Cierpienia początkujacej pisarki – cz. VII
Agadir powitał mnie zwykłym, upalnym dniem. Gdzieś czeka na mnie jego prawdziwa twarz - ta myśl wędrowała ze mną w rytm moich kroków...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Agadir, mój stary, dobry nieznajomy, powitał mnie zwykłym dniem.
Tuż za progiem terminalu okropny ruch, zgiełk i chaos skutecznie mnie oszołomiły. Szłam spękaną drogą, lśniącą w jaskrawym słońcu, pot wsiąkał w krótką koszulkę. Droga ciągnęła się w nieskończoność. Nieznośny upał, ciężki bagaż i te liczne rowery. Usychałam z pragnienia i paraliżował mnie niezrozumiały bezdech. Nic to! Prawdziwa podróż polega na konfrontacji wyobrażeń z rzeczywistością. Każdy krok wzbogacał moją wiedzę o Maroku, wywołując wibracje wśród niepokornych neuronów. Raptem mój wymarzony urlop wydał się nieprzewidywalną przygodą.
Odsunęłam okulary na czoło i przysiadłam na kamiennym murku, wśród wrzecionowatych liści eukaliptusa.
- Cień, nareszcie! - Wymamrotałam, prostując kończyny.
- Jak się masz?
Tuż przed sobą usłyszałam matowy głos. Ciemnoskóra zjawa w krótkich spodniach wyłowiła mnie z tłumu. Chłopak o czole szerokim niczym prywatny billboard reklamowy, z troską zaglądał mi w oczy. Zmieszana wykrzesałam z siebie resztkę energii.
- Doskonale
Użyłam tego słowa, by powstrzymać jego ciekawość. Szybko dałam mu do zrozumienia, że chcę jak najszybciej znaleźć się w hotelu. Chociaż zaburzenie równowagi wskazywało na złe samopoczucie, byłam spokojna i bardziej odprężona niż w Gdańsku, po którym biegałam jeszcze rano. Moje osłabienie było chwilowe, brało się z niewyraźnej wizji, przeczucia, że oto jestem w krainie o fundamentalnym znaczeniu dla mego przyszłego życia, że stąpam po ziemi, która na mnie czekała… Albo, na którą ja czekałam…
Niebo runęło mi na głowę, gdy wsiadałam do rozklekotanego mercedesa, który w niczym nie przypominał polskiej taksówki. Kierowca przedstawił mi ów pojazd z taką dumą, jakby chodziło o najbliższego krewnego.
- Auto nie ma pasów! - zauważyłam przytomnie.
Udał, że nie słyszy. Za późno! Ruszyliśmy. Nierówna droga i wyboje wkrótce sprawiły, że wróciła znana mi z dzieciństwa choroba lokomocyjna. Żołądek podszedł do gardła. Ogłuszający hałas i wstrząsy sprawiły, że wyobrażałam sobie, że pędzimy sto kilometrów na godzinę, podczas gdy nie przekraczaliśmy czterdziestu… Świat wypadł z kolein! W każdej sekundzie pragnęłam wysiąść, spanikowana trzymałam się uchwytów przy drzwiach by nie wypaść. A za oknem widniało niewiarygodne piękno największego kurortu Maroka. Elementem krajobrazu, który rzucił mi się od razu w oczy były srebrzące się na tle bezkresnego błękitu minarety. Cudowne!
- Filary nieba - przyszło mi do głowy.
Agadir znaczy po arabsku „ufortyfikowany spichlerz”. Nawet w pyle wydawał mi się niezwykły. Z oddali błyskały równiutkie, białe balkony hoteli, palmowe gaje i grube pałki wielkich kaktusów. Cudowny Jardin de Olhao? Nie do wiary. Można się rozmarzyć! Bajka! Zamknęłam na moment oczy, przestałam cierpieć z powodu upału. Po kilku kilometrach nasza jazda wydawała mi się długim pasmem sukcesów.
Kierowca rozbawiał mnie swoją wesołością. Dodała mi otuchy. Za kolejnym, ostrym zakrętem wjechaliśmy w długą, wąską uliczkę, bez skrawka chodnika.
Nasza obdrapana rakieta w kolorze khaki zaparkowała na odległej prowincji, w pobliżu szpaleru rachitycznych drzew.
Podniosłam głowę. Oto Hotel Auberge du Littoral w pełnej krasie. W przewodnikach opisywany jest, jako kameralny, dwugwiazdkowy obiekt. Położony na skraju miasta, ale zaledwie dziesięć minut od osady rybackiej i tyle samo od plaży. Kolor terakoty na skromnie dekorowanej elewacji, opartej o mały prostokąt ubitej ziemi wciśnięty między obłędnie kwitnące krzaki i smukłe palmy daktylowe. Gdzieś w oddali szumiał ocean.
- Nic nie jest podobne, ale teoretycznie wszystko, co najistotniejsze się zgadza – pomyślałam, próbując się uśmiechnąć.
Wyjazd nie ma innego celu, niż oddanie się nieznanemu. Polega na utracie punktów odniesienia, pewności siebie i złudzenia wiedzy. Dotarłam z moim bagażem do miejsca ustalonego spotkania z moją grupą i to napawało optymizmem. Razem mieliśmy wyruszyć dalej, na Saharę. Do Maroka przybyłam zgodnie z planem, dwa dni przed wyznaczonym terminem. Czasem trzeba przemierzyć tysiące kilometrów, porzucić cywilizację, rodzinne miasto i bliskich, aby spojrzeć z odwagą w ogromne słońce o barwie słabej herbaty. Tu wydawało mi się inne, większe, obiecujące. Przypiekało boleśnie moje nagie ramiona.
Weszłam do chłodnego wnętrza hotelu, ciągnąc za sobą nogi jak długi ogon. Bagażem zahaczyłam o próg i tak mocno stłukłam sobie obojczyk, że zobaczyłam gwiazdy na suficie hotelowej recepcji. Dzwonek zaświergotał powoli i długo.
- Madame, czy wszystko w porządku?
Strojna , tryskająca energią postać recepcjonisty przywitała mnie słodkim głosikiem. Podskoczył i bez wstępu położył wilgotną rękę na moim odkrytym, rozgrzanym ramieniu, przy uchu poczułam gorący oddech. Czy to była aluzja erotyczna? Trudno było wyczuć, co chodzi po głowie temu chłopcu.
- Proszę cię! – Wybuchłam.
Zarabizowany Berber nadal przyglądał mi się bacznie, uginając dziwnie kolana. W tym był niestrudzony. Jego przenikliwy wzrok cierpliwie ślizgał się po moich dżinsach, w górę i w dół. Ohydne usta jak dziób wrony składał w śmieszny ciup.
- Nie, mój drogi nie mam mokrej plamy na spodniach – warknęłam.
Tak naprawdę, nie miałam mu tego za złe. To praca przecież nie miła i rozpaczliwie doczesna bez widoków na pamięć pokoleń. Po dłużej chwili, z największą skrupulatnością dopełnialiśmy formalności. Każdy dokument to czyjeś inne życie i trochę inna sprawa. Chyba nie było to spowodowane żadnym interesem państwowym, ale podyktowane wyższą koniecznością. W malutkim hallu pachniało miętą i nie było windy. Zaczerpnęłam powietrza, by nie upaść. Gdy podparłam się o metalowy stolik w ogromnym lustrze dojrzałam dwie pobladłe twarze.
- Nie jedną i nie tyko moją!
Tuż obok mojego odbicia, widniała Monika, sąsiadka z vis a vis, ta z Polski. Dostarczyła mi przeżyć, których nie sposób zapomnieć. Wyglądała jak rozkwitająca, tutejsza roślinka. Już otwierałam usta by wydać okrzyk zdumienia, gdy zniknęła za frontowymi drzwiami.
- Może mi się przewidziało…?
Zorientowałam się, że przez resztę pobytu w Maroku, będę musiała uspokajać starą bestię, dawne gwałtowne uczucia wyłoniły się z głębi.
- Niedobrze.
Granica między zdrowiem a psychiczną chorobą jest niewyraźna. Nie wiadomo, czy istnieją stany pośrednie. Świdrujące oczka recepcjonisty nie opuszczały mojej skromnej osoby nawet na minutę. Musiałam coś zrobić, jakoś spożytkować nagły przypływ złej energii.
– Popamiętasz mnie! W końcu ci przywalę - wyszeptałam przez zaciśnięte zęby.
I stał się cud. Chłopak chwycił mój opasły bagaż i szczerząc się w zagadkowym uśmiechu, zniknął w czeluści korytarza, niczym w tunelu. Na szczęście, numer mojego pokoju widniał na…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil jolsokolowska079sok
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…