Inne · 8 min czytania
Bolo i jego historia...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Chciałoby się rzec "gówniany świat,gówniane życie"...ale co innego może cisnąć się na usta człowiekowi z 50-stką na karku i żadnymi perspektywami na życie.Bolo...facet normalnej budowy ciała,szatyn z brązowymi oczami...nawet nie pamięta jak ma na imię,bo wszyscy wołaja do niego BOLO...ale czy to ważne jak ma na imię i jaka przeszłość ciągnie się za nim...no,właśnie nie.Dla niego ważne jest to,że kolejny dzień przeżył w tej egzystencjalnej krainie kłamstwa,narkotyków i dziwkarstwa.Wypił swoją działkę wódy,zasnął gdzieś pod sklepem by się obudzić dnia następnego z dumą w sercu,że się nie zachlał na śmierć.Chociaż czasami myślał by przekroczyć ten magiczny punkt promili we krwi,ten zwany u narkomanów "złotym strzałem"...ale przecież był katolikiem...samobójstwo to dla niego grzech.Więc tak chlał ile się dało ale z pewnym umiarem.A,tak kiedy jego świadomość bujała się na granicy trzeźwości a odurzenia alkoholowego,odczuwał jakąś dziwną moc czy obecność kogoś,kto dawał mu do zrozumienia że jeszcze kiedyś nastąpi przełom...ale czego...kiedy i jak...tego Bolo już nie wiedział....
Każdego dnia chodził i zaczepiał ludzi na ulicy by dali parę groszy na jedzenie...oczywiście zbiórka miała inny cel przeznaczeni,ale kto da kasę na wódę..no,kto?Słyszał nie raz pieprzenie starych dewotek,że Bóg go kocha i że zbawienia czego krok od niego...robił wtedy znak krzyża i wznosił ręce ku niebiosom,a one sypały nawet po 10zł,myśląc że właśnie nawróciły kolejnego łachudrę z ulicy...albo kolesie w garniakach,obwieszeni złotem jak cyganki na jarmarkach,wiecznie z komórką przy uchu jakby nic poza załatwianiem biznesów w życiu nie robili,ale sypnęli w pośpiechu trochę złotówek;a jeden to raz w tym paplaniu przez Nokie nowej generacji nie zauważył że wrzucił do kubeczka 50 zł...!?!?...ale Bolo wtedy chlał i nawet postawił kolesiom spod sklepu flaszkę winiacza.Najgorsi są księżą...do nich nawet nie podchodzi...i jak się natknie na jakiegoś społeczniaka to też wysłuchuje jaki to jest leniwy i że ma zdrowe ręce do roboty....jedni,bardziej nerwowi to wyzywają od nierobów i meliniarzy...no,i nawet jeden się trafił co lać go chciał...chyba miał zły dzień,stara pewnie mu w domu nie dała podupczyć...ale co wieczór się coś zawsze uzbiera i na dobrą flaszkę jest.
Mimo tego nędznego życia Bolo miał jedną regularną sprawę do odhaczenia co roku.Wtedy ten jeden,jedyny dzień był trzeźwy.Szedł z rana do łaźni,za którą płacił 5 zł,brał prysznic i się golił.Przepierał stare łachy i tak odświeżony szedł na jedną z osiedlowych ławek blokowisk w centrum miasta.Czekał tak długo,aż ujrzał młodego człowieka wychodzącego z klatki schodowej.W pierwszych latach był to 14-stoletni chłopak,ale z biegiem czasu i z roku na rok z tego chudego i piegowatego chłopca wyrósł postawny 20-letni mężczyzna twardo stąpający po ziemi.Był on jedyną dumą pijaczyny spod sklepu...był jego synem.Co roku w dzień jego narodzin Bolo czekał by złożyć mu życzenia.Z początku syn był oburzony takimi wizytom ojca,którego całe życie nie było,ale z biegiem lat po prostu się przyzwyczaił,traktując te odwiedziny jako jakąś pokutę ojca.Ich rozmowa ograniczała się do słów-Kocham cię synku,i życzę ci by życie nie dało ci takiego kopa w krocze jak mi,ale nie zrozumiesz tego i nie chcę byś rozumiał...masz być szczęśliwy i ja piję za to każdego dnia-a,na odchodne Bolo mamrotał pod nosem-Jesteś moim synem,dla ciebie bije moje serce...-i patrzył jak jego jedynak oddala się w kierunku szarej rzeczywistości posranego świata....
I znowu nadszedł ten jedyny dzień w roku...poranna toaleta i dzień trzeźwości...dla syna...dla Janka...poszedł i usiadł na tej samej obdartej ławce,wśród tych samych szarych bloków pamietających czasy PRL-u....i czekał.Czekał już dwie godziny...i nic.Czekał kolejne dwie i kolejne trzy i