Środowisko · 4 min czytania
Chmara
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Był koniec lutego. Po krótkiej odwilży tęgi mróz na powrót powiązał śniegi, pościnał nieco odtajane wody i tak oto pierwsze oznaki przedwiośnia bez echa przepadły.
Po cichu tęskniąc do ciepłych dni, jednego popołudnia postanowiłem wybrać się na bezkrwawy podchód danieli. Dobrze wiedziałem, że dość liczna chmara trzymała się okolicznych ozimin przylegających do mieszanego drzewostanu pomiędzy Kłębowcem, Karsiborem i Omólnem, toteż rewir podchodu był oczywisty.
Tego dnia jednak, ku mojemu zdziwieniu, przyleśne pola okazały się puste - z wyjątkiem może paru kruków, które nieopodal – pewnie nad jakimś padłem – skłębiły się w miejscu. Sprawdziłem wiatr i ruszyłem miedzą z wolna wzdłuż ściany drzew. Jednakże wciąż głęboki i zbity wcześniejszą odwilżą śnieg z każdym krokiem skrzypiał tak zdradliwie, iż zaraz poczułem jak ogarnia mnie zrezygnowanie. Moje szanse na spotkanie danieli zostały poważnie zachwiane, tym bardziej, że na białej stopie żadne ich świeże przejścia nie były widoczne. Postanowiłem tedy udać się na zasiadkę, na róg starodrzewu, gdzie oparta o sosnę i zwrócona na pole stała zwyżka. Pamiętam, że nie spieszyłem się, co pewien czas przystając dla bacznej obserwacji terenu dookoła. Tak też w końcu znalazłem się u stóp prowizorki. Lecz gdy tylko zdążyłem się zatrzymać, w odległości dwudziestu, może trzydziestu kroków ode mnie w osłoniętej wcześniej ścianą lasu wąskiej drągowinie strzeliła nagle gałąź, po niej druga, trzecia i niespodziewanie młody jeleń-byk, jakby ruszony, wybiegł spomiędzy drzew. W jednej chwili zatrzymałem się. Patrzę, słucham, a tu już wyszedł drugi, za nim następny, następny i jeszcze następny. Cała chmara. Właściwie nie było końca, kiedy tak kolejne byki, przeróżnego formatu wybiegały bez większego pośpiechu na pole, jakby nie zupełnie pewne obecności człowieka. Ja tymczasem wtopiony