Inne · 4 min czytania
Czyste źrenice
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Brudne życie wypleniło ze mnie wszystkie witalne siły, każdy moment mej marnej egzystencji stał się widokiem tak nieczytelnym jak fotografia zniszczona przez czas. Nie mam na nic siły, nie płoną we mnie już żadne iskry jak niegdyś. Nie ma mowy o jakichkolwiek uczuciach, miłości, nadziei czy wierze. Nie ma już nic. Jestem po prostu pustym opakowaniem tego co kiedyś tkwiło we mnie tak mocno. Myślałem, że mnie to nigdy nie opuści. A jednak. Mam ochotę na ciemność, na otchłań która zmieniałaby mnie na pył niebytu. Codziennie błagam Boga aby podał mi swoją dłoń, co dzień zerkam ku niebu. Chciałbym krzyczeć tak głośno, lecz brak we mnie „płuc”, wydobywam jedynie niemy głos. Jestem ofiarą, gwałtu przeznaczenia na zwykłym śmiertelniku. Mam na imię Bratek. Lecz wydaje mi się jakby to imię nie miało żadnego znaczenia. Nawet to „b” na początku zdaje mi się takie malutkie, a sama barwa mego imienia jest przeźroczysta. Gdyby chociaż pojawił się jakikolwiek malarz z paletą barw i swym pędzlem zabarwiłby każdą literę mojego imienia. Do tej pory spotkałem wiele malarek i wielu malarzy którzy próbowali mnie pomalować. Jednak okazało się to pomyłką. Jedni chlapali kolorem zupełnie bezbarwnym tak jak oni sami, a drudzy jedynie zdołali mnie pobrudzić. Zmieszać z błotem. Wtedy czułem się jeszcze gorzej. Jestem tłem, jestem pyłem, jestem nie istotną częścią tej machiny zwanej „Życie”. Wczoraj wpatrywałem się w liście spadające z jesiennych drzew. Ich barwy i to w jaki sposób opadały na wietrze było wielce pasjonujące. Myślę ,że chyba każdy chciałby mieć tak atrakcyjną śmierć i w takim kolorze jak te liście. Później zbierałem je wszystkie na jedną wielką kupę. Omijałem tylko te najładniejsze, z najładniejszymi kolorami i w ogóle nie zniszczone ,gdyż…