Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Melodramat · 7 min czytania

Anioł na oddziale furiatów, część 4

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Nadeszła niedziela, a wraz z nią nowe lęki i niepokoje. Majewski miał być o 14. Była 9.45 a ja przechadzałem się od drzwi do okna, przypatrując się z uwagą czubkom swoich butów. Nie mogłem się doczekać, a jednocześnie bałem się. Wolałbym aby Zosia nigdy nie pojawiła się w moim życiu, ale było już za późno. Zofijka podstępnie zawładnęła moją duszą, moim sercem i umysłem. Stałem się jej własnością. Och, jakże jestem słaby... O 12.30 rozległo się pukanie. Gwałtownie naciśnięta klamka sygnalizowała nadejście siostry Emilii. Nie mam pojęcia po co puka. Siostra Emilia nigdy nie czeka na odpowiedź. - Doktorze, piętro niżej mamy mały kłopot. Zginęło kilka opakowań Stilnoxu, potrzebujemy pańskiej pomocy. – powiedziała Emilia, zaciskając swoje i tak już wąskie usta w taki sposób, że zniknęły całkowicie - Mam dziś rozmowę z pacjentem... – odparłem niepewnie - Zajmę się tym. - Proszę zejść na dół...- dodała błagalnym tonem. Nie miałem wyjścia. Wróciłem kilka godzin później. Siostra Emilia faktycznie zajęła się wszystkim. Przełożyła wizytę Majewskiego na wtorek, przeprosiła za zamieszanie i obiecała że sama zajmie się pacjentem, a mi odda starannie spisany raport. Ach jak to miło z pani strony, pani Dupilio. Ależ byłem wkurzony. Popołudnie minęło bez większych rewelacji. Szpital był pusty. Zielone tereny naszego szpitala, obsypane gdzieniegdzie czerwonymi tulipanami kusiły nawet Roślinność. Sanitariusze i młodsze pielęgniarki zajmowały się pacjentami, natomiast ja siedziałem na korytarzu, robiąc samolociki z porozrzucanych kawałków papieru. Na co czekałem? W poniedziałek, po obiedzie zakradłem się do sali, gdzie spał Majewski. Zamknąłem drzwi. Chwilę walczyłem z sobą, po czym ostrożnie otworzyłem jego szafkę. -To wariactwo. – pomyślałem przeszukując kolejne szuflady. Pod stertą ołówków, kredek i pustych kartek, znalazłem cienką, fioletową teczkę. Serce zabiło mi z zawrotną prędkością, kiedy drżącymi dłońmi, dotykałem szarej twarzyczki Zosi, na której jedynym barwnym elementem były oczy. Zaznaczone soczyście zieloną pastelą, mimo iż narysowane niezwykle dokładnie, nie mogły równać się z ich prawdziwą, świetliście połyskującą wersją. Inne rysunki, także przedstawiały Zosię. Mogłem podziwiać Zosieńkę smutną, Zosieńkę zdziwioną, Zosieńkę wśród kwiatów, a nawet Zosieńkę spoczywającą z zamkniętymi oczkami w białej pościeli. Och, jakże bolesne było zetknięcie opuszków moich palców, z szorstką powierzchnią kartki! Dotykałem ust dziewczynki, dotykałem jej włosów, skóry... Wszystko tak samo zimne! Wybiegłem ze szpitala. Nie chciałem już nic widzieć, słyszeć, ani czuć. Zatrzymałem się dopiero przy ogrodzeniu. Zaszczyciłem je swoimi plecami, zamknąłem oczy i dysząc ciężko, próbowałem wyrwać się szponom pożądania. - To jest chore. – powtarzałem sobie. Z samego rana, postanowiłem sobie, że już nigdy nie spojrzę na Zosię. Przed południem, poszedłem po Majewskiego. Przez ostatnie dni, zaniedbałem kilka spraw, a więc zacząłem dostrzegać pozytywne strony pomysłu siostry Emilii. W trójkę ustaliliśmy, że terapia indywidualna odbędzie się dziś w obszernej, oszklonej sali. Jej okna wychodziły na korytarz, jednak pacjenci i personel spędzali czas w parku i uznaliśmy że nie będzie przeszkód do swobodnej rozmowy.

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%