świdrujące ślepia i postanowiłem się odezwać. - Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu. - Słucham? – wieszcz wyglądał na niewzruszonego. - Wpłynąłem na… lekko mnie suszy, panie kolego. Pomyślałem, że może masz ochotę na drinka. Mam pół butelki Jamesona, reflektujesz? - Dwa problemy – odparł enigmatycznie Adam. Spojrzałem na niego z miną człowieka mało lotnego i oczekującego dokładnych wyjaśnień. - Twój pierwszy problem to brak szacunku dla starszych. Nie proponowałem, abyśmy przeszli na ty. No ale grzeczność nie jest nauką łatwą, ani małą – kontynuował, podczas gdy ja nalewałem sobie whisky – twój drugi problem, to kiepskie wyposażenie barku. Chyba nie byłeś nigdy w Paryżu. Zmierzyłem wzrokiem butelkę, nieco zbity z tropu. - Słuchaj, ty czujesz się tutaj jak u siebie, więc ja tym bardziej. W końcu to ty odwiedziłeś mnie, nadal nie wiem dlaczego i jakim prawem. A skoro mam już polane, mógłbyś mi chyba wyjaśnić całą tę sytuację… - Nie lubisz przyjmować gości? Na zewnątrz stado kruków zerwało się z drzewa z dziwnym wrzaskiem. - Lubię przyjmować gości. Lubię też, kiedy nie narzekają na moją kulturę osobistą czy upodobania alkoholowe. Tak czy inaczej, co cię tutaj sprowadza? - Chciałem porozmawiać o twoim pisaniu… - W porządku. To może ty się teraz, panie Adamie, zrelaksujesz przed telewizorem, a ja skoczę do sklepu, zrobię coś do jedzenia i porozmawiamy przy stole.

W supermarkecie spotkałem Adę. Poznałem ją w liceum. Liceum było, rzecz jasna, parę lat wcześniej od supermarketu. Mimo to utrzymywaliśmy ze sobą luźny kontakt – od czasu do czasu się spotykaliśmy, a jeżeli żadne z nas nie było akurat w związku, Ada uwielbiała wykorzystywać mnie seksualnie. Przynajmniej ja to tak to nazywałem – w końcu to ona po fakcie szybko wciągała spodnie i jeszcze szybciej opuszczała lokal, zwykle zabierając jeszcze po drodze jakieś fanty w postaci papierosów, butelki ginu albo komiksu traktującego o przygodach Batmana, mrocznego rycerza Gotham. Po czym nie odzywaliśmy się do siebie przez dwa miesiące. Tego dnia spotkałem ją przy regale z przyprawami. Wyglądała doskonale, czyli w zasadzie tak jak zwykle, a do tego miała na sobie naprawdę ładne ubranie. Biała bluzka, cienki różowy sweterek, obcisłe (a obciskały ciało naprawdę świetnych kształtów) jeansy, kusząco przedarte na kolanie. - Słyszałam, że masz nowe mieszkanie, tu w pobliżu – powiedziała na wstępie, a ja po raz kolejny przekląłem w myślach Adama Mickiewicza.

Po cichu otworzyłem drzwi i kazałem Adzie zaczekać w przedpokoju. Sam zajrzałem do salonu, gdzie zastał mnie kojący widok wieszcza rozwalonego na kanapie i drzemiącego przed włączonym telewizorem. Pogłośniłem nieco odbiornik, zabrałem ze stołu Jamesona i skinąłem na Adę, wskazując jej uchylone drzwi sypialni. Wyjrzałem przez okno i zobaczyłem wycieczkę szkolną. Dzieci maszerujące dwójkami i śpiewające infantylne, dziecięce piosenki. Zasłoniłem żaluzje i wrzuciłem do odtwarzacza „czwórkę” Led Zeppelin. Ada uznała, że jest jej gorąco i ściągnęła sweter. Usiadłem na łóżku z flaszką i nalałem nam na oko po 2/3 szklanki. Ada poprosiła o rozcieńczenie whiskey coca-colą, której butelka na szczęście przewracała się gdzieś w okolicach wyra. Chciałem przeprosić za brak kostek lodu, jednak dziewczyna siedziała już obok mnie i „duszkiem” wypiła pół szklanki, więc uznałem to za zbędne. Robert Plant był właśnie w trakcie wyśpiewywania wersu a big legged woman ain’t got no soul. Ada rozpięła jeden z guziczków swojej białej bluzeczki. Nad jej obfitym biustem wisiał krzyżyk na srebrnym łańcuszku. Nie wiem co tam robi. Spojrzałem Chrystusowi prosto w oczy i łyknąłem Jamesona. Następnie skierowałem wzrok w duże, brązowe oczęta Ady, a stanowczość jej spojrzenia powaliła mnie na łóżko. Za oknem ujada pies, Jimmy Page wycina kolejną natchnioną solówkę na swojej gitarze Gibson Les Paul, w pokoju obok Adam Mickiewicz ucina sobie popołudniową drzemkę, a ona siada na mnie okrakiem i zdejmuje bluzkę i już po chwili jej biust faluje nade mną i staje się całym moim światem. Czuję, że Jameson wylewa się na moją narzutę, ale – niech mnie przeklnie rudy Irlandczyk – było mi już wszystko jedno. Ada całuje mnie w czoło, co podkreśla jak bardzo protekcjonalnie traktuje mnie w tych sytuacjach.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%