Mitologia · 4 min czytania
Anzelm. cz.I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
W jesieni swojego życia Anzelm lubił siadać pod starym, rozłożystym kasztanowcem, który rósł na środku jego podwórka. Postanowił, że właśnie w tym miejscu będzie wspominał swoją młodość, odnajdywał świadomość sprzed dwudziestu, trzydziestu lat, a nawet dalej , z czasów pierwszej nauki czy beztroskiego dzieciństwa. Po dobrym, pracowitym dniu, bardzo przyjemnie było wyruszyć na spotkanie z młodym niegdyś umysłem, przyglądać się emocjom wzbudzanym chłodną analizą danych, czerpanych z niepoliczonej ilości przeczytanych książek, fantazjom odkrywanym na dnie każdego litrowego dzbanka z winem. W dzień, Anzelm wykonywał te wszystkie prace, które przypisane są mieszkańcom małych wiosek, ukrytych wśród starych jak miliony lat, szarych i surowych gór. Jak większość mieszkańców wsi, dbał o swoje gospodarstwo: wbijał gwoździe, heblował deski, karmił stado królików a przede wszystkim rozmawiał ze swoją żoną Gerdą, która pojawiała się co jakiś czas na ganku i zaczynała rozmowę: o starych garnkach które koniecznie trzeba wymienić na nowe, o Adeli, niezwykle urodziwej córce sąsiada, lub o leniwym synu jej kuzyna Edafa, Stefanie. To wszystko wymagało skupienia myśli, oczywiście nie w takim stopniu jak w chwilach wędrówki starego umysłu w krainę dawnych, co chwilę rodzących się w nim prawd, ale Anzelm potrafił skupiać się tylko na jednej czynności. Dziś wieczorem siedząc pod drzewem, patrzył przed siebie na rozległe wzgórza porośnięte równymi rzędami zielonych winorośli. Miał ciągle w pamięci te jesienne, otulone ciężkimi i wilgotnymi mgłami dni, kiedy jako dziecko razem z całą rodziną