Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

przygoda · 14 min czytania

Cierpienia początkujacej pisarki – cz. VII

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Agadir, mój stary, dobry nieznajomy, powitał mnie zwykłym dniem.

Tuż za progiem terminalu okropny ruch, zgiełk i chaos skutecznie mnie oszołomiły. Szłam spękaną drogą, lśniącą w jaskrawym słońcu, pot wsiąkał w krótką koszulkę. Droga ciągnęła się w nieskończoność. Nieznośny upał, ciężki bagaż i te liczne rowery. Usychałam z pragnienia i paraliżował mnie niezrozumiały bezdech. Nic to! Prawdziwa podróż polega na konfrontacji wyobrażeń z rzeczywistością. Każdy krok wzbogacał moją wiedzę o Maroku, wywołując wibracje wśród niepokornych neuronów. Raptem mój wymarzony urlop wydał się nieprzewidywalną przygodą.

Odsunęłam okulary na czoło i przysiadłam na kamiennym murku, wśród wrzecionowatych liści eukaliptusa.

- Cień, nareszcie! - Wymamrotałam, prostując kończyny.

- Jak się masz?

Tuż przed sobą usłyszałam matowy głos. Ciemnoskóra zjawa w krótkich spodniach wyłowiła mnie z tłumu. Chłopak o czole szerokim niczym prywatny billboard reklamowy, z troską zaglądał mi w oczy. Zmieszana wykrzesałam z siebie resztkę energii.

- Doskonale

Użyłam tego słowa, by powstrzymać jego ciekawość. Szybko dałam mu do zrozumienia, że chcę jak najszybciej znaleźć się w hotelu. Chociaż zaburzenie równowagi wskazywało na złe samopoczucie, byłam spokojna i bardziej odprężona niż w Gdańsku, po którym biegałam jeszcze rano. Moje osłabienie było chwilowe, brało się z niewyraźnej wizji, przeczucia, że oto jestem w krainie o fundamentalnym znaczeniu dla mego przyszłego życia, że stąpam po ziemi, która na mnie czekała… Albo, na którą ja czekałam…

Niebo runęło mi na głowę, gdy wsiadałam do rozklekotanego mercedesa, który w niczym nie przypominał polskiej taksówki. Kierowca przedstawił mi ów pojazd z taką dumą, jakby chodziło o najbliższego krewnego.

- Auto nie ma pasów! - zauważyłam przytomnie.

Udał, że nie słyszy. Za późno! Ruszyliśmy. Nierówna droga i wyboje wkrótce sprawiły, że wróciła znana mi z dzieciństwa choroba lokomocyjna. Żołądek podszedł do gardła. Ogłuszający hałas i wstrząsy sprawiły, że wyobrażałam sobie, że pędzimy sto kilometrów na godzinę, podczas gdy nie przekraczaliśmy czterdziestu… Świat wypadł z kolein! W każdej sekundzie pragnęłam wysiąść, spanikowana trzymałam się uchwytów przy drzwiach by nie wypaść. A za oknem widniało niewiarygodne piękno największego kurortu Maroka. Elementem krajobrazu, który rzucił mi się od razu w oczy były srebrzące się na tle bezkresnego błękitu minarety. Cudowne!

- Filary nieba - przyszło mi do głowy.

Agadir znaczy po arabsku „ufortyfikowany spichlerz”. Nawet w pyle wydawał mi się niezwykły. Z oddali błyskały równiutkie, białe balkony hoteli, palmowe gaje i grube pałki wielkich kaktusów. Cudowny Jardin de Olhao? Nie do wiary. Można się rozmarzyć! Bajka! Zamknęłam na moment oczy, przestałam cierpieć z powodu upału. Po kilku kilometrach nasza jazda wydawała mi się długim pasmem sukcesów.

Kierowca rozbawiał mnie swoją wesołością. Dodała mi otuchy. Za kolejnym, ostrym zakrętem wjechaliśmy w długą, wąską uliczkę, bez skrawka chodnika.

Nasza obdrapana rakieta w kolorze khaki zaparkowała na odległej prowincji, w pobliżu szpaleru rachitycznych drzew.

Podniosłam głowę. Oto Hotel Auberge du Littoral w pełnej krasie. W przewodnikach opisywany jest, jako kameralny, dwugwiazdkowy obiekt. Położony na skraju miasta, ale zaledwie dziesięć minut od osady rybackiej i tyle samo od plaży. Kolor terakoty na skromnie dekorowanej elewacji, opartej o mały prostokąt ubitej ziemi wciśnięty między obłędnie kwitnące krzaki i smukłe palmy daktylowe. Gdzieś w oddali szumiał ocean.

- Nic nie jest podobne, ale teoretycznie wszystko, co najistotniejsze się zgadza – pomyślałam, próbując się uśmiechnąć.

Wyjazd nie ma innego celu, niż oddanie się nieznanemu. Polega na utracie punktów odniesienia, pewności siebie i złudzenia wiedzy. Dotarłam z moim bagażem do miejsca ustalonego spotkania z moją grupą i to napawało optymizmem. Razem mieliśmy wyruszyć dalej, na Saharę. Do Maroka przybyłam zgodnie z planem, dwa dni przed wyznaczonym terminem. Czasem trzeba przemierzyć tysiące kilometrów, porzucić cywilizację, rodzinne miasto i bliskich, aby spojrzeć z odwagą w ogromne słońce o barwie słabej herbaty. Tu wydawało mi się inne, większe, obiecujące. Przypiekało boleśnie moje nagie ramiona.

Weszłam do chłodnego wnętrza hotelu, ciągnąc za sobą nogi jak długi ogon. Bagażem zahaczyłam o próg i tak mocno stłukłam sobie obojczyk, że zobaczyłam gwiazdy na suficie hotelowej recepcji. Dzwonek zaświergotał powoli i długo.

- Madame, czy wszystko w porządku?

Strojna , tryskająca energią postać recepcjonisty przywitała mnie słodkim głosikiem. Podskoczył i bez wstępu położył wilgotną rękę na moim odkrytym, rozgrzanym ramieniu, przy uchu poczułam gorący oddech. Czy to była aluzja erotyczna? Trudno było wyczuć, co chodzi po głowie temu chłopcu.

- Proszę cię! – Wybuchłam.

Zarabizowany Berber nadal przyglądał mi się bacznie, uginając dziwnie kolana. W tym był niestrudzony. Jego przenikliwy wzrok cierpliwie ślizgał się po moich dżinsach, w górę i w dół. Ohydne usta jak dziób wrony składał w śmieszny ciup.

- Nie, mój drogi nie mam mokrej plamy na spodniach – warknęłam.

Tak naprawdę, nie miałam mu tego za złe. To praca przecież nie miła i rozpaczliwie doczesna bez widoków na pamięć pokoleń. Po dłużej chwili, z największą skrupulatnością dopełnialiśmy formalności. Każdy dokument to czyjeś inne życie i trochę inna sprawa. Chyba nie było to spowodowane żadnym interesem państwowym, ale podyktowane wyższą koniecznością. W malutkim hallu pachniało miętą i nie było windy. Zaczerpnęłam powietrza, by nie upaść. Gdy podparłam się o metalowy stolik w ogromnym lustrze dojrzałam dwie pobladłe twarze.

- Nie jedną i nie tyko moją!

Tuż obok mojego odbicia, widniała Monika, sąsiadka z vis a vis, ta z Polski. Dostarczyła mi przeżyć, których nie sposób zapomnieć. Wyglądała jak rozkwitająca, tutejsza roślinka. Już otwierałam usta by wydać okrzyk zdumienia, gdy zniknęła za frontowymi drzwiami.

- Może mi się przewidziało…?

Zorientowałam się, że przez resztę pobytu w Maroku, będę musiała uspokajać starą bestię, dawne gwałtowne uczucia wyłoniły się z głębi.

- Niedobrze.

Granica między zdrowiem a psychiczną chorobą jest niewyraźna. Nie wiadomo, czy istnieją stany pośrednie. Świdrujące oczka recepcjonisty nie opuszczały mojej skromnej osoby nawet na minutę. Musiałam coś zrobić, jakoś spożytkować nagły przypływ złej energii.

– Popamiętasz mnie! W końcu ci przywalę - wyszeptałam przez zaciśnięte zęby.

I stał się cud. Chłopak chwycił mój opasły bagaż i szczerząc się w zagadkowym uśmiechu, zniknął w czeluści korytarza, niczym w tunelu. Na szczęście, numer mojego pokoju widniał na…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%