Filozofia · 10 min czytania
Bladość cienia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
"Byłam jej niedoskonałą kopią, odbiciem ledwie podobnym, choć przecież byłam nią samą."
Julia wyszła z domu. Ostatnim dźwiękiem, który usłyszałam, było głośne zatrzaśniecie drzwi. Przez następnych kilka godzin, gdy jeszcze byłam w stanie rejestrować upływ czasu, całe wnętrze opanowała trudna do zniesienia cisza. Niełatwo było sobie z tym faktem poradzić. Nie wiedziałam, gdzie poszła. Nie tłumaczyła się, jak zwykle. Kazała czekać na swój powrót, jak na ratunek przed nicością, przed śmiercią, przed tym rodzajem dezaktualizacji, który wiązał się z samotnym przeżywaniem każdej chwili. Usiadłam w kącie i podkuliłam nogi. Coś przecież czaiło się w tej przestrzeni pełnej załamań światła, kantów, nieregularnych brył i zapachu stęchlizny. Bałam się poruszyć, by nie sprowokować ataku. Julia jeszcze do niedawna próbowała być tarczą ochronną – ciągle zwarta, konkretna, cielesna – nie imały jej się te wszystkie mary, widziadła, upiory, które mieszkały w naszym domu. Ale od jakiegoś czasu zaczęła się wycofywać, krygować, uciekać na sobie tylko znane terytoria. Nie wyjaśniła, co ją tak przestraszyło. Nie mogłam jej za to obwiniać, pragnęła żyć swoim życiem, prostym i zwyczajnym, tak różnym i odklejonym od mojego. Kiedy mnie zostawiła, starałam się nie oddychać zbyt głęboko, by nie zburzyć porządku rzeczy. Mój wzrok badał każdy kąt, każdy zakamarek pokoju, by tym samym go oswoić, uczynić znajomym, niegroźnym, pozbawionym ukrytych właściwości. Po godzinie albo dwóch, rozbolały mnie pośladki. Cienka wykładzina nie stanowiła wygodnego siedziska. Na domiar złego zwyczajnie zachciało mi się palić. Ostrożnie wstałam i poczłapałam do kuchni po fajkę. Nic się nie stało, choć kątem oka zarejestrowałam jakiś ruch tuż za moimi plecami. To nic niezwykłego, tłumaczyłam sobie, za naszymi plecami zawsze dzieje się najwięcej. Wciągnęłam haust dymu łapczywie. Parę minut miałam spokój. Nikt i nic nie ma do mnie dostępu, gdy palę. Nie wiem nawet, jak wpracowałam sobie ten system obronny, ale tak właśnie było. Zapobiegawczo poszperałam po szafkach i lodówce, chwyciłam dwie kromki chleba, kilka plasterków szynki, paczkę papierosów, ostry nóż, i wróciłam na swoje miejsce. Mocno przywarłam do ściany, próbując wtopić się w tło i nie zwracać na siebie uwagi. Zasłoniłam uszy wypróbowanym po wielokroć gestem. Chrobot małych ząbków znów stawał się nieznośny. Z boku pewnie wyglądało to dziwacznie, gdy tak siedziałam z kamiennym wyrazem twarzy. Zastygłam, znieruchomiałam, odchyliłam się od rzeczywistości. Zaczęłam wspominać lata, gdy przetrwanie wydawało się tak łatwe i znośne, ba, niekiedy wręcz przyjemne. Gdzie mi się to zapodziało? I dokąd poszła Julia? Czemu nie ma jej tu ze mną? Nigdy jej tego nie mówiłam, ale podziwiałam ją za kilka cech, nienawidziłam za inne, lecz przede wszystkim odczuwałam w stosunku do niej pewien rodzaj dystansu, niezrozumienia, odmienności. Bałam się, gdy podchodziła zbyt blisko i wymuszała sztuczny uśmiech czy jakiś wariant zachowania odpowiedniego, jej zdaniem, do zaistniałych okoliczności. Wydawało mi się wtedy, że mnie zawłaszcza, skłania ku sobie, zabiera mi nawet ten niewielki skrawek ziemi, który odruchowo nauczyłam się nazywać swoim. Słuchałam jej słów, zawsze odnosząc się do nich krytycznie. Na słowa byłam szczególnie wyczulona. Potrafiła mówić pięknie. Gdy padały z jej ust największe mądrości, zazwyczaj długo przeciągała wyrazy, próbowała wtedy dźwięków, smakowała je, zastanawiała się, potykała o frazy, aprobowała wyklutą myśl lub nie, zawsze jednak pragnęła jak najlepiej, najściślej zrozumieć dane zagadnienie sama, a później przedstawić je innym. Nieładnie wykrzywiała za to twarz, gdy czuła się zmuszona do grzecznych, jałowych dyskusji. Męczyły ją. Wiedziała, że jest nieszczera i że nie potrafi tego ukryć. Zdawała sobie sprawę również z tego, że tak dużo jest wokół lepiej lub gorzej maskowanej obłudy, że nią jedną nikt się nie przejmie. Co najwyżej potraktuje ją jako niegroźną dziwaczkę, bądź zarozumiałą zołzę. To nie było takie ważne. Ja natomiast ciągle nie miałam swojego zdania. Byłam niezdecydowana i pełna obaw. Każda stałość, oczywistość, ostateczność posiadała według mnie kolejne warstwy, niczym ciasto francuskie. To stało się moim znakiem rozpoznawczym. Grzęzłam w wątpliwościach i paradoksach. Pamiętam, że kiedyś, w dzieciństwie, Julia była mi bliska. Bawiłyśmy się razem, razem śmiałyśmy się z rzeczy, które dotyczyły tylko nas dwóch. Beztroskie poszerzanie granic świata wypełniało nam dni. Na wspólnych fotografiach z tamtych lat widnieją nasze uśmiechnięte buzie. Obejmujemy się na nich tak mocno, jakbyśmy chciały się zjednoczyć, spoić ze sobą. Przeglądam je beznamiętnie, pocieram wierzchem dłoni, próbuję przywołać tamte wrażenia. Ale wiem, że to minęło bezpowrotnie, może nawet zdarzyło się komuś innemu? Chyba w okresie dorastania zaczęło robić się trudno. Czego innego chciała ona, czego innego ja. Nie potrafiłyśmy się już porozumieć. Ona pragnęła chwytać życie garściami, ja…