Psychologia · 5 min czytania
Cogito ergo sum
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Franz pieścił jej nagie ciało, wodził opuszkami palców po jej krągłościach mrucząc niczym kocur. Porządał jej, porządał swojego porządania, drżał, wibrował, w białej pościeli tańczyli swój namiętny godowy taniec. Gdzie ruchy nie były instruowane, a tworzyły wypadkową namiętności. Franz był w niej, dochodził, sapali, jęczała, jęczał, jęczeli. Już, już...Tak po wszystkim. Odbili niczym ranny przybój, zawstydzeni swoją obecnością. Franz nałożył na siebie spodenki i udał się do drugiego pokoju. uruchomił komputer, i przyłączył się do ogromnej rzeszy bezsennych maniaków szachowych. Nie szło mu właściwie, szło beznadziejnie. - Kurde, przegrałem. Znowu- Palnął w klawiaturę otwartą dłonią, aż dwie literki wypadły z mocowań, S, M oraz U. Chwycił je, aby wpakowac spowrotem na widoczne im miejsce, wkładając, musiał przyłoży troche siły, po chwili gdy spojrzał na monitor zdziwił go w oknie dialogowym długi wyraz:"sssssuuuuuuuuuuummmmmmmm". - Sum.- Przeczytał.- Cogito ergo sum, myślę wiec jestem. Dziwne, taki przypadek, jestem. Kartezjusz mógł się trochę bardziej wysilic.- Położył się spac. Nazajutrz sum buzowało mu w głowie. - Sum, jestem.- Co to oznacza? Pytał się w myślach, chcąc jakoś definicję na mocy powielania wyjaśnic, czekając na objawienie, łaskę. Lub inny grom jasności spadający na zatęchły wiraż jego myśli. Na próżno. W pracy, jakoś nie mógł się skupic. Wydawał książki beznamiętnie, jak automat, księgarz od zawsze, z miłości do książek. Ale zapału nie mógł w sobie odszukac, sum go zabrało. Szedł uliczką, pełną kamieni brukowych okoloną kamienicami i kopał puszkę dietetycznego napoju. Kopał, wsłuchując się w dzwięk wydawany przez tworzywo. Dotarł do mieszkania, pobudzony, co tu nie gra zadawał sobie pytanie. Spojrzał na książke w regale na korytarzu Joyce "Ulisses" czu jakieś mięso, pewnie się jej coś przypaliło, o rachunki do zapłaty, tyle za telefon złodzieje, kredytu nie przyznali, kartka znad morza od Marka, czemu tu taki kurz zalega, jak kiedyś w akafemiku, tak Dziku, Długi to była ekipa, szalone wypady, ach, ciekawe co z moja kurtką, może zeszła ta plama, a do Ojca trzeba zadzwonic, urodzin nie przegapic, ten rachunek, można charowac jak wół, a tu ci dosrają nie wiadomo za co, śmierdzi to, mogłem wziąc te jasne buty, lepiej pasowały i nie musiałbym teraz się tak męczyc przy ściąganiu, odłącze telefon, tak zrobię. Tylko na razie nie, póżniej, ciekawe