Fantastyka · 4 min czytania
Dzień, w którym spróbowałam żyć
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wizg opon Chrzęst tłuczonego szkła Oślepiający blask złotych świateł Ciemność
Bezdźwięczna noc rozdzwoniła się tysiącami syren, zakłócając spokój wszelkim mrocznym zjawom. Przez opuszczoną kotarę powiek, przedzierała się orgia czerwonych lampionów. Szorstkość i szarość asfaltu, zestawiona z miękkim puchem oliwkowej kurtki, wywoływała groteskowe wrażenie. Wiatr czule pieścił bladą skórę, strącając niedbale na ziemię kropelki lodowatego potu. Delikatne ukąszenia wieczornego chłodu barwiły policzki i nos lekkim szkarłatem. Ciche brzęczenie w uszach doprowadzało do szaleństwa. Metaliczny posmak, osiadły na języku, porywał żołądek w dzikie tany. Rozchyliłam oczy, wypuszczając na świat zmętniałe, brązowe kręgi. Wprost nade mną wisiał granat nieboskłonu, pochlapanego obficie złocistą farbą. Rozmazane, niejednolite punkty migotały wesoło. Czy to gwiazdy? Jakie piękne... Zabawne, jeszcze nigdy nie wydawały się takie bliskie. Chociaż... kiedy ostatni raz spoglądałam w niebo? Dawno... Zbyt dawno... Może po prostu się bałam? Kto wie... Czułam się dziwnie lekko. Wszystkie troski i zgryzoty przestały mieć znaczenie. Zatracałam się w majestacie firmamentu, unosząc kąciku ust do góry. Byłam szczęśliwa. Nagle, kucnął koło mnie jakiś człowiek. Przyłożył dwa palce do mojej szyi, a potem nachylił się nad moimi ustami. Wyprostował się i chwycił mnie za dłoń. - Wszystko będzie dobrze. Nie stało się nic poważnego. Nie bój się. Zaraz do ciebie wracam - powiedział nerwowo i odbiegł gdzieś. Nie wiedziałam o co chodzi. Obróciłam z trudem głowę. Zobaczyłam kilkoro ludzi, tłoczących się w blasku…