Inne · 7 min czytania
Bose stopy
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Bose stopy to ja lubię najbardziej - powiedział Karol i zjechał trochę niżej. - Śliczne masz stopy, naprawdę. I właśnie za to Cię kocham. Za te idealnie utrzymane paznokcie, za kolor lakieru, za opaleniznę na nich. Wiesz, że to kocham - westchnął i zjechał jeszcze niżej. - Pocisz się, skarbie. Twój pot nie jest najlepszym pomysłem. Zresztą wiesz to, bo mnie kochasz - zaśmiał się. - Ale, proszę, przestań się pocić, bo mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, czym to grozi - znowu śmiech. - Po prostu przestań się pocić. Proszę. Bardzo cię proszę, skarbie.
A zaczęło się niewinnie. Spotkali się przed kościołem. Po sumie. Ona wyszła i zapaliła papierosa. Karola to ujęło. Pomyślał, że skoro po mszy zapaliła papierosa, to musi to być jakiś znak. Karol był typem samotnika. Rzadko nawiązujący kontakty, sporadycznie widywany w sklepie, bez szemrania wykonujący swoją pracę w warsztacie samochodowym. Właściwie prawie nikt nie pamiętał jego imienia i zupełnie nikt nie przypomniałby sobie Karola, gdyby trzeba było odpowiedzieć na pytanie, kto mieszka w tym domu na rogu. To właśnie karolowy portret. A teraz z powrotem przed kościół. Ujęty Karol podchodzi do Mirki, bo tak nazywa się dziewczyna z papierosem, i mówi: - Bose stopy to ja lubię najbardziej. Dziewczyna spogląda na Karola beznamiętnie. Wzrok jej wbija się nieruchomo w karolowy nos, na którym świeżo wyciśnięty pryszcz świecąc niczym latarnia morska dodatkowo ubarwia nam Karola postać. - Ja też - odpowiada odważnie. - Zdejmij je - mówi. Tak, mówi tu o butach, czego Karol od razu nie łapie. Ona patrzy w górę, w słońce, zaciąga się papierosem i jeszcze raz, tym razem ostrzej: - No zdejmij, łajzo! Karol rzuca się na kolana. Zrozumiał, że chodzi o buty. Zrozumiał też, że pozwoliła mu je zdjąć. Jest wniebowzięty. I podniecony. Trochę sapie, ale tylko on wie, że to bardziej astma niż nagły skok adrenaliny. - Teraz skarpetki - rozkazuje z uśmiechem na ustach Mirka i znowu zaciąga się papierosem. Karol pieczołowicie i wręcz z namaszczeniem ściąga skarpetki i dotyka jej bosych stóp. - Pozwoliłam dotykać?! - krzyczy Mirka i rzuca niedopałek papierosa na chodnik po czym go gasi. Gasi gołą stopą. - Co ty robisz?! - krzyczy Karol. - Gaszę! - śmieje się Mirka i podnosi nogę. Pet przykleił się do skóry. - Zdejmij. Karol posłusznie zdejmuje i lekko trzęsącą się ręką podnosi w stronę Mirki. Słusznie przewiduje, że Mirka zechce zobaczyć niedopałek, ale nie przewiduje tego, że Mirka zechce niedopałek do kieszeni sobie włożyć, co też Karol, bardzo zdziwiony, ale uległy i niedyskutujący czyni. W tym momencie zapytasz pewnie, Drogi Czytelniku, po cóż Mirkę i Karola umieściłem przed kościołem i to po sumie niedzielnej. Dla prowokacji? Nie. Dla nadania opowiadaniu społecznego wydźwięku? Być może, ale nie to było założeniem. Założeniem było mirkowe wyjście z kościoła w momencie, gdy wszyscy ludzie już dawno kościół ów opuścili. Więc zgorszenia sytuacją zdejmowania butów i skarpet być nie może. Założeniem jest także to, że kościół wciąż pozostaje otwarty, co też rodzi słuszne przekonanie o potrzebie wykorzystania świątyni do dalszej części opowiadania. I założeniem ostatnim niech będzie... nie, tego nie zdradzę. Nagle Mirka odwraca się i mówiąc do Karola, by za nią szedł wchodzi pewnie do kościoła. Karol, niczym zbity pies,…