Filozofia · 4 min czytania
ech... nieszczęście...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
… to znowu się stało… Piękny dzień, jak każdy zimowy, śnieżny i mroźny dzień dla szczęśliwego człowieka. Właśnie… szczęście…, czym jest… krótkim i ulotnym stanem. Pod wpływem szczęścia wznosimy się na wyżyny. Dlatego upadek tak boli. Zamarznięty śnieg przyjemnie skrzypiał pod nogami. Czy życie musi dawać skrzydła, a gdy ośmielisz się na nic polecieć odbiera ci je? Więc, czy powinniśmy zadowolić się skrzypiącym śniegiem, odległym słońcem, mroźnym powietrzem i brakiem wolnej przestrzeni? Przyspieszony krok, jakby zaraz mający się zerwać do biegu, a potem oderwać od ziemi. Więc szczęście jest złudne? Jest tylko po to, by upadek bardziej bolał? Czy to możliwe? Dlaczego ten dobry „Bóg” miałby zrobić nam coś tak złośliwego? Czyżby to miała być próba? Kroki na chwile ucichły, by po chwili znów ruszyć mieszając się z innymi. Powietrze mieszało się z dymem papierosowy, spalinami samochodowymi i ciepłymi parami z ust ludzi. Czym dla nich było szczęście? Jeśli nawet nie wiedziałam, czym dla mnie jest? Czy jeszcze w nie wierzyłam? Wątpię… Na moście przeciąg był okropny…, co chwila przejeżdżający samochód wywoływał podmuch, który targał ubraniem i przenikał mnie nieprzyjemnym chłodem. Barierkę pokrywał szron. Dłonie kurczowo zaciśnięte wokół zimnego metalu uświadamiały, że życie wciąż się toczy. Niestety. Istny koszmar, z którego nie mogłam się obudzić. Szczęście… to chwila spokoju podczas nieustannego koszmaru… to chwilowy gość znikający równie szybko, jak się pojawiał, zostawiając po sobie jednak niezmyte filiżanki po kawie i talerzyk po cieście i ogromy bałagan różnych uczuć i namiętności.…