przygoda · 14 min czytania
Cierpienia początkujacej pisarki – cz. VII
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 5
Agadir, mój stary, dobry nieznajomy, powitał mnie zwykłym dniem.
Tuż za progiem terminalu okropny ruch, zgiełk i chaos skutecznie mnie oszołomiły. Szłam spękaną drogą, lśniącą w jaskrawym słońcu, pot wsiąkał w krótką koszulkę. Droga ciągnęła się w nieskończoność. Nieznośny upał, ciężki bagaż i te liczne rowery. Usychałam z pragnienia i paraliżował mnie niezrozumiały bezdech. Nic to! Prawdziwa podróż polega na konfrontacji wyobrażeń z rzeczywistością. Każdy krok wzbogacał moją wiedzę o Maroku, wywołując wibracje wśród niepokornych neuronów. Raptem mój wymarzony urlop wydał się nieprzewidywalną przygodą.
Odsunęłam okulary na czoło i przysiadłam na kamiennym murku, wśród wrzecionowatych liści eukaliptusa.
- Cień, nareszcie! - Wymamrotałam, prostując kończyny.
- Jak się masz?
Tuż przed sobą usłyszałam matowy głos. Ciemnoskóra zjawa w krótkich spodniach wyłowiła mnie z tłumu. Chłopak o czole szerokim niczym prywatny billboard reklamowy, z troską zaglądał mi w oczy. Zmieszana wykrzesałam z siebie resztkę energii.
- Doskonale
Część 22 / 5
Użyłam tego słowa, by powstrzymać jego ciekawość. Szybko dałam mu do zrozumienia, że chcę jak najszybciej znaleźć się w hotelu. Chociaż zaburzenie równowagi wskazywało na złe samopoczucie, byłam spokojna i bardziej odprężona niż w Gdańsku, po którym biegałam jeszcze rano. Moje osłabienie było chwilowe, brało się z niewyraźnej wizji, przeczucia, że oto jestem w krainie o fundamentalnym znaczeniu dla mego przyszłego życia, że stąpam po ziemi, która na mnie czekała… Albo, na którą ja czekałam…
Niebo runęło mi na głowę, gdy wsiadałam do rozklekotanego mercedesa, który w niczym nie przypominał polskiej taksówki. Kierowca przedstawił mi ów pojazd z taką dumą, jakby chodziło o najbliższego krewnego.
- Auto nie ma pasów! - zauważyłam przytomnie.
Udał, że nie słyszy. Za późno! Ruszyliśmy. Nierówna droga i wyboje wkrótce sprawiły, że wróciła znana mi z dzieciństwa choroba lokomocyjna. Żołądek podszedł do gardła. Ogłuszający hałas i wstrząsy sprawiły, że wyobrażałam sobie, że pędzimy sto kilometrów na godzinę, podczas gdy nie przekraczaliśmy czterdziestu… Świat wypadł z kolein! W każdej sekundzie pragnęłam wysiąść, spanikowana trzymałam się uchwytów przy drzwiach by nie wypaść. A za oknem widniało niewiarygodne piękno największego kurortu Maroka. Elementem krajobrazu, który rzucił mi się od razu w oczy były srebrzące się na tle bezkresnego błękitu minarety. Cudowne!
- Filary nieba - przyszło mi do głowy.
Agadir znaczy po arabsku „ufortyfikowany spichlerz”. Nawet w pyle wydawał mi się niezwykły. Z oddali błyskały równiutkie, białe balkony hoteli, palmowe gaje i grube pałki wielkich kaktusów. Cudowny Jardin de Olhao? Nie do wiary. Można się rozmarzyć! Bajka! Zamknęłam na moment oczy, przestałam cierpieć z powodu upału. Po kilku kilometrach nasza jazda wydawała mi się długim pasmem sukcesów.
Kierowca rozbawiał mnie swoją wesołością. Dodała mi otuchy. Za kolejnym, ostrym zakrętem wjechaliśmy w długą, wąską uliczkę, bez skrawka chodnika.
Część 33 / 5
Nasza obdrapana rakieta w kolorze khaki zaparkowała na odległej prowincji, w pobliżu szpaleru rachitycznych drzew.
Podniosłam głowę. Oto Hotel Auberge du Littoral w pełnej krasie. W przewodnikach opisywany jest, jako kameralny, dwugwiazdkowy obiekt. Położony na skraju miasta, ale zaledwie dziesięć minut od osady rybackiej i tyle samo od plaży. Kolor terakoty na skromnie dekorowanej elewacji, opartej o mały prostokąt ubitej ziemi wciśnięty między obłędnie kwitnące krzaki i smukłe palmy daktylowe. Gdzieś w oddali szumiał ocean.
- Nic nie jest podobne, ale teoretycznie wszystko, co najistotniejsze się zgadza – pomyślałam, próbując się uśmiechnąć.
Wyjazd nie ma innego celu, niż oddanie się nieznanemu. Polega na utracie punktów odniesienia, pewności siebie i złudzenia wiedzy. Dotarłam z moim bagażem do miejsca ustalonego spotkania z moją grupą i to napawało optymizmem. Razem mieliśmy wyruszyć dalej, na Saharę. Do Maroka przybyłam zgodnie z planem, dwa dni przed wyznaczonym terminem. Czasem trzeba przemierzyć tysiące kilometrów, porzucić cywilizację, rodzinne miasto i bliskich, aby spojrzeć z odwagą w ogromne słońce o barwie słabej herbaty. Tu wydawało mi się inne, większe, obiecujące. Przypiekało boleśnie moje nagie ramiona.
Weszłam do chłodnego wnętrza hotelu, ciągnąc za sobą nogi jak długi ogon. Bagażem zahaczyłam o próg i tak mocno stłukłam sobie obojczyk, że zobaczyłam gwiazdy na suficie hotelowej recepcji. Dzwonek zaświergotał powoli i długo.
- Madame, czy wszystko w porządku?
Strojna , tryskająca energią postać recepcjonisty przywitała mnie słodkim głosikiem. Podskoczył i bez wstępu położył wilgotną rękę na moim odkrytym, rozgrzanym ramieniu, przy uchu poczułam gorący oddech. Czy to była aluzja erotyczna? Trudno było wyczuć, co chodzi po głowie temu chłopcu.
Część 44 / 5
- Proszę cię! – Wybuchłam.
Zarabizowany Berber nadal przyglądał mi się bacznie, uginając dziwnie kolana. W tym był niestrudzony. Jego przenikliwy wzrok cierpliwie ślizgał się po moich dżinsach, w górę i w dół. Ohydne usta jak dziób wrony składał w śmieszny ciup.
- Nie, mój drogi nie mam mokrej plamy na spodniach – warknęłam.
Tak naprawdę, nie miałam mu tego za złe. To praca przecież nie miła i rozpaczliwie doczesna bez widoków na pamięć pokoleń. Po dłużej chwili, z największą skrupulatnością dopełnialiśmy formalności. Każdy dokument to czyjeś inne życie i trochę inna sprawa. Chyba nie było to spowodowane żadnym interesem państwowym, ale podyktowane wyższą koniecznością. W malutkim hallu pachniało miętą i nie było windy. Zaczerpnęłam powietrza, by nie upaść. Gdy podparłam się o metalowy stolik w ogromnym lustrze dojrzałam dwie pobladłe twarze.
- Nie jedną i nie tyko moją!
Tuż obok mojego odbicia, widniała Monika, sąsiadka z vis a vis, ta z Polski. Dostarczyła mi przeżyć, których nie sposób zapomnieć. Wyglądała jak rozkwitająca, tutejsza roślinka. Już otwierałam usta by wydać okrzyk zdumienia, gdy zniknęła za frontowymi drzwiami.
Część 55 / 5
- Może mi się przewidziało…?
Zorientowałam się, że przez resztę pobytu w Maroku, będę musiała uspokajać starą bestię, dawne gwałtowne uczucia wyłoniły się z głębi.
- Niedobrze.
Granica między zdrowiem a psychiczną chorobą jest niewyraźna. Nie wiadomo, czy istnieją stany pośrednie. Świdrujące oczka recepcjonisty nie opuszczały mojej skromnej osoby nawet na minutę. Musiałam coś zrobić, jakoś spożytkować nagły przypływ złej energii.
– Popamiętasz mnie! W końcu ci przywalę - wyszeptałam przez zaciśnięte zęby.
I stał się cud. Chłopak chwycił mój opasły bagaż i szczerząc się w zagadkowym uśmiechu, zniknął w czeluści korytarza, niczym w tunelu. Na szczęście, numer mojego pokoju widniał na…