Fantastyka · 4 min czytania
Czerwony Kapturek - cześć druga
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Najroślejszy ze stworów wsparł odrapany karabin kałasznikowa o kolczasty naramiennik zbroi, a z trudnością przebijające się przez mur liści promienie słońca zamigotały na powierzchni długiego bagnetu zaczepionego tuż pod oczkiem wylotu lufy. Jego zwierzęce oblicze zakrywała skomplikowana maska z najlepszego złomu, jaki tylko udało im się znaleźć przedstawiająca zębatą mordę jakiejś bestii. Kapturkowi morda ta kojarzyła się z rybami głębinowymi, które widziała kiedyś na ścianie domku babci. Skąd stara je wzięła? Bóg jeden raczy wiedzieć. Dziewczyna jeszcze mocniej przywarła do pnia i wstrzymała oddech. Charcząca mowa dzikich ludzi rozparła się w powietrzu i wwierciła w jej uszy. Zaklęła w duchu...zapewne przyjdzie ich więcej. Myśli Czerwonego wirowały dookoła możliwych rozwiązań problemu. Dwoje to obstawa, a ten w masce będzie pewnie watażką plemiennym...wszyscy dobrze uzbrojeni, nieźle opancerzeni i wprawieni w boju. Cholera, co robić? - Fgharth! - Ryknął jeden z obstawy wskazując na zarośla na lewo od ich pozycji. W jego głosie dźwięczał najczystszy strach. - Goltharaya! - Ryknął władczo Watażka posyłając we wskazane miejsce krótką seryjkę z kałacha. Liście zakotłowały, gdy pociski szarpały ich delikatne blaszki. Wtem z miejsca tuż obok ostrzelanej powierzchni wystrzelił jakiś niewyraźny kształt. Załopotał materiał peleryny, zabrzęczała biżuteria. Ogromny wilk wylądował tuż przed dzikusami chyląc masywny łeb. Jego białe futro było puszyste i gęste, na grzbiet opadał błękitny płaszcz a łapy zdobiły naręcza…