Filozofia · 3 min czytania
Bezimienny - Prolog
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Drzew powalonych ciemny stos w środku lasu, Zniszczenie, brak zbawiennego działania czasu, Smutny wiatr wyjacy pośród padołu cieni, Był tu człowiek, wszystko pozbawione zieleni, Teraz tylko szarość, ponura jest zgnilizna, Matka Natura swej twórczości juz nie pozna.
Stopa trupio blada w bandaż zawinięta, Twarz, pełna blizn; wiatrem czasu, życiem pomięta, Szata jak ubiór diabła, cała zakrwawiona, Szabla, przez cierpienie zabitych wykrzywiona, Krew tych, co zginęli - plamy na rękojeści, Ciecz życia, nie zejdzie z zaciśniętych pięści. Mężczyzna, którego Bezimienny brzmi imię, Śmierć się go wyrzekła, życia poniesie brzemię. Po wieki ma krążyć po tej pyłu domenie, Wrót piekła nigdy nie dojrzy jego spojrzenie, Pomiędzy obłoki także się niedostanie, Na wieki wieków Amen, pośrodku zostanie.
Bezimienny wstąpił na polankę zniszczenia, To tutaj Bóg Mordu szukał swojego mienia, Jego czarne ramiona, szpony uzbrojone, Zabrały dusze, rozkrzyczane, przerażone, Świat o nich w swoim pędzie prędko zapomnie, Tylko wiatr ich dusze swym szeptem uczci skromnie. Ten, którego imienia śmierć się dawno sama zrzekła, Kroczył ścieżka, gdzie z głazu na głaz krew ciekła, Stanął wśród zgliszczy, rozejrzał się dookoła, Rozerwanych ciał już nikt rozpoznać nie zdoła, Bezimienny kroplę mocy posiadł w sobie, Wyczuł ponurą siłe na tym ludzki grobie Kolor ósmy dany magii dostrzec sam umiał, Kolor czarów, Okaryna, parował z ciał, Czarnoksiężnik w grzechu drzwi Śmierci otworzył, Zginie, plon pieknej pani…