Melodramat · 6 min czytania
bumerangi, czyli nic bez przyczyny
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
nie rozmawiaj z nią, zabije cię nim twoje źrenice zdążą się rozszerzyć ze strachu, powiedział duch, uśmiechając się ironicznie. postać ducha odbijała się w starannie wyczyszczonym blacie baru. z marmuru w kolorze ciemnej zieleni. duch miał moje rysy, okropnie zniekształcone zresztą przez kąt padania światła. jako barman. szczerze zazdrościłem klienteli, którą pochłaniał ezoteryczny trans. nad ranem byłem marnym odbiciem samego siebie. duch śmiał się ze mnie, nawet gdy biedny pijaczek rozlewał czternaste piwo. potem pijaczek rzucał kasę i chwiejnym krokiem odchodził w stronę drzwi. młoda kelnerka uwijała się potem po sali, wycierając stoliki błękitną ścierką. dostała tutaj pracę niedawno. czarne włosy, farbowane oczywiście, bo nienaturalnie lśniące w świetle lampy, opadały na jej chude ramiona. i ona udawała boginkę naszego lokalu. prowincjonalną divę z piegami starannie ukrytymi pod maską makijażu. z pewnością wypracowała siebie do perfekcji i nigdy nie pokazywała swojej prawdziwej twarzy. dlatego mnie przerażała. miała zielone oczy, pałające czymś nieokreślonym. miała na imię może natalia, może anna. sam nie wiem, mawiali na nią nana. nawet nie zauważyłem, kiedy zwykła ciekawość poznania ustąpiła miejsca fascynacji, wręcz obsesji. ta gra była niebezpieczna.
Bumerangi, czyli nic bez przyczyny.
Zaczęło się banalnie. Z pewnością w ten sam sposób rozkręciła się akcja w wielu filmach, serialach i innych produkcjach nastawionych na kasowy sukces. Szedł facecik ulicą, szedł, szedł i pogwizdywał w rytm melodii z walkmana. Był to ulizany brunet o oczach, zasłoniętych czarnymi okularami. Miał białą koszulkę i czarną skórzaną kurtkę, która wydawała się niepotrzebna w upalny letni dzień. Dziewczyna, która szła naprzeciwko z kobiałką wiśni, miała na sobie skąpą sukienczynę. Miała długi, rudy warkocz, zapleciony dookoła głowy. Wysunięte pasma, lekko się kręcące, tworzyły wokół jej twarzyczki aureolę. Mogła mieć może z czternaście, piętnaście lat, nie pozowała na starszą jak niektóre jej koleżanki. Facecik utkwił w niej baczne spojrzenie. Upalne powietrze i zapach wiśni, unoszący się w powietrzu drażniły jego nozdrza. Drapał się więc po nosie, miękkim, jakby bez chrząstki. Gdy mijał dziewczynę zagwizdał przeciągle, bo była to jego najbardziej wyćwiczona umiejętność. Inne czynności wykonywał na odczep; ledwo, bo ledwo przechodził z klasy do klasy, by ostatecznie osiągnąć sukces w postaci trzydziestu jeden procent w matury. W maju skończył technikum budowlane, ale miał, jak twierdził, wyższe aspiracje niż harówka na budowie. Dlatego pętał się tam i z powrotem po okolicy. Dziewczę spojrzało na niego jak na idiotę, za którego się nie uważał. Wyglądała na bystrą, choć rozleniwioną przez letnie słońce osobę. Lipcowe popołudnie męczyło. Duszący zapach spalin, smogu i mająca nadejść burza skumulowały…