Psychologia · 6 min czytania
Bajka jednorazowego użytku
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
W dzieciństwie ludzie najczęściej boją się duchów albo czarownic, które rzekomo porywają niedobre wnuczęta i robią z nich przetwory na zimę. Mało kto zna natomiast ten rodzaj strachu, jakiego ja doświadczałam przez pierwsze lata życia. Był to bowiem strach dość niezwykły: bałam się trójkątów. Na szczęście nie wszystkich; żywiołowe przerażenie wzbudzały we mnie wyłącznie figury pomalowane w biało-czerwone pasy. Nie wiem zresztą, czy kiedykolwiek faktycznie je widziałam. Możliwe, iż ich kontury rysowała tylko moja wyobraźnia, wyścielając nimi bezlitośnie ściany złych snów. Niezależnie od tego, jak było naprawdę, do dzisiaj pamiętam grozę zapadającego zmroku. Kiedy tylko gasiłam światło, dostrzegałam wokół siebie upiorną kombinację czerni i bieli. Byłam wobec niej bezsilna. Figury majaczące na ścianach traciły nagle podstawy, a dwukolorowy płyn, który je wypełniał, rozlewał się po całym pokoju. Meble natychmiast nim nasiąkały, jakby miały ochotę za wszelką cenę imitować przejście dla pieszych. Starałam się zetrzeć z kołdry i poduszki znienawidzone barwy. W tym momencie docierało do mnie jednak, że skóra na moich rękach niczym się od nich nie różni. To przesądzało sprawę. Wydawałam z siebie zduszony krzyk i płakałam, przeświadczona o braku ratunku przed utonięciem w urojonej rzece. Może nawet chciałam w niej utonąć. Rozumiałam chyba, że przyniosłoby mi to jakąś ulgę, ukojenie, ochronę przed kolejnymi nocami, coraz okrutniejszymi w swej bezksiężycowej samotności. Mimo wszystko nie potrafiłam rzucić się z własnej woli w czarno-biały odmęt. Takie rozwiązanie miało w sobie coś z ciskania grudki ziemi o wieko trumny. A ja bardzo chciałam zobaczyć kolejny dzień. Nie mieściło mi się w głowie, że on mógłby istnieć beze mnie. Widzisz, byłam wtedy jeszcze bardzo niedoświadczona. I nagle, w tej okropnej chwili tonięcia, dobiegał mnie głos mojej matki. Krzyczała zza ściany, że jeśli natychmiast nie przestanę się wygłupiać, to podniesie się z łóżka i da mi nauczkę. Po jej słowach natrętna kolorystyka pokoju jeszcze się nasilała, ale strach przed spełnieniem groźby narzucał mi jakiś udawany spokój. Poddawałam się. Ignorując dygotanie całego ciała, kładłam się z powrotem i zamykałam oczy. Co kilkanaście sekund zrywałam się jednak na równe nogi z lękiem. Trwało to dopóki nie zasnęłam w krańcowym zmęczeniu. Nie pamiętam, co mi się śniło podczas tych strasznych nocy. Może nic. A może sceny rodem z niemego filmu, ironicznie przetykane straszącymi mnie na jawie odcieniami czerni i bieli. Rano budziłam się w każdym razie z trudem i spoglądałam na niebo zasnute chmurami. To był właśnie ten dzień, którego tak bardzo pragnęłam doczekać.
Nie wiem, dlaczego ci o tym opowiadam. Ty nie potrzebujesz już przecież bajek na dobranoc. Próbuję to sobie uświadomić - na razie bez skutku. Zerkam co chwilę…