Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Filozofia · 10 min czytania

Anieli widzieli

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Mówili potem, że to cień Złego padł na tę okolicę spokojną. Mieszkali w niej przecie sami dobrzy i bogobojni ludzie, którzy pilnowali swojej granicy jak oka w głowie, a sąsiada zawsze pozdrawiali „Szczęść Boże”, według zwyczaju. Chodzili na sumę w niedzielę, a wieczorami popijali wódkę czy samogon, jak prawdziwi chrześcijanie. Pod każdym dachem, na samym szczycie, przybijali krzyż, dwa złączone żelazne pręty – od burzy, głodu, ognia zachowaj nas Panie... A jednak przyszła ciemna godzina, rozsypało się i rozpleniło szatańskie nasienie, a grzech pierwszego spośród nich spadł na głowy wiernych jako zaraza i dopust Najwyższego. *** Zbyszek człapał niezdarnie do sklepu. Nogi miał koślawe, buty stare i odrapane. Tego dnia matka wysupłała mu z niewielkiej renciny kilka groszy, za które mógł kupić sobie słodycze. Szedł zastanawiając się, co też sprawi mu największą przyjemność, czy owocowe gumy balonowe, wafelki z kakaową masą, oranżada w proszku, może spróbuje czegoś innego? Po drodze, a była nierówna, uklepana ziemią i żwirem, omijał krowie placki, zataczając szerokie łuki. Była to dla niego ogromna uciecha. Wyobrażał sobie, że jest lekki i zgrabny niczym sportowiec albo tancerz. Uśmiechał się do siebie na tę myśl, zupełnie jak dziecko, które w tajemnicy przed rodzicami chowa w szopie przygarnięte kociątko. Kiedy minął przydrożną figurę Matki Boskiej Bolesnej i chatę starego Kuby, zobaczył, że z naprzeciwka idzie Adela, najpiękniejsza dziewczyna we wsi. Zbyszek lubił patrzeć na jej rozwiane włosy, radosny uśmiech, jasną twarz z iskierkami w piwnych oczach. Wyglądała niczym anioł, ten z obrazu w kościele. Różnie o niej mówiono, ale dla niego zawsze pozostała czysta i nieskalana, nieosiągalna jako te gwiazdy na nocnym firmamencie. Nagle czas zatrzymał się, świat zawirował i zyskał dodatkowy wymiar. O funkcji czasu Zbyszek miał niewielkie pojęcie, był dla niego czymś, co wiąże się w jakiś mglisty sposób z wschodem i zachodem słońca, zmianami pór roku. Ale to wszystko. Nie wiedział nawet ile ma lat, tłumaczenia matki na niewiele się zdały. Był chłopcem, to jedno wiedział, choć podobno już na tyle dużym, by móc samemu zawiązać sznurowadła, zjeść bez grymasów zupę jarzynową, zapiąć po kolei wszystkie guziki koszuli. Tylko golić musiała go matka, bo gdy robił to sam, kaleczył twarz niemiłosiernie. Słyszał też, jak grupa mężczyzn pijących piwo śmiała się, że powinien wiedzieć już, co baba ma pod spódnicą, ale nie zrozumiał żartu. Kolory nieba naraz stały się wyraźnie i bliskie. Często tak je postrzegał, gdy Adela była w pobliżu. Pomyślał, że aniołom musi być wesoło przebywać w takim miejscu, gdzie pewnie często jaśnieje koniec tęczy, ptaki muskają końcami skrzydeł najlżejsze chmury, słychać głosy z całego świata, ale lekkie, równe, niczym szept wiatru. Tak, anioły miały piękne życie w przestworzach. Zazdrościł im. Każdy by zazdrościł. Gdy tak rozmyślał, a przecież nieraz zdarzało mu się odpływać tam, gdzie nikt inny nie miał dostępu, zza płotu wyszedł Kuba. Mimo słusznego wieku, nadal trzymały się go niewybredne figle. Z czapką zsuniętą na oczy i papierosem w pomarszczonych wargach, zdawał się urodzonym kpiarzem. - I co się tak, Zbysiu, ślinisz na pannę? Pewnie pomacałbyś to i owo, tylko nie wiesz, gdzie co jest – zaśmiał się na cały głos. Zbyszek zarumienił się po uszy, będąc niemal pewnym, że Adela usłyszała docinki starego. - Co ona sobie o mnie pomyśli? – wystraszył się. - Głupiś ty, głupiś. Nie dla psa kiełbasa – kontynuował tamten, nie krygując się wcale. - A pewnie, że nie dla takiego łakudry – rozbawiła się dziewczyna, która była już na tyle blisko, że w szybko wyłapała sens rozmowy. Spojrzała na Zbyszka, niby na rozdeptaną żabę, z góry wysokiej i stromej, z pogardą w oczach tak ogromną, że nie wypowiedzieć. Chłopak poczuł silne ukłucie w żołądku, a krtań ścisnął mu żal bezbrzeżny. - Panno Adelko, ależ, ależ, ja wcale, nie… Panno Adelko… – jąkał się, gdy tamci chichotali bez opamiętania. Tłumaczenia nie miały sensu, zwłaszcza, że język Zbyszka stawał kołkiem, a w gardle, jakby usypał kto piachu udeptanego końskim kopytem. Był bezsilny wobec ich zarzutów, łzy same cisnęły mu się do oczu, przyłożył więc do nich wielkie, drżące dłonie, zachlipał żałośnie i pobiegł w stronę sklepu. Wieczorem usiadł na schodach swojego domu, wyjął kilka torebek kolorowych cukierków i jadł jednego za drugim bez namysłu, aż rozbolał go brzuch. Matka ostrzegała go, że tak będzie, ale nie zważał na to. Nic, doprawdy nic nie mogło przyprawić o większe cierpienie niż wzgarda ślicznej panny Adeli. Nie spał dobrze tej…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%