Fantastyka · 6 min czytania
Alkaria - Ruiny
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{font:impact}Ruiny{/font}
{font:verdana} Cieniutkie promyki różanego blasku prześlizgiwały się zachłannie pomiędzy szczelinami mroku, ocierając się o pył nicości, po czym lądowały z posępnym lśnieniem na zakurzonym, kamiennym podłożu. Wiatr nawoływał uśpione duchy niebytu, które szeptały coś między sobą, przejęte obecnością żywego w krainie, która już nawet dla nich nie istniała od wieków. Pustka zionęła z każdego najmniejszego kamyczka i każdej kruchej nici pnącza, próbując nas wessać. Szelesty, odgłosy kapiącej wody, zgrzytania nieokreślonych mechanizmów oraz dźwięki ciszy docierały niemym kweresem do naszych uszu, skutecznie dezorientując. Ruiny zdawały się być kompletnie opustoszałe, porzucone miliony lat temu. Jednakże czułam czyjąś ulotną obecność, wszak kruchą i nieokreśloną, jednak złowrogą zarazem, przejawiającą się w narastającym napięciu, które nie wiadomo skąd rodziło się w moim sercu, kiełkując i pnąc ku górze strachu dziwny lęk. Choć uprzednio, w malowniczych górach Alkarii, Pustka pokazała mi, że może być bardziej przerażająca niż armia żołnierzy, teraz ponownie lękałam się tego czegoś, czego nie potrafiłabym określić, choćbym znała wszystkie języki świata. Nie tylko ja odczuwałam narastający dyskomfort – twarz Orena wyrażała obawę, która wdzierała się do cytadeli jego umysłu, burząc po kolei wszelkie mury wojowniczości jego serca. Mój ukochany sprawiał wrażenie osoby, która dopiero teraz spodziewa się najgorszego. Zapatrując się na niedaleką przeszłość, zastanawiałam się, czym jeszcze mroczna strona tej krainy może mnie zaskoczyć. Skupiając się na pokonywaniu nierównej, wyboistej trasy, usianej odłamami murów, drewna oraz kawałami ostrego szkła, starałam się nie myśleć już o tych, którzy odeszli. Nie przywoływałam wspomnień, jednak gdzieś z głębokiego dna mej duszy wypełzały one z bezczelnością, absorbując moje skołowane i poplątane myśli żałoby. Potykałam się o kolczaste, tajemnicze pnącza, upadałam na cuchnący mech, odzierając sobie nogi i ręce. Jasper, który pokonywał przeszkody z gracją dachowca, spoglądał na mnie niepewnym wzrokiem, jednak również i jemu udzielała się atmosfera tego miejsca nieistniejącej mogiły. Początkowo ruiny, które mijaliśmy, wyglądały zupełnie przeciętnie – ot, niegdyś był okazały, monumentalny zamek, który zburzyła jakaś siła, roztrzaskując niczym kruchy domek z klocków na mniejsze elementy. Jednak po kwadransie dostrzegałam pewną zmianę otoczenia, które uświadomiło mnie o nierealności tego miejsca. Przecięliśmy szeroki plac, będący zapewne niegdyś dziedzińcem zamku, po czym zatopiliśmy się w pozostałościach korytarzy, schodów, zakrętów i tajemniczych przejść budowli. Pośrodku komnat widniały kilkunastometrowe, spróchniałe drzewa, których nagie badyle drapały poszarzałe chmury. Owe rośliny były czarne i suche, jakby ktoś spalił je ogniem, jednakże pomimo to nadal…