Proza · Obyczajowe · 28 min czytania
Bez słowa
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
Mikołaj Wolski miał trzydzieści osiem lat, dwa nieudane związki i matkę, która od sześciu miesięcy próbowała umówić go z dentystką.
Dentystka nazywała się Agnieszka, prowadziła gabinet na Czechowie i podobno bardzo lubiła podróżować. Wiedział o niej zaskakująco dużo jak na kobietę, której nigdy nie spotkał. Matka przekazywała mu te informacje mimochodem, pomiędzy wiadomościami o rodzinie a pytaniem, czy ma co jeść, jakby liczyła, że któregoś dnia sam poprosi o numer telefonu.
Tego ranka zadzwoniła, kiedy stał przed otwartą lodówką. Przytrzymał drzwi łokciem i odebrał.
— Nie zapomniałeś o niedzieli?
— Obiad o drugiej. Mam przynieść ciasto.
— O drugiej, ale przyjedź trochę wcześniej.
Sięgnął po jogurt stojący za słoikiem musztardy. Do niedzieli zostały trzy dni; gdyby chodziło tylko o obiad, przypomniałaby mu o nim jeszcze w sobotę. Telefon przed siódmą sugerował dodatkowe ustalenia, do których najwyraźniej nie chciała przejść od razu.
— Wujek Roman też będzie?
— Będzie. Dlaczego pytasz?
— Zastanawiam się, czy jedno ciasto wystarczy, żeby uznał, że potrafię zadbać o rodzinę.
— Roman wcale tak nie mówi.
— Mówi. Tylko ty wychodzisz wtedy po ziemniaki.
Usłyszał jej westchnienie i uśmiechnął się do otwartej lodówki. Mógł jej oszczędzić tych uwag; zapraszała Romana, bo był jej bratem, i od lat bez powodzenia próbowała sprawić, żeby obaj wytrzymali przy jednym stole bez uszczypliwości. Mikołaj zwykle obiecywał sobie, że tym razem pomoże. Przed obiadem przychodziło mu to znacznie łatwiej.
— I nie przychodź w tej swojej starej kurtce.
— Której?
— Tej brązowej.
— Mam trzy brązowe.
— Wszystkie wyglądają tak samo.
Obrócił kubeczek jogurtu, szukając daty ważności. Matka nigdy nie miała zastrzeżeń do jego ubioru, kiedy potrzebowała pomocy przy wynoszeniu rzeczy z piwnicy. Niedzielny obiad najwyraźniej wymagał od niego czegoś więcej niż obecności i ciasta.
— Czy Agnieszka też będzie?
— Będzie.
Odpowiedziała bez wahania. To on przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć; spodziewał się przynajmniej zapewnienia, że zaproszenie nie ma z nim nic wspólnego.
— Mamo, rozmawialiśmy o tym.
Część 22 / 6
— Rozmawialiśmy o tym, że nie chcesz, żebym umawiała cię na randki. Zaprosiłam ją na obiad. Ciebie zapraszam co niedzielę.
Przetarł kciukiem nadruk na wieczku, choć data była zupełnie czytelna. Mógł oczywiście odmówić. Wtedy jednak musiałby przyznać, że perspektywa zjedzenia rosołu w towarzystwie dentystki wystarcza, żeby nie odwiedził własnej matki.
— Ciasto wystarczy czy mam przynieść dokumentację stomatologiczną?
— Wystarczy, że będziesz uprzejmy.
— To ciasto też wezmę. Na wszelki wypadek.
Odłożył jogurt do lodówki. Zanim się rozłączyli, obiecał jeszcze, że przyjedzie kwadrans wcześniej. O Agnieszce matka już nie wspomniała.
Odłożył telefon na kuchenny blat, obok otwartej paczki kawy. Zanim nastawił wodę, zwinął jej brzeg i poszukał klipsa, który zwykle leżał przy ekspresie. Znalazł go na stoliku, pod jedną z dwóch książek. Drugą zostawił otwartą poprzedniego wieczoru; teraz wsunął między strony paragon, żeby móc ją zamknąć i postawić filiżankę.
Koszula przewieszona przez oparcie krzesła nadawała się jeszcze do założenia, o ile nie przyglądać się zbyt uważnie rękawom. Zdjął ją i powiesił w łazience. Resztą mógł zająć się po pracy.
Na parapecie stał storczyk, który siostra zostawiła u niego podczas przeprowadzki do Gdańska. Miał się nim opiekować przez kilka tygodni. Minęły dwa lata, a doniczka wciąż zajmowała to samo miejsce, choć Mikołaj kilkakrotnie jeździł do siostry i za każdym razem mógł ją zabrać.
Od dawna nie kwitł. Wolski sprawdził podłoże palcem, po czym odstawił doniczkę na podstawkę. Jeszcze wilgotne. Na początku podlewał roślinę z taką gorliwością, że siostra musiała interweniować; teraz przynajmniej wiedział, kiedy zostawić ją w spokoju. Mógłby wysłać jej zdjęcie i zapytać o kwiaty, ale ostatnio każda ich rozmowa zaczynała się od ustalania terminu jego przyjazdu. Odłożył to na później.
Kawę wypił na stojąco, jedząc nad zlewem kromkę chleba. Kiedy sięgnął po telefon, zobaczył wiadomość głosową od Pawła. Włączył ją i strzepnął okruszki z dłoni.
— Stary, nie wiem, co zrobiłeś wczoraj Monice, ale jest na ciebie wściekła. Oddzwoń, zanim mnie zamęczy pytaniami.
Przez chwilę patrzył na zakończone nagranie. Monika miała jego numer. Mogła zadzwonić sama, choć po wczorajszym wieczorze trudno było oczekiwać, że będzie miała na to ochotę.
Rozstali się osiem miesięcy wcześniej, po prawie trzech latach związku. Wspólnych znajomych nie dało się podzielić równie łatwo jak rzeczy z łazienki, więc od czasu do czasu spotykali się przy jednym stole i rozmawiali z uprzejmością, której pod koniec zabrakło im w domu. Zwykle wystarczało trzymać się bezpiecznych tematów. Wczoraj, na urodzinach znajomego, przez większą część wieczoru nawet im to wychodziło.
Dopiero kiedy zostali na chwilę sami, Monika zapytała, czy nadal uważa, że wszystko da się obrócić w żart.
Odpowiedział, że nie wszystko, ale warto próbować.
Pamiętał, jak odstawiła szklankę. Ostrożnie, na podkładkę, chociaż wcześniej nikt przy tym stole nie przejmował się mokrymi śladami na blacie. Nie odpowiedziała. Wkrótce potem zaczęła się żegnać, a on pozwolił sobie uwierzyć, że po prostu musiała rano wstać.
Wybrał numer Pawła i włączył głośnik. Czekając na połączenie, opłukał filiżankę.
— Co jej powiedziałeś? — zapytał Paweł zamiast powitania.
— Widzę, że etap ustalania mojej winy mamy za sobą.
— Mikołaj, ja jeszcze nie piłem kawy.
— To zadzwoń po kawie. Może będę miał lepszego obrońcę.
Część 33 / 6
— Nie jestem twoim obrońcą. Od wczoraj słucham, że powinienem z tobą porozmawiać, więc rozmawiam. Co się stało?
Mikołaj zakręcił wodę. Miał ochotę przypomnieć mu, że obaj byli na tych samych urodzinach, ale Paweł pytał o tę część wieczoru, której nie widział. Wiedział o tym równie dobrze jak on.
— Zapytała, czy wszystko muszę obracać w żart.
— I?
— Odpowiedziałem żartem.
Po drugiej stronie rozległ się krótki wydech.
— No dobrze — powiedział Paweł. — To przynajmniej nie muszę ci tłumaczyć.
Oparł biodro o blat. Wolałby usłyszeć zarzut, najlepiej przesadzony; z takim można było polemizować. Paweł jednak nie zamierzał mu pomagać.
— Nie chciałem jej urazić.
— Wiem. Jej to powiedz.
— Prosiła, żebym zadzwonił?
— Nie.
— Więc czego ode mnie oczekujesz?
— Żebyście mnie w to nie wciągali. Lubię was oboje, ale nie będę sprawdzał, co miałeś na myśli, i przekazywał jej odpowiedzi.
Mikołaj przesunął filiżankę na suszarce, robiąc miejsce na talerz, którego nie używał. Dopiero po chwili cofnął rękę.
— Dobrze. Masz rację.
Paweł milczał przez moment.
— Możesz powtórzyć? Chciałbym to nagrać.
Uśmiechnął się mimo woli.
— Nie nadużywaj przewagi.
Przez telefon dobiegł brzęk naczyń. Mikołaj wyobraził sobie, że Paweł wreszcie robi tę kawę i zaraz zmieni temat. Zamiast tego zapytał:
— Ty się jeszcze na nią złościsz?
Część 44 / 6
Mikołaj spojrzał w stronę przedpokoju.
— Za co?
— Nie wiem. Dlatego pytam.
Mógł powiedzieć, że nie. Osiem miesięcy powinno wystarczyć, żeby udzielić tak prostej odpowiedzi bez zastrzeżeń. Nadal jednak pamiętał, z jaką pewnością Monika oznajmiła mu przy rozstaniu, że nigdy nie zamierzał układać z nią życia. Sprzeciwił się wtedy przede wszystkim temu „nigdy". Znalazł dość przykładów, żeby wykazać jej niesprawiedliwość, i ani jednego, który przekonałby ją do pozostania.
Rozmowy o mieszkaniu ciągnęły się miesiącami. Oglądał przesyłane przez nią oferty, sprawdzał okolice, wyliczał koszty remontu. Naprawdę uważał, że część cen była absurdalna, a kredyt na trzydzieści lat zasługiwał na więcej namysłu niż wybór wakacyjnego wyjazdu. Tyle że Monika w końcu przestała przysyłać ogłoszenia. Zapytała wprost, czy w ogóle chce z nią mieszkać.
Pamiętał to pytanie znacznie lepiej niż własną odpowiedź.
— Trochę — przyznał.
— To może od tego zacznij, jak będziecie rozmawiać.
— Wtedy dopiero dostaniesz telefon.
— Wyłączę swój. Polecam, świetna rzecz.
Mikołaj zerknął na godzinę. Miał jeszcze dość czasu, ale rozmowa doszła do miejsca, z którego najchętniej wyszedłby właśnie pod pretekstem spóźnienia. Sięgnął po telefon i wyłączył głośnik.
— Przepraszam, że musisz tego słuchać.
— Nie muszę. Mogłem nie odebrać.
— Następnym razem będziesz mądrzejszy.
— Na to bym nie liczył. Idź już do pracy.
Po rozmowie wrócił do łazienki po koszulę. Zapinając guziki, zastanawiał się, co właściwie miałby powiedzieć Monice. Przeprosiny za wczoraj wydawały się proste, dopóki nie próbował ułożyć ich w zdanie, po którym nie następowałoby żadne wyjaśnienie na własną korzyść.
W przedpokoju włożył brązową kurtkę i sprawdził kieszenie. Telefon trzymał jeszcze w dłoni, kiedy czekał na windę. Otworzył rozmowę z Moniką; ostatnia wiadomość dotyczyła książki, którą znalazła u siebie i chciała mu oddać. Odpisał wtedy, że nie ma pośpiechu.
Drzwi windy rozsunęły się. Wszedł, nacisnął przycisk parteru i schował telefon. Do takiej rozmowy potrzebował więcej czasu niż kilka minut przed pracą. Ta myśl przyniosła mu ulgę, której nie miał ochoty bliżej się przyglądać.
Przed ósmą był już w Komendzie Miejskiej Policji w Lublinie.
Joanna Rybak rozmawiała przez telefon, przytrzymując słuchawkę ramieniem. Kiedy stanął w drzwiach, podniosła palec, a potem wskazała krzesło po drugiej stronie biurka. Usiadł. Między klawiaturą a stosem wydruków leżała kartka zapisana drobnym pismem; Joanna dopisała numer, otoczyła go kółkiem i przesunęła pod telefon.
— Rozumiem, że tak robi zazwyczaj. Pytam, co pamięta z tego konkretnego dnia.
Mikołaj zdjął kurtkę i przewiesił ją przez oparcie. Joanna słuchała odpowiedzi, obracając długopis między palcami. Nie zanotowała ani słowa.
Część 55 / 6
— Dobrze. Gdyby udało się to potwierdzić, proszę od razu dać mi znać.
Odłożyła słuchawkę i przez chwilę patrzyła na swoje notatki.
— Komendant cię szukał.
— Wolałbym, żebyś zaczęła od czegoś przyjemnego.
— Dzień dobry. Komendant cię szukał.
Uśmiechnął się i sięgnął po leżący na brzegu biurka długopis.
— Sprawozdanie?
Skinęła głową.
— Wyślę przed południem.
Joanna spojrzała na niego znad kartki, ale nie skomentowała obietnicy. Miała czterdzieści dwa lata, dwóch synów i dość własnych obowiązków, żeby nie przypominać mu o jego. Jeśli zapisała sobie termin, zrobiła to wyłącznie po to, by móc podać go następnej osobie, która przyjdzie pytać.
— Co mamy? — zapytał, wskazując fotografie.
Przesunęła je w jego stronę.
Na pierwszej widać było wnętrze nieczynnego budynku: betonową posadzkę, metalowe schody i podest, którego dalsza część ginęła poza kadrem. Kobieta leżała u podstawy schodów. Mikołaj przyjrzał się najpierw jej ułożeniu, potem otoczeniu. Fotografia podsuwała proste wyjaśnienie, ale nie pokazywała tego, co wydarzyło się wcześniej.
— Znaleziono ją wczoraj wieczorem — powiedziała Joanna. — Budynek gospodarczy niedaleko Bystrzycy, przygotowywany do rozbiórki. Przy ciele nie było dokumentów. Na razie nie wiadomo, czy wszystkie obrażenia można wyjaśnić upadkiem.
Przesunął zdjęcie, żeby obejrzeć następne.
— Kto ją znalazł?
— Pracownik ochrony. Zauważył uchylone drzwi i wszedł sprawdzić.
— O nim rozmawiałaś?
— Tak. Twierdzi, że dzień wcześniej drzwi były zamknięte.
Mikołaj zerknął na kartkę pod telefonem.
— Sprawdzał je czy przechodził obok?
— Właśnie próbuję to ustalić. Na razie wracają do mnie informacje o tym, jak wygląda jego obchód. Chcę wiedzieć, którędy rzeczywiście szedł.
Część 66 / 6
Wrócił wzrokiem do fotografii. To rozróżnienie miało znaczenie: człowiek mógł uczciwie opisać coś, co robił setki razy, i nie zauważyć, że nie pamięta akurat wczorajszego wieczoru. Ochroniarz równie dobrze mógł jednak pamiętać doskonale. Mikołaj wolał usłyszeć jego odpowiedź, zanim przypisze mu pomyłkę.
— Porozmawiajmy z nim na miejscu.
— Chcę tam pojechać po Rogowskim — odparła Joanna. — Ze zdjęć nie widzę nawet, z jakiej odległości mógł zauważyć te drzwi.
Na kolejnym ujęciu ciemne zabrudzenia rozchodziły się po betonie nieregularnymi plamami. Niedaleko schodów leżał fragment materiału. Mikołaj przysunął fotografię, ale po chwili odłożył ją obok pozostałych. Nie potrafił ocenić, czy tkanina miała związek ze zmarłą, czy leżała tam, zanim weszła do budynku.
— Padało?
— Od popołudnia. Dach przecieka. Przy wejściu też była woda.
Przyjrzał się jeszcze raz posadzce, tym razem szukając miejsc osłoniętych od deszczu. Na tym ujęciu nie dało się rozstrzygnąć, którędy spływała woda.
— Kacper był na miejscu?
— Był. Chce nam pokazać jeden ze śladów. Zdjęcia masz w poczcie.
— Jeszcze nie otworzyłem.
— To zajrzymy do niego przed wyjazdem.
Nie musiała dodawać nic więcej. Wyciągnął telefon, odnalazł wiadomość i sprawdził godzinę wysłania. Przyszła, kiedy rozmawiał z Pawłem.
— Wiemy, kim była?
Joanna wysunęła spod dokumentów osobną kartkę.
— Prawdopodobnie Anna Gajda. Trzydzieści jeden lat. Zgłoszono jej zaginięcie, tożsamość jeszcze potwierdzamy.
Przeczytał nazwisko, po czym spojrzał na fotografię kobiety. Wcześniej oglądał przede wszystkim położenie ciała i schody. Teraz zatrzymał wzrok na twarzy, choć na tym zdjęciu niewiele mógł z niej odczytać.
— Rodzina?
— Mąż, Tomasz. Chcę z nim dzisiaj porozmawiać.
— Co już od niego mamy?
— Sprawdzę pełną treść zgłoszenia. Nie chcę ci teraz powtarzać czegoś z drugiej ręki.
Przytaknął i zanotował nazwisko. Joanna zabrała telefon oraz kartkę z numerem zapisanym podczas rozmowy. Fotografie zostawiła jeszcze na biurku, pozwalając mu dokończyć oglądanie.
Nie znalazł na nich niczego, co uzasadniałoby pewność. Kobieta mogła spaść ze schodów. Mogła znaleźć się u ich podstawy w inny sposób. Sam fakt, że