biografia · 4 min czytania
Dzień rosołu
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Lubicie dzień rosołu? Dla niektórych jest nudny, banalny. Inni odbierają go, jak zapowiedź katastrofalnej siedmiodniowej męczarni. W końcu to nie szalona sobota, kiedy obowiązki tygodnia wydają się tak odległe, ani nie jest to też poniedziałek – początek czegoś, nawet jeśli to tylko nowy tydzień. Dla mnie dzień rosołu (przez innych zwyczajnie nazwany niedzielą) jest czymś wyjątkowym. Przez 19 lat mojej ziemskiej egzystencji zyskiwał nowe znaczenie. Początkowo był to TEN dzień, kiedy byliśmy razem. Kiedy tata przez 24 godziny był tatą. Zamieniał garnitur na domowy dres i objawiał przed nami świat. Czy wiecie, że świat z wysokości drzewa w parku wygląda inaczej? To również czas dwugarnkowego obiadu. Takiego prawdziwego, z kompotem, serwetkami, białą bluzeczką i wesołą buźką umazaną buraczkami. Mama przestawała być damą, była gospodynią. Za to ja zmieniałam się w małą damę w maminych szpilkach. To też jedyny dzień w tygodniu, kiedy brat pozwalał pobawić się swoimi resorkami- dzień Boży. Tak a propos Boga, to jedyną rzeczą, której nie lubiłam, to godzinny kościelny meeting. Oburzeni? Wtedy jeszcze, nie wiedziałam, że idę tam do Niego. Ale najbardziej kochałam wieczorne bajkowanie. Łóżko po dniu rosołu zawsze pachniało przygodą(tak naprawdę to zmienioną pościelą), co pomagało w uwierzeniu, że Plastuś istnieje. Tak to był dobry rosół…..
Potem tata już nie wskakiwał w dres, rzadko też jadał z nami obiad, który mieścił się w jednym garnku. Mama zaprzyjaźniała się z telewizorem, a brat małe resoraki porzucił dla dwóch rowerowych kółek i ślicznej blondi spod 4. A ja? Przestałam czekać na Plastusia… Niedzielne meetingi spędzałam za murem świątyni. Było takie jedno miejsce,