Psychologia · 4 min czytania
CZY KTOŚ WRESZCIE WYSTAWI MI OCENE?!
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Miasto pełne wrogości. Szła ulica i zdawało jej się, że pod równiutkim chodnikiem leżą setki tysięcy nieżywych ludzi. Ich ciała, porozrywane przez różne utarczki z życiem. Niemy krzyk w ciemność i koniec świata. Widziała, niczym czuła, krew spływającą po policzku. Odrzuciło ją spojrzenie martwych oczu jednej z nich. I... żywot zamknięty. Daleko za sobą zostały plany, teraz nowy dom, trumna. A może wieczność? Niespełnienie? Bo w szczęście po śmierci mocno wątpiła. Mimo jej złudzeń, miasteczko oświetlone było jasnym, kwietniowym słońcem, od którego zaczynało się wiele istnień na tej ziemi. Krokusy wypruwały z gleby jak oszalałe, a na twarzach ludzi pojawiały się niemrawe uśmiechy, przytłoczone codzienną pracą i przyzwyczajone do zimowej pluchy. Od razu świat wyglądał jakoś inaczej, może lepiej? Ale ona nie zwracała na to zupełnej uwagi. Przeszywała ją jakaś niewidzialna włócznia. Coś co odejmowało każdą odwagę i zamykało drogę ożywczego promienia do serca. Miała zachmurzoną twarz, brwi zbiegły się i utworzyły czarną kreskę wzdłuż niebieskich oczu. Rzęsy pozostały przymrużone nawet w cieniu, gdzie nie raził odblask gwałtownego słońca. Chociaż to tak zupełnie nie pasowało do jej urody, ubrana była na czarno. Rozpięta jesionka, a pod nią ciemne sztruksy i bluzka z długim rękawem. Wszystko miało hebanowy odcień. A przecież była posiadaczką jasnych jak anioł włosów, cery mlecznej, nienaruszonej, idealnej. Oczy jasno-niebieskie. Usta pełne, delikatne. Ta wszechogarniająca ją czerń, oznaczała stosunek do tego co ją otaczało. Odpychała od siebie wszystko co było pozytywne i piękne. Przystanęła na chwilę, i wygrzebała z czarnej torebki, ciemne, przeciwsłoneczne…