Psychologia · 5 min czytania
Część I: Autoportret
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Czytacie historię chłopca, który chciał zostać pisarzem. Siedział w onieśmielająco piękne kwietniowe popołudnie na parapecie okna, w szybie naprzeciwko odbijała się jego twarz, przecięta na pół białą nitką papierosa. Symetryczna, banalna twarz, inteligentne, banalne oczy i rysy, wykrzywione okolicznościowym, wiosenno-uczuleniowym kaszlem. Gdyby nie było nic poza tą wiosną, poza tym kwietniem, nieważne komu przypiszemy to piękno, wszystko byłoby dobrze. Rozsiane po ukochanym mieście kawiarenki, przecinane smugami kobiet, spódnic, spódniczek, nożycami ud, półkolami bioder. W ręku książka, czytana pospiesznie, niepotrzebnie, bo przecież on nie chce być czytelnikiem. Szuka swojego miejsca po drugiej stronie słów. Dobija się, skamle, udaje obojętnego, żeby nie zostawiła go godność, która powoli zaczyna się czuć oszukana. Jesień, zima, alergia, lato. Rozdrażnienie rozrzedza papierosem, ten natomiast podsyca kaszel. Przygląda się ramionom, rzeźbionym na siłowni, mięśniom, prasowanym jednak każdym kolejnym papierosem. Paczka marlboro, zapałki marlboro, popielniczka na parapecie. Marlboro. Wysypuje popiół na krawędź parapetu, by po kilkunastu sekundach stwierdzić, że niewidoczny wiosenny wiaterek posprzątał za niego. Powinien iść przed siebie, wypełniać misje rozsiane po mieście. Jednak on chciałby być pisarzem. Kolejny dzień przypomina grę komputerową, bieganie po mieście i załatwianie kolejnych spraw. Niestety bez broni w ręku. Jedyną formą buntu, na jaką go stać jest jeżdżenie na gapę tramwajem. Poznański heroizm. Na początku dwudziestego pierwszego wieku przez okno wpada słońce. Twarz starzeje się z każdą sekundą, wydaje mu się, że to czuje. Czuje, jak tańczący wokół dym usypia jego tkanki, obezwładnia komórki. Dym płynie mu w żyłach, wypełniając zdrowe, wkurwione ciało. Czas wracać do mieszkania, zabrać się za cudze słowa, trzeba wryć je sobie w pamięć. On jednak chciałby zostać pisarzem. Wstyd się przyznać, nie? Jak można na głos powiedzieć, że „by się chciało”. To takie upokarzające. Trudno. Trzeba siać po cichu, pod osłoną nocy, udając, że na niczym nam nie zależy. I czekać, aż ktoś powie Ci o świcie, że ładnie urosło. Ale jedyne, co o świcie rośnie, to odcinek dłuta, którym rzeźbi się przyszłość gatunku. Rzeźbi się