Drzwi lewe
późne popołudnie jest niczym wobec wieczności, bywa jednak na tyle długie, że może, choć nie musi, przesądzić o czyimś losie.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
* {b}Działanie{/b}
Tkwiła bezczynnie wśród przestrzeni pokoju i szukała inspiracji do zabrania się za pracę. Język czekał, reportaż czekał, czekał remont i kilka drobiazgów. Kilka to nawet bardzo ważnych. Jednak coś jakby w niej wygasło, coś zeschło i odpadło. Upał nie pomagał a wręcz małostkowo przeszkadzał, wdzierał się w myśli, rozleniwiał i kpił. Dzisiaj prawie była burza i prawie się ochłodziło. Zaledwie przed chwilą. Zagrzmiało, chlapnęło parę kropli i poszło. Trochę się obijało jeszcze po górach. Obijało, jak ostatnio w poniedziałek, kiedy w połowie długiego dnia pracy po prostu zakpiło z kobiety i wpędziło w tchórzostwo; zakpiło podle i bez cienia wstydu.
Owszem, kilka drobiazgów dziś zrobiła: kupiła tanio pomidory i ogórki z Hiszpanii; nabyła specyfiki w aptece i w rodzinnej wsi trochę, z połowicznym skutkiem, bawiła się w paleontologa. Resztę dnia coś zajmowało, takie coś, co właściwie można nazwać niczym: zbyt długie poranne wstawanie, zważywszy na skutki perturbacji dnia poprzedniego; leniwe picie kawy, z płonną nadzieją, że obudzi; oraz stawanie pośrodku pokoju i ocenianie czujnym okiem rozgardiaszu. Pytanie: {i}Kiedy to wszystko ogarnę?{/i} – Odbierało ochotę na cokolwiek, powodując, że od kilku dni do ogarnięcia pozostawało jeszcze więcej, i więcej. Bo i nie wszystko od niej zależało.
Tak. Na pewno. Konieczne były decyzje i następujące po nich działania, ale wszystko pozostawało w porządku, i biegło zgodnie z planem dopóki nie wyszło poza drzwi.
Zderzenie z atmosferą zgnuśnienia; lenistwa; spania cały dzień; niemożności podjęcia decyzji; proszenia się o inicjatywę; wyciąganie na siłę kogoś z pieleszy; tłumaczenia, że coś się powinno, że można; borykanie się z uzależnieniem (nie swoim), które, jak bezlitosny kpiarz, wpływało na wszystko, co się działo w domu. To mogło zniechęcać i zniechęcało.
{b}Istnienie{/b}
Rzeczywistość w jakiej tkwiła można było podzielić na tę sprzed i spoza drzwi. Były niczym wrota, w bezpiecznym polu magnetycznym otaczającym pokój. Kupiła je kiedyś za zaledwie czterdzieści złotych, zdemontowane z ościeży w jednym z bloków rozsianych ponad niecką. Niecką, w której większość stanowiły zabudowania starego miasta. Miasta o mentalności wsi, gdzie pewnego, czerwcowego popołudnia powstała rada etyki, na czele z księdzem Łokciem i kilkoma innymi ideologicznie fanatycznymi personami; gdzie zapadały decyzje, kto może, a kto nie, występować na koncertach w onym mieście. Rada w trosce o owieczki pilnowała, aby szatańskie nasienie z rockowych, czy też innych zespołów, nie zapanowało nad świadomością niczego nieświadomych.
Julka była świadoma, co stanowiło problem dla wielu, którzy się z nią zderzali. Niestety dla niej samej świadomość także nie przynosiła profitów i nie pozwalała przechodzić przez życie gładko i komfortowo. Do chwili, kiedy się nie odezwała, na przykład tak:
- {i}Przepraszam pana bardzo, ale proszę się do mnie w ten sposób nie zwracać. To nie zastawy na walkach kogutów;{/i}
lub tak:
- {i}Życzenie pani jest niezgodne z intencją ustawodawcy, czyli że ustawodawca nie nakłada na mnie takiego obowiązku;{/i}
- do tej chwili wszystko bywało ok. I choć komunikowała wolno, przyjaznym jak jej się zdawało tonem i oczywista, broniła swoich praw, to zapominała, że jej oczy często miały wyraz: {i}Uważaj, oberwiesz!{/i} (Ciemne, skrajnie ciemne, ciężkie, piwne oczy i wypełniające je po brzegi przepastny smutek, który ani się zaczyna, ani nie kończy, ale pojawia się często. Zawisa i przytłacza. Tak po prostu.) Zasadniczo jednak nikt nie obrywał, oprócz niej. Przebijała się przecież przez beton, a ten kruszy się wolno. Oddając sprawiedliwość, bywało, że trafiała. W te dni, kiedy miała moc karabinu maszynowego kaliber 50*. Wyprowiantowana w przeciwpancerną, z gracją kosiła ofiary naciskając na spust, wywołując w powietrzu owo charakterystyczne tuun, tuun, tuun, tuun…
{b}Roszady{/b}
Bywało, ale nie dziś. Leżała właśnie na kanapie, która czasy świetności miała już za sobą i rozmyślała, czy teraz, przed wieczorem powinna wstać i otworzyć drzwi. Kremowy, płycinowy prostokąt z matową szybą, na którą naniesiono imitację witrażu, sama jakiś czas temu obstalowała, we własnoręcznie wyciętej z krawędziaków ościeżnicy. Sama oną ościeżnicę montowała, i sama dostawiła niewielką ścianę dopełniającą odgrodzenie od świata. Drzwi zastąpiły kotarę, która była li tylko iluzją posiadania czterech kątów.
Nareszcie bowiem, po długiej banicji przywłaszczyła i przewłaszczyła wydzielony, zapełniony gratami, podniszczony raum na werandzie i mogła orzec, że trochę jest u siebie. Trochę, bo przestrzeń prawie dwa na dokładnie trzy metry żyła jej tchnieniem, ale już wszystko wokół, łącznie ze ścianami nie należało do niej. Tylko owe drzwi, z wciąż wypadającą klamką posiadły odcisk ze znamieniem niepodważalnej własności.
Zatem leżała i rozmyślała, czy usiąść, wstać, zmusić się do dwóch kroków, nacisnąć wspomnianą i wyjść.
W alternatywie miała napoczęta książkę, sen, albo naukę; albo cokolwiek do zrobienia w granicach rewiru. A czas mijał. Martwiła się bardzo o upływ czasu. Choć taki sam dla wszystkich i bądź, co bądź sprawiedliwy. Ze smutkiem stwierdzała, że raczej nie uda się jej efektywnie wykorzystać jego pływów dla celów własnych, na tyle efektywnie, by móc jeszcze odpocząć i pójść spać z poczuciem dobrze spełnionego dnia. A płynął nieubłaganie, acz nieszczęśliwie wolno.
Tymczasem nie mogła się zdecydować i właśnie to ją martwiło najbardziej. {i}Wóz, albo przewóz{/i}, - jak mawiał dziadek. A tu ani konia, a jakby koń nawet był, to nie było go do czego zaprzęgnąć. Nie brnęła także, jak można by sądzić, ku sytuacji patowej, która koniec końców odebrałaby jej możliwość ruchu. W tym tylko wypadku niemożność byłaby cokolwiek jakimś usprawiedliwieniem. Pat, przecież, musiałby być poprzedzony wcześniejszym działaniem. A Julka, mimo, że jak niepocieszony szachista, czuła się ani wygrana, ani przegrana, to nie odczuwała krzty zmęczenia, jakie się czuje po stoczonej walce. Miała z tego powodu krótkotrwałe, ale jednak wyrzuty sumienia; lub też wyrzuty trwałe, ale odchodzące i powracające jak ocean pod wpływem cyklów księżyca. Tak czy siak sytuacja była z rodzaju beznadziejnych. Chciała nawet bardzo, żeby zaistniał nieszczęsny pat, ale żeby zaistniał, musiałaby stać pod ścianą i walczyć, a ona tylko stała. Stała i nawet nie grzebała czubkiem buta w uklepanej ziemi. Jeśli już, to raczej była tylko, albo aż, jak przetworzona przez proces produkcyjny rzecz, z dopiskiem: wybrakowana. I nawet na tle ściany bardziej zlewała się z tłem, niż odróżniała. Skonstatowała, że ekspert od kontroli jakości (kimkolwiek był), musiał się jej dobrze przyjrzeć, a nawet aż za dobrze, skoro dopatrzył się uchybień, których na pierwszy rzut oka widać nie było. A czas płynął.
{b}Energia{/b}
Przeszłego roku, od pewnej roztropnej kobiety, nauczyła się ściągać zegarek z nadgarstka zaraz po powrocie do domu. Miało to tę zaletę, że nie ścigała się z czasem poza godzinami spędzonymi w pracy. Bywało jednak zgubne, tak jak dziś. Zegarek leżał od wczoraj na stoliku nietknięty, leniwie obracając wskazówki. Można by się pokusić nawet o stwierdzenie, że dopasował się do jej dzisiejszego rytmu i na przekór prawom fizyki spowalniał czas. Doszło więc i do tego, że i przed drzwiami rozplanowany dzień miał się źle i umykały z notesu istotne i mniej istotne, ale umiejscowione z rozmysłem po sobie czynności.
Rzeczywistość jeszcze tkwiła w późnym popołudniu, jeszcze jakoś się trzymała, ale pewno za chwilę podda się naporom wieczoru. Zanim jednak, istniała realna szansa, że choć coś, z planu na wieczór da się uratować.
I pojawiła się. Ktoś otworzył drzwi werandy, zdejmował buty i odezwał się głosem mamy. Chciała zawołać, nawiązać rozmowę i wreszcie wstać, lecz nim podjęła decyzję drzwi od domu właściwego zamknęły się i nastała cisza. Kilka minut później znów ktoś przeszedł, ale musiała przysnąć, bo usłyszała tylko charakterystyczny stukot lekko rozchwianego zamka z werandy i znów nic. Zdążyła tylko zmienić bok z lewego na prawy, żeby w razie czego, móc szybciej zareagować. Potem jednak odwróciła się z powrotem i nakryła kołdrą. Przecież zawsze mogę wstać – przemknęło jej przez myśl - a pod kołdrą cieplej. Błogość kołdrzana odebrała jej ostatki woli i szybkości. Pomyślała sobie, iż szkoda nawet, że nie jest chora. Miałaby doskonałą wymówkę. Alibi dla bezczynności i alternatywę dla słabości, która wyłączyła ją dziś z nurtu.
- {i}…Jakaś gorączka, z bólem mięśni i brakiem apetytu. Na przykład zimnica i odpowiednia na nią dawka chininy.{/i} – przemknęło w potoku myśli.
Majaczyłaby wydobywając się z ciężkiego stanu chorobowego. Nie musiałaby nic jeść i w przeciągu tygodnia, dwu znacznie by schudła. Silny organizm wydobyłby się z choroby, a ciało nabrałoby estetycznego całkiem wyglądu; w skali od jeden do dziesięć na: podobam się sobie w lustrze…
Powiedzmy jednak szczerze, że choroba zawsze niesie ze sobą ryzyko i nie wszystko mogłoby pójść gładkim scenariuszem; a powikłania nie chodzą po lesie - tych miała w innych względach, na co dzień dosyć. Lustro natomiast wcale nie musiałoby być zadowolone i podobanie się okupione gorączką, bólem i uziemieniem, wprowadziłoby…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil coca monka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…