duchy · 5 min czytania
Dziedzictwo Nekromantów
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Szła ciemną, cmentarną uliczką, a jej kruczoczarne włosy rozwiewał burzowy wiatr. Była bardzo młoda, jak na kogoś, kto posiada tak ogromne moce. Oczy lśniły przenikliwym blaskiem, zło płonące w nich było w stanie w jednej chwili zniszczyć wszystko, co znajdowało się w ich zasięgu. Molleandra – bo tak kazała siebie nazywać, miała dwanaście lat i była jedyną prawowitą dziedziczką najstarszego rodu nekromantów, który kiedykolwiek stąpał po ziemi. Mroczna wiedza przekazywana z pokolenia na pokolenie mogła dostać się w niepowołane ręce, cała nadzieja na uratowanie sięgającej dziesiątek wieków tradycji leżała w tej małej nekromantce. Już od najmłodszych lat wpajane jej były tajemne nauki. Jej pierwsze słowa spowodowały wichurę, która zabiła trzy osoby, a kolejnych pięciu do tej pory nie odnaleziono. Miała niesamowity potencjał, który przerastały tylko jej ambicje bycia najpotężniejszą czarną władczynią, jaką widział świat. Krążyła pomiędzy cmentarnymi uliczkami, jakby znała je od wieków, po ciuchu powtarzała sobie wyliczankę-klucz, który także przekazywany był z pokolenia na pokolenie, był mapą prowadzącą do tajemnego sanktuarium. Tylko w nim można było odprawić najpotężniejszy i zarazem najtrudniejszy rytuał przywołania wszechmocnego demona zagłady. Molleandra wiedziała, że to jest jej ostatnia i jedyna szansa na uratowanie własnego rodu i wyniesienie się na szczyty władzy. A stawka była ogromna – było nią panowanie nad całym światem. - Dojdź do upadłego drzewa; podążaj tam, gdzie ręka lewa. Obróć się szybko za siebie; biegnij za znakiem na niebie… - Powtarzała Molleandra cicho. Słowa dziecinnego wierszyka – ale o jak wielkim znaczeniu! – wryły się głęboko w jej pamięć. Nie mogła się pomylić, ani przez chwilę zawahać. Wreszcie była u kresu swojej wędrówki. Rozpostarł się przed nią widok dla zwykłego śmiertelnika niepojęty. Ogromne mauzoleum, którego nie widać z odległości dalszej niż dziesięć metrów – sprawka czarnej magii. Grube, kamienne mury oznaczone były starożytnymi runami, których nawet Molleandra – pomimo swojej wiedzy – nie potrafiła odczytać. Na pewno miały ogromną, niepojętą dla wielu moc. Stała przed ogromnymi drzwiami zdobionymi rzeźbami potworów tak przeraźliwych, że nawet ona – dziedziczka ogromnej potęgi – się ich bała. Jednak nie miała czasu na okazywanie słabości – weszła do środka i skierowała się wzdłuż ciemnego i wąskiego korytarza. Brama zatrzasnęła się za nią z głuchym trzaskiem. Nic nie widziała, więc wyjęła…