Inne · 4 min czytania
* * *
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wyszedł z łona matki zbyt wcześnie. W brzuszek miał wrośnięte plastikowe literki układające się w napis „promocja”, a na różowiutkich pośladkach kod kreskowy, niczym śmiałe zadrapania wściekłego kota. Położna chwyciła go za nóżkę tak, jak się bierze do ręki kurczaka w sklepie mięsnym i z miną obrzydzenia wrzuciła w zimno metalowego zlewu. Cały czas głośno płakał. Jego małe, nieprzystosowane do „NOWEGO” płucka wysilały się niemiłosiernie przy każdym doświadczeniu świata spoza ciepłej, miękkiej macicy. Rozpacz w nim wzmogła się, gdy na jego malutkie ciałko leżące teraz w przerażająco lodowatym naczyniu chlusnął strumień gorącej wody. Wrzątek lał się na rączki, twarz, na wszystko, w co była wyposażona jego cielesność. Położna z niewzruszonym wyrazem oblicza ruszała kranem z lewa na prawo i z prawa na lewo... kierowała stalową rurką niczym fachowiec obsługujący dźwig... Nie wiedział co się dzieje, był za mało świadomy, by wiedzieć, że odczuwa ból, że jego nieskazitelna dotąd skóra pokrywa się czerwonymi plamami poparzeń. Pośród szumu lejącego się parującego jadu żmii słyszał niezrozumiałe słowa: „musi być rumiany...”. Po paru sekundach jakieś silne, męskie ręce wyjęły go ze zlewu i rzuciły na taśmę. Zdezorientowany, zapłakanym, pytającym wzrokiem rozglądał się na boki i instynktownie wyciągał przed siebie malutkie zbezczeszczone przez ukrop rączki. Doczekał się odzewu, lecz raczej nie na taki liczył ... Zamiast zostać obdarowanym ciepłem przytulenia, kolejne łapska, bez krzty delikatności chwyciły go pod paszki, ułożyły na styropianowej, białej tacce. Nie minęła minuta, gdy już nowe ręce…