Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Religia · 10 min czytania

Azyl torturowanych dusz

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Dookoła panowała już ciemność. Ciężkie krople deszczu rozbijały się o dachy pobliskich domów. Na zewnątrz nie było już nikogo, jedynie samotne ciało, leżące przy głównej bramie oddawało ten nietypowy miejski klimat. Wydawało się, że to zwykły pijaczyna, który w nadmiarze promili nie trafił do domu i zasnął na drodze, zdradzało go jedynie poszarpane ubranie i czerwona kałuża wypływająca spode łba. Nikt jednak nie zwracał na niego uwagi.

Wszystko ucichło...

***

W tym miejscu zmarłem. Dane mi było ujrzeć, to co mało kto mógł zobaczyć. Zrozumiałem wiele rzeczy, których zwykły śmiertelnik nigdy nie pojmie. Wszystko to prowadziło przez ogromne cierpienie, ból i spowodowało ubytek mej ludzkości, który czuję do dziś. Cała ta okropna historia rozpoczęła się... w zimie... tamtego dnia, kiedy ludzie świętowali wyzwolenie Imperium. Padał śnieg. Ja wraz z nią... podążałem oblodzonym, wyścielonym białym puchem traktem. Było wcześnie przed południem. O tej porze i w takie święto panował tu spokój. Straż stała, co kawałek, a patrole krążyły nieustannie. Idąc zastanawiałem się, o co chodzi tym ludziom? Dlaczego świętują wyzwolenie imperium, modląc się do bogów? Sigmara... i całej tej reszty? Brednie... Wiele razy mówiono mi, że słowa te mogą ściągnąć na mnie jakąś klątwę, ale nigdy im nie wierzyłem. W nic nie wierzyłem. Byłem zwykłym niewiernym, który chciał dożyć swojej starości w spokoju, wraz... z nią... Niestety, wszystko to, o czym marzyłem, co ceniłem i kochałem, zatonęło w bezkresie bezsensu, który czynił ten świat, takim jakim jest...

Tętent kopyt... Przeraźliwy krzyk... Śmierć...

Tak pokrótce przedstawia się koniec tamtego dnia, pomimo tego, że nie było jeszcze południa. W jednej chwili masz to, co czyni cię bogiem wśród ludzi, a za chwilę, w przeciągu sekundy wszystko tracisz. Jak grom z jasnego nieba, spadło nieszczęście na moją głowę i czepiło się jak nietoperz.

Wtedy zachmurzyło się... Spadł deszcz...

Pochwyciłem jej blade ciało i zaniosłem do najbliższej świątyni. To była... świątynia Sigmara... tak Sigmara, pamiętam. Wbiegłem do środka z nią na rękach i położyłem na ołtarzu. Kapłani byli mocno oburzeni moją postawą, bo cóż ich obchodził los zwykłego śmiertelnika? Widzieli jedynie swych wiernych i swoje monumentalne budowle. Głupota i ślepota. Co więcej pycha i bladość umysłu - niczym choroba. Padłem przed ołtarzem i zacząłem przeklinać sprawców - bogów, tych, których cały majestat ukazywały kamienne posągi. Z otwartych ran ukochanej spływała krew, lekko skapując na kamienną posadzkę - czerwień okryła podłogę. "Bogowie!" - odchodziły wciąż te same głosy i obelgi kierowane w moją osobę. Nagle poczułem jak wielkie dłonie zaczęły obejmować moje ramiona. Momentalnie i bez dłuższego zastanowienia pochwyciłem rękojeść miecza, spoczywającego w pochwie i wybiłem wszystkich, którzy starali się wynieść mnie ze świątyni. Bogowie na pewno nie byli radzi z tego com uczynił. "I co teraz? Jesteście zadowoleni ze swojego dzieła?" - krzyknąłem przypatrując się kamiennemu posągowi. Ciało na ołtarzu zamieniło się w proch. Złorzeczyłem bardziej, łkając przy tym i dławiąc się własnymi łzami. Zło patrzyło mi z oczu... ...W końcu były święta, a w święta zdarzają się cuda. Niestety to nie był mój cud i miałem powód do złości... złości? Nienawiści... Wybiegłem na zewnątrz i ruszyłem w kierunku miasta. Wtedy w moim umyśle zrodził się pomysł, aby odnaleźć bogów, stanąć przed ich trybunałem i cisnąć obelgą na miarę ich umysłów. Szczęście w nieszczęściu nie opuściło mnie. Krocząc ścieżkami Starego Świata, paląc, mordując i niszcząc wszystko i wszystkich, którzy dawali do zrozumienia, że wierzą natknąłem się na postać... Osobnika w brązowych szatach i ogromnym kapturem na głowie. Ręce schowane w rękawy i spuszczona głowa dodawały mu wiele powagi. Wystarczający gniew mną kierował, aby chwycić miecz i ściąć ten zadufany łeb. Coś jednak mnie zatrzymywało. Choć nie byłem jakoś specjalnie uodporniony na psionikę, hamowałem jego mentalny gniew. Teraz jednak wiem, że to wszystko było grą, litością.

***

Świat zawirował dookoła mnie i wszystko zgasło - jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Cel moich poszukiwań nie został jednak osiągnięty, a tak przynajmniej sądziłem. Gdy zbudziłem się z ciężkiego snu, widziałem siebie rozdartego na kawałki, leżącego na trakcie. Nie wiem, może chciano mi wpoić, że tak skończę, jeżeli nie zaprzestanę swoich działań? Do dziś nie wiem. Wiem natomiast jak ciężko patrzyło mi się na te obrazy. Wciąż tylko śmierć, lęk i zło. Nie wiedziałem, co czynić. Tamtego dnia - jeżeli można to było nazwać dniem - dostąpiłem zaszczytu, jakiego nie dostąpił żaden ze śmiertelników. Ujrzałem prawdziwe…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Azyl torturowanych dusz — czytnik · opowiadania