psychologia · 19 min czytania
Drzwi lewe
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
* {b}Działanie{/b}
Tkwiła bezczynnie wśród przestrzeni pokoju i szukała inspiracji do zabrania się za pracę. Język czekał, reportaż czekał, czekał remont i kilka drobiazgów. Kilka to nawet bardzo ważnych. Jednak coś jakby w niej wygasło, coś zeschło i odpadło. Upał nie pomagał a wręcz małostkowo przeszkadzał, wdzierał się w myśli, rozleniwiał i kpił. Dzisiaj prawie była burza i prawie się ochłodziło. Zaledwie przed chwilą. Zagrzmiało, chlapnęło parę kropli i poszło. Trochę się obijało jeszcze po górach. Obijało, jak ostatnio w poniedziałek, kiedy w połowie długiego dnia pracy po prostu zakpiło z kobiety i wpędziło w tchórzostwo; zakpiło podle i bez cienia wstydu.
Owszem, kilka drobiazgów dziś zrobiła: kupiła tanio pomidory i ogórki z Hiszpanii; nabyła specyfiki w aptece i w rodzinnej wsi trochę, z połowicznym skutkiem, bawiła się w paleontologa. Resztę dnia coś zajmowało, takie coś, co właściwie można nazwać niczym: zbyt długie poranne wstawanie, zważywszy na skutki perturbacji dnia poprzedniego; leniwe picie kawy, z płonną nadzieją, że obudzi; oraz stawanie pośrodku pokoju i ocenianie czujnym okiem rozgardiaszu. Pytanie: {i}Kiedy to wszystko ogarnę?{/i} – Odbierało ochotę na cokolwiek, powodując, że od kilku dni do ogarnięcia pozostawało jeszcze więcej, i więcej. Bo i nie wszystko od niej zależało.
Tak. Na pewno. Konieczne były decyzje i następujące po nich działania, ale wszystko pozostawało w porządku, i biegło zgodnie z planem dopóki nie wyszło poza drzwi.
Zderzenie z atmosferą zgnuśnienia; lenistwa; spania cały dzień; niemożności podjęcia decyzji; proszenia się o inicjatywę; wyciąganie na siłę kogoś z pieleszy; tłumaczenia, że coś się powinno, że można; borykanie się z uzależnieniem (nie swoim), które, jak bezlitosny kpiarz, wpływało na wszystko, co się działo w domu. To mogło zniechęcać i zniechęcało.
{b}Istnienie{/b}
Rzeczywistość w jakiej tkwiła można było podzielić na tę sprzed i spoza drzwi. Były niczym wrota, w bezpiecznym polu magnetycznym otaczającym pokój. Kupiła je kiedyś za zaledwie czterdzieści złotych, zdemontowane z ościeży w jednym z bloków rozsianych ponad niecką. Niecką, w której większość stanowiły zabudowania starego miasta. Miasta o mentalności wsi, gdzie pewnego, czerwcowego popołudnia powstała rada etyki, na czele z księdzem Łokciem i kilkoma innymi ideologicznie fanatycznymi personami; gdzie zapadały decyzje, kto może, a kto nie, występować na koncertach w onym mieście. Rada w trosce o owieczki pilnowała, aby szatańskie nasienie z rockowych, czy też innych zespołów, nie zapanowało nad świadomością niczego nieświadomych.
Część 22 / 4
Julka była świadoma, co stanowiło problem dla wielu, którzy się z nią zderzali. Niestety dla niej samej świadomość także nie przynosiła profitów i nie pozwalała przechodzić przez życie gładko i komfortowo. Do chwili, kiedy się nie odezwała, na przykład tak:
- {i}Przepraszam pana bardzo, ale proszę się do mnie w ten sposób nie zwracać. To nie zastawy na walkach kogutów;{/i}
lub tak:
- {i}Życzenie pani jest niezgodne z intencją ustawodawcy, czyli że ustawodawca nie nakłada na mnie takiego obowiązku;{/i}
- do tej chwili wszystko bywało ok. I choć komunikowała wolno, przyjaznym jak jej się zdawało tonem i oczywista, broniła swoich praw, to zapominała, że jej oczy często miały wyraz: {i}Uważaj, oberwiesz!{/i} (Ciemne, skrajnie ciemne, ciężkie, piwne oczy i wypełniające je po brzegi przepastny smutek, który ani się zaczyna, ani nie kończy, ale pojawia się często. Zawisa i przytłacza. Tak po prostu.) Zasadniczo jednak nikt nie obrywał, oprócz niej. Przebijała się przecież przez beton, a ten kruszy się wolno. Oddając sprawiedliwość, bywało, że trafiała. W te dni, kiedy miała moc karabinu maszynowego kaliber 50*. Wyprowiantowana w przeciwpancerną, z gracją kosiła ofiary naciskając na spust, wywołując w powietrzu owo charakterystyczne tuun, tuun, tuun, tuun…
{b}Roszady{/b}
Część 33 / 4
Bywało, ale nie dziś. Leżała właśnie na kanapie, która czasy świetności miała już za sobą i rozmyślała, czy teraz, przed wieczorem powinna wstać i otworzyć drzwi. Kremowy, płycinowy prostokąt z matową szybą, na którą naniesiono imitację witrażu, sama jakiś czas temu obstalowała, we własnoręcznie wyciętej z krawędziaków ościeżnicy. Sama oną ościeżnicę montowała, i sama dostawiła niewielką ścianę dopełniającą odgrodzenie od świata. Drzwi zastąpiły kotarę, która była li tylko iluzją posiadania czterech kątów.
Nareszcie bowiem, po długiej banicji przywłaszczyła i przewłaszczyła wydzielony, zapełniony gratami, podniszczony raum na werandzie i mogła orzec, że trochę jest u siebie. Trochę, bo przestrzeń prawie dwa na dokładnie trzy metry żyła jej tchnieniem, ale już wszystko wokół, łącznie ze ścianami nie należało do niej. Tylko owe drzwi, z wciąż wypadającą klamką posiadły odcisk ze znamieniem niepodważalnej własności.
Zatem leżała i rozmyślała, czy usiąść, wstać, zmusić się do dwóch kroków, nacisnąć wspomnianą i wyjść.
W alternatywie miała napoczęta książkę, sen, albo naukę; albo cokolwiek do zrobienia w granicach rewiru. A czas mijał. Martwiła się bardzo o upływ czasu. Choć taki sam dla wszystkich i bądź, co bądź sprawiedliwy. Ze smutkiem stwierdzała, że raczej nie uda się jej efektywnie wykorzystać jego pływów dla celów własnych, na tyle efektywnie, by móc jeszcze odpocząć i pójść spać z poczuciem dobrze spełnionego dnia. A płynął nieubłaganie, acz nieszczęśliwie wolno.
Tymczasem nie mogła się zdecydować i właśnie to ją martwiło najbardziej. {i}Wóz, albo przewóz{/i}, - jak mawiał dziadek. A tu ani konia, a jakby koń nawet był, to nie było go do czego zaprzęgnąć. Nie brnęła także, jak można by sądzić, ku sytuacji patowej, która koniec końców odebrałaby jej możliwość ruchu. W tym tylko wypadku niemożność byłaby cokolwiek jakimś usprawiedliwieniem. Pat, przecież, musiałby być poprzedzony wcześniejszym działaniem. A Julka, mimo, że jak niepocieszony szachista, czuła się ani wygrana, ani przegrana, to nie odczuwała krzty zmęczenia, jakie się czuje po stoczonej walce. Miała z tego powodu krótkotrwałe, ale jednak wyrzuty sumienia; lub też wyrzuty trwałe, ale odchodzące i powracające jak ocean pod wpływem cyklów księżyca. Tak czy siak sytuacja była z rodzaju beznadziejnych. Chciała nawet bardzo, żeby zaistniał nieszczęsny pat, ale żeby zaistniał, musiałaby stać pod ścianą i walczyć, a ona tylko stała. Stała i nawet nie grzebała czubkiem buta w uklepanej ziemi. Jeśli już, to raczej była tylko, albo aż, jak przetworzona przez proces produkcyjny rzecz, z dopiskiem: wybrakowana. I nawet na tle ściany bardziej zlewała się z tłem, niż odróżniała. Skonstatowała, że ekspert od kontroli jakości (kimkolwiek był), musiał się jej dobrze przyjrzeć, a nawet aż za dobrze, skoro dopatrzył się uchybień, których na pierwszy rzut oka widać nie było. A czas płynął.
{b}Energia{/b}
Część 44 / 4
Przeszłego roku, od pewnej roztropnej kobiety, nauczyła się ściągać zegarek z nadgarstka zaraz po powrocie do domu. Miało to tę zaletę, że nie ścigała się z czasem poza godzinami spędzonymi w pracy. Bywało jednak zgubne, tak jak dziś. Zegarek leżał od wczoraj na stoliku nietknięty, leniwie obracając wskazówki. Można by się pokusić nawet o stwierdzenie, że dopasował się do jej dzisiejszego rytmu i na przekór prawom fizyki spowalniał czas. Doszło więc i do tego, że i przed drzwiami rozplanowany dzień miał się źle i umykały z notesu istotne i mniej istotne, ale umiejscowione z rozmysłem po sobie czynności.
Rzeczywistość jeszcze tkwiła w późnym popołudniu, jeszcze jakoś się trzymała, ale pewno za chwilę podda się naporom wieczoru. Zanim jednak, istniała realna szansa, że choć coś, z planu na wieczór da się uratować.
I pojawiła się. Ktoś otworzył drzwi werandy, zdejmował buty i odezwał się głosem mamy. Chciała zawołać, nawiązać rozmowę i wreszcie wstać, lecz nim podjęła decyzję drzwi od domu właściwego zamknęły się i nastała cisza. Kilka minut później znów ktoś przeszedł, ale musiała przysnąć, bo usłyszała tylko charakterystyczny stukot lekko rozchwianego zamka z werandy i znów nic. Zdążyła tylko zmienić bok z lewego na prawy, żeby w razie czego, móc szybciej zareagować. Potem jednak odwróciła się z powrotem i nakryła kołdrą. Przecież zawsze mogę wstać – przemknęło jej przez myśl - a pod kołdrą cieplej. Błogość kołdrzana odebrała jej ostatki woli i szybkości. Pomyślała sobie, iż szkoda nawet, że nie jest chora. Miałaby doskonałą wymówkę. Alibi dla bezczynności i alternatywę dla słabości, która wyłączyła ją dziś z nurtu.
- {i}…Jakaś gorączka, z bólem mięśni i brakiem apetytu. Na przykład zimnica i odpowiednia na nią dawka chininy.{/i} – przemknęło w potoku myśli.
Majaczyłaby wydobywając się z ciężkiego stanu chorobowego. Nie musiałaby nic jeść i w przeciągu tygodnia, dwu znacznie by schudła. Silny organizm wydobyłby się z choroby, a ciało nabrałoby estetycznego całkiem wyglądu; w skali od jeden do dziesięć na: podobam się sobie w lustrze…
Powiedzmy jednak szczerze, że choroba zawsze niesie ze sobą ryzyko i nie wszystko mogłoby pójść gładkim scenariuszem; a powikłania nie chodzą po lesie - tych miała w innych względach, na co dzień dosyć. Lustro natomiast wcale nie musiałoby być zadowolone i podobanie się okupione gorączką, bólem i uziemieniem, wprowadziłoby…