Pisarstwo · 4 min czytania
Bogactwo,Bieda...BB
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Na barkach żebraczych braków spoczywa klęska, i stopa konsumpcyjnego śmiecia. Na wychudzonych, niedożywionych jakby odpompowanych mięśniach osadzonych na suchych kościach, powiewa niezgrabna dziurawa i splamiona szmatka, własnej porażki, niepowodzeń, potknięć. A z drugiej Mańki na przeciwległym biegunie, stoją rzeczywiste Kleksy w statucie, przygarbione pozycje w człowieczej, społecznej hierarchii, rakowate, karkołomne, odświętnie wykręcone, nieforemne podupadłe formalności ciążące na czołową, postawną, podstawową konstrukcje. Składającą się na naszą życiową kompozycje. Cyniczni karierowicze, rządni sukcesu poławiacze, podrzucający kłody pod nogi, podstawiający nogi, tajemni nożownicy pleców. Mdłe i złe wady postawy, garby i raczkujące dzieci z pieluchami i z kapeluszami nadstawiający twarz na oplucie dziadkowie ulicy. Wnuki systemu podupadłego na zniweczonej, odsianej niczyjej woli. Szedłem przez zasianą starymi ponurymi zwyrodnieniami ulicą, wglądając się w szarą, złowrogą przestrzeń, i wywąchując w kasandryczne wyziewy aury zepsucia. W tle złe podszepty ulicy, ciągnące się jak efekt jojo, i guma zawodzenie, krzyk w ciemnym zaułku, w biały dzień. Chwilowe nienaturalne prześwity normy zdawały się wyróżniać, odświętne były, złote igły stogów siana suchego, i wymiętego, przerzuconego zielonkawego gnoju zalegającego stertami w mieście. Przebłyski prawdziwego życia. Centralny Dworzec, Central Park, z anemicznymi kolumnami, niestarannie przystrzyżonym brudnym, splamionym chodnikiem, szklistą szklaną załzawioną tekturą, witrażem. Krąg postrzępionych, żebraczych rąk osaczył mnie. Mol i wąż w kieszeni. Blichtr i aluminiowe lub foliowane kanapki z sałatą w grubym portfelu. Czerstwy chleb beczką soli, pieprznego życia w zajady na wysuszonych ustach, popękanych od spiekoty, truchtu w pędzie, złotego gówna i czarnego słońca, przyświecającego smugami rikoszetujących niepostrzeżenie snopowiązałek. Przypiekany bez pouczeń, bez