Fantastyka · 4 min czytania
Drzewo Światowe
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Słońce stało w zenicie i niemiłosiernie zasypywało powierzchnię ziemi gorącem i jasnością, rozgrzewając do miękkości asfalt, nad którym falowało parne powietrze. Najbliższa Ziemi gwiazda królowała niepodzielnie na błękitnej tafli nieba, bez obawy ze strony jakichkolwiek chmur czy obłoków. Szklane gmachy wieżowców i drapaczy chmur odbijały blask, jakby próbowały dorównać potędze i majestatowi słońca. Bezskutecznie starały się zaprezentować przed nim kunszt ludzkiej myśli technicznej i pomysłowości, bo przecież czym były wobec życiodajnego ciała niebieskiego? W pewnym jednak momencie coś zakłóciło tryumf gwiazdy, przesłaniając na krótki moment jej obliczę i rzucając długi cień na sylwetki niebotycznych budynków. Słońce jednak zdawało się puścić tę zniewagę mimo uszu i dalej torturowało powierzchnię ziemi. Cień przemieszczał sie dalej nad miastem, deformując się na nierównościach terenu i budynkach, od czasu do czasu pogrążając się w innym, głębszym cieniu, panującym na ulicach miasta, by za moment znów przyćmić blask drapaczy chmur. Po kilku minutach zaczął się zmniejszać i znalazł się nad wolną od wysokich zabudowań przestrzenią. Czarna sylwetka, dotychczas przemieszczająca się po nieboskłonie, zaczęła szybko powiększać się opadać ku ziemi. Powietrze przeszył basowy huk podobny do gromu, a biały kolos opadł z gracją i majestatem na czarną płytę lotniska. Do basowego grzmotu dołączył pisk hamulców, a po chwili oba te dźwięki ustąpiły miejsca głośnemu szumowi obracających się siłą bezwładności turbin silników odrzutowych. Właz w boku maszyny otworzył się z sykiem siłowników hydraulicznych, a pod otwór wyjściowy podjechał pojazd ze schodami na dachu.
Z ciemnego wnętrza samolotu zaczęli wylewać się strudzeni długim