Melodramat · 6 min czytania
Anioł na oddziale furiatów, część 5
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Niczym w jakimś dziwnym śnie, nie panując nad sobą, zaciągnąłem dziewczynkę do swojego gabinetu, zamknąłem drzwi i pchnąłem ją na rozległą kanapę. Zerwała się z miejsca, krzycząc i płacząc na zmianę, uderzała zaciśniętymi piąstkami w szybę. Nikt nie słyszał jak Zosia woła o pomoc. Wyjrzałem z za zasłoniętych żaluzji, po czym spokojnie, bez pośpiechu otworzyłem szufladę. Odwróciłem się trzymając w ręku kilka małych, zielonych tabletek. Stałem na drugim końcu gabinetu przypatrując się słodkiej zdobyczy. Zamarła w bezruchu, z wyrazem niemego przerażenia. Między trawiastą zielenią, dostrzegłem coś dziwnego... zaskoczenie? Zosieńka nie spodziewała się chyba, że ktokolwiek może zrobić jej coś złego. Uśmiechnąłem się: Patrzyłem na dziewczynkę, obmacywałem wzrokiem jej falujące piersi, głaskałem po gołych nóżkach. W jednej chwili, role odwróciły się: teraz to ona była zabawką w moich rękach, a tym gorzej dla niej, że ja akurat chciałem się bawić. Syciłem się widokiem spłoszonej sarenki dość długo, aż wkońcu nie wytrzymałem i podszedłem bliżej. Nie ruszyła się z kanapy, nie zrobiła kroku w stronę drzwi, nie krzyknęła. Cały strach skupił się teraz w jej oczach, ciałko rozdrżało się jeszcze bardziej, źrenice rozszerzyły się. Byłem panem sytuacji. Delikatnie dotknąłem jej skroni. Powoli, z namaszczeniem wgłaskałem się w kasztanowe kosmyki, aby nagle szarpnąć mocniej, zacisnąć dłoń na lśniących puklach i odgarnąć główkę Zosi do tyłu. Opuszkami palców drugiej dłoni, połaskotałem jej lekko rozchylone usta, po czym dwoma palcami zanurkowałem w jej ślicznej buźce. Pobyłem tam chwile, dając poczuć Zosieńce chłód trzech małych tabletek. -Połknij.- powiedziałem czułym tonem. Zielone oczka zwilgotniały gwałtownie. - Połknij kochanie, jeśli nie chcesz mnie zdenerwować – powtórzyłem polecenie, wciąż uśmiechając się przyjaźnie. Dziewczynka opuściła powieki. Ujrzałem potoczki lśniących łez, poczułem ich ciepło na dłoniach. Och Zosieńko! Czy kiedyś wybaczysz mi, pożar jaki wtedy wybuchł w moim wnętrzu?! Moje ciało przejęło dowództwo, nad magisterskim umysłem i całkowicie straciłem panowanie. Brutalnie odwróciłem Zofijkę tyłem do siebie, tak, że klęczała na kanapie, z głową ułożoną na oparciu. Moje wielkie łapska, doskonale radziły sobie z kruchą konstrukcją dziewczynki; jedną dłonią przytrzymałem jej rączki na plecach, drugą sięgnąłem po kabel walający mi się od kilku dni po biurku i mocno związałem ręce aniołka. Własnym krawatem stłumiłem jej krzyki, po czym zacząłem przyglądać się swojemu dziełu. Była moja. Nie jestem w stanie opisać, jak cudownie wyglądały pośladki Zosieńki, jak kusząco brzmiał jej przyspieszony oddech. Wszystko było w niej…