Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 7 min czytania

Flażolety wymuszone. Preludium

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Flażolety wymuszone. Preludium

Ja to na muzykowaniu się nie znam. Oczywiście – nieraz podłapało się jaką weselszą nutę czy to przy kiełbasie, czy w knajpie przy piwku, ale profesjonalnie nigdy się tymi sprawami nie parałem. Przeto zdjęło mnie przerażenie, kiedy pan Przyczulski zaproponował mi, abym udał się z nim na Przegląd Gitar 2005. Był to koncert, na którym prezentować się mieli najprzedniejsi gitarzyści w kraju. Trzeba było wyłonić ścisłą czołówkę, aby potem spakować jej tobołki i wysłać w świat, a dokładnie w Europę, iżby wżdy narodowie postronni znali, że Polacy z dziada, pradziada na gitarze grali. Nie byłem pewien tego wyjścia, bo – jak wspominałem – niebardzo na sprawach muzyki się rozumiałem, a towarzystwo mieliśmy tam spotkać naprawdę wyśmienite. Podzieliłem się moimi obawami z panem Przyczulskim, ale powiada on: -Rób pan to, co ja, a będzie dobrze. Więc postanowione – idę. Będę robił to, co on, a będzie dobrze. Tak właśnie będzie. Koncert odbywał się w wielkiej sali Teatrum Farsum. Atmosfera była duszna i nadęta. Miejsca dostaliśmy kapitalne – chyba piąty rząd na dole i prawie w samym środku. A towarzycho – oj, jakie towarzycho! Patrzę, a tu obok pana Przyczulskiego jeden minister, po mojej prawej drugi minister. Przede mną poseł, za mną senator, tu i ówdzie zagraniczne szychy, ludzie telewizji i cała im podobna rzesza, onieśmielająca mnie i samym Sytuowaniem degradująca otoczenie. Na scenę najpierw wyszedł jakiś nieprzychudy jegomość, który wydawał się być spłodzonym w celu piania okolicznościowego. Miód sączący się z jego ust przyprawiłby o mdłości samą Pszczółkę Maję. Przyjrzałem się ministrowi obok mnie. Patrzył na konferansjera jak w obrazek. No, tak, ja po prostu tego nie rozumiem – ja po prostu głupi jestem i na tym albo owym poznać się nie potrafię, pomyślałem. A zaraz potem zrozumiałem: on skupiał całą swoją wolę na grubasie, żeby tylko ściągnąć go czym prędzej ze sceny. Wtedy dotarł do mnie jeszcze jeden fakt: skoro sam minister, żeby nie rzec: Minister, tak się niecierpliwi, to kroi się coś wielkiego. Gadał, gadał, gadał. Gadał, gadał. Gadał. I skończył. I wyszedł na scenę Cudak. Włosy miał postawione i przewiązane fioletową chustą. Koszulę czarną w zielone kropy i podkoszulek krwiście czerwony. Pan Przyczulski nachylił się do mnie: -To jest mistrz. To jest największy z mistrzów. I rzeczywiście – wtedy dopiero uświadomiłem sobie, że otacza mnie wrzawa (wcześniej zbyt zaabsorbował mnie strój Cudaka). Popatrzyłem na ministra – ze sceny nie dobiegały jeszcze żadne dźwięki, a on już kiwał głową z zadowoleniem. Cudak rozpoczął swój popis. Dźwięki sypały się z gitary jak iskry podczas spawania, a maestro wykrzywiał mordę w najdziwaczniejsze grymasy i to spuszczał, to nabierał w siebie potężne chełsty powietrza. Puf, puf! Niczym parowóz. Jak już mówiłem, nie znam się na rzeczy, ale to rzeczywiście robiło wrażenie. Pan Przyczulski co chwila nachylał się do mnie i robił uwagi, z których jednak niewiele rozumiałem: „Ależ znakomicie po skali harmonicznej! Ależ tapping – tak grał tylko Van Halen! Ach, jak on cudownie ogrywa e – molla. Oj, oj, parę zagrywek wziętych z Hendrixa, ale urozmaiconych – wybornie! Uła, jaki rajd triolowy! Ależ znakomicie brzmią te jego flażolety wymuszone...” Gdy utwór dobiegał końca, a sekcja rytmiczna przyprawiła nas wszystkich o ciarki szaleńczym i energetycznym tremollo (tak powiedział

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Flażolety wymuszone. Preludium — czytnik · opowiadania