Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

psychologia · 7 min czytania

Dwie i pół sekundy.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Dwie i pół sekundy.

- Przyjaźń i seks. – Marek powtórzył słowa Marii, by pocieszyć ją, ale także w dużej mierze i siebie, i gdy za oknem warszawskim krzykiem miasto ociężale budziło się z niespokojnego snu świateł, kolejek i szeptów, wtedy właśnie zapragnął wreszcie zasnąć, nie myśleć o nocy i trójkach…

Kap, kap…ciężka kołdra spłynęła na niego swym błękitnym, delikatnie raniącym potokiem, otulając go nieśmiało, niepewnie, lecz skutecznie ogarniając i zatapiając najpierw w rzekach, jeziorach, morzach, by skończyć na wszechoceanie gładkich, śliskich, sztywnych fałd niezwykłych bałwanów pokojowych. Nieprzyzwoicie leniwie poddał się sile żywiołu z satysfakcją i niemą rozkoszą przyjmując każdy przypływ ciepłej, łóżkowej fali, która spostrzegłszy znikomą linię oporu, zaczęła wielokrotnieć i gwałtownieć. Odczekawszy jednak kilka minut bezwzględnych ataków nawałnicy swej pościeli, Marek poczuł się wykorzystany, by w końcu zawiedzionym, wprawnym ruchem doświadczonego nurka, penetratora największych głębin, wypłynąć i znów spojrzeć na otwarte okno, opowiadające swymi ustami, tysiącem głosów tysiące historii tysięcy mieszkańców stolicy…

Okno przeświecało Marią, która podkuliwszy nogi siedziała na parapecie, na pograniczu dwóch światów, marzeń i rzeczywistości, nocy i dnia, seksu i przyjaźni; choć kto zgadnie, czy faktycznie, czymś się różnią. Zupełnie naga dziewczyna przez chwilę zdawała się zlewać z szarością chmury przepływającej na horyzoncie bloków i wieżowców, by nagle wyłonić się w jaskrawych kształtach i konturach, znów na sekundę, może dwie, na przemian to znikając spłoszona, to pojawiając się niepewnie i ulotnie, migotała w oknie niczym duch i zjawa, targana wiatrem firanka albo mlecznie wspaniała mgła, która wciąż zastanawia się, czy wpłynąć do środka, czy uciec jak zawsze… I nagle, spostrzegłszy poruszenie Marka, Maria nostalgicznym ruchem oparłszy ramiona na kolanach, odwróciła głowę, by obdarzyć go swym niezmiennie czystym, wyzywającym wzrokiem zatopionym w najgłębszym z możliwych błękitów.

Po chwili szybkim i zdecydowanym ruchem podniosła ku górze głowę w całunie ciemno-złotych koronek swych włosów, a szyja wygięta w marmurowy łuk triumfalny zdawała się spływać cichym szelestem spokojnych melancholii i Marek pomyślał, że jego efemeryda gotowa mu naprawdę na zawsze odlecieć. Mrugnął. Puste okno drwiąco śmiało mu się w twarz, jakby niemą kpiną chciało wskazać, w którą stronę odleciał jego błękitnooki motyl. Mrugnął. I z ulgą westchnął zobaczywszy Marię znów na parapecie, wpatrzona tym samym zatopionym wzrokiem w sufitowe niebo. W końcu, wyczuwszy niepokój rozlany po całym pokoju, powiedziała cicho i ulotnie, wciąż nieobecna i zapatrzona:

- Ładny obraz… – I choć nie sprecyzowała podmiotu swych słów, oboje doskonale wiedzieli, jaki obraz ma na myśli.

- Zimny poranek… – Marek postanowił kontynuować rozpoczętą grę.

- Piękny świt…

- Przytulny pokój…

- Chwilo... – Niewinną dłonią, arystokratycznym ruchem, rozpustnym westchnieniem odgarnęła kosmyk koronkowych włosów, jakby czynności te były elementem zaklęcia, magicznego rytuału.

- Nie chciałabyś… – Przerwał jej na wpół zaniepokojony, na wpół rozbawiony.

-…trwaj wiecznie. – Ona jednak dokończyła stanowczym, pewnym głosem i gwałtownie obróciła głowę, by móc spojrzeć na niego swym zatopionym wzrokiem, a w powietrzu,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Dwie i pół sekundy. — czytnik · opowiadania